BMW-DIXI z 1930 roku, gotowe do rajdu po odrestaurowaniu wiosną 1968 roku. Za kierownicą Przemek Albin, obok siedzi Julek Szewczyk. Stoją: Piotrek Gilar i Tomek Skrzeliński

     Moje pierwsze weterańskie rajdy

      Wszelkie fascynacje mają swój początek.
      Po kilkudziesięciu latach własnych fascynacji zabytkami i historią motoryzacji – próbuję teraz sięgnąć pamięcią do swoich pierwszych motoryzacyjnych doświadczeń.

      Chyba byłem wtedy bardzo małym chłopcem – gdy po raz pierwszy zobaczyłem w rodzinnym Milanówku przejeżdżający ulicą jakiś inny, „rasowy” pojazd przypominający przedwojenne kabriolety ze starych fotografii. Był to samodzielnie wykonany przez sąsiada-mechanika dziecięcy samochodzik, a jechał w nim jego 10 letni syn.
      Pamiętam, że oczarowany biegłem za autkiem przez kilka ulic – a pojazd jechał powoli, wręcz dostojnie, zwracając uwagę przechodniów wspaniałą linią nadwozia.
      Po kilku latach dowiedziałem się, że w tym mikrosamochodziku dla dwójki dzieci był zamontowany silniczek od przedwojennego motoroweru SACHS, a jego szybkość maksymalna wynosiła może 20 km/godzinę.
      Jednak przepiękna linia karoserii tego ręcznie wykonanego roadstera była tak urocza i tak inna w siermiężnych latach 50-tych, że chyba wtedy zakochałem się w autach wykonanych przez artystów-mechaników. A takie auta były robione na początku ery motoryzacji.
      Do samodzielnego siadania za kierownicą musiałem jednak trochę poczekać. Byłem po prostu jeszcze dzieckiem. Ale gdy odwiedzałem rodzinne gospodarstwo swego wujka-rolnika, który nie dał się „rozkułaczyć”, a nawet dorobił się garbatej WARSZAWY, ciągnika ZETOR i motoroweru SIMSON – poczułem że tu mogę realizować swoje pierwsze i prawdziwe marzenia motoryzacyjne.
      To tam właśnie na motorowerze SIMSON dosiadłem i objechałem swoje pierwsze mechaniczne konie, a w czasie drugich wakacji na wsi już dobrze jeździłem ciągnikiem, a nawet kilka razy prowadziłem garbatą „Babunię”. Miałem wtedy 11 lub 12 lat.
      Z niecierpliwością czekałem na ukończenie 16 roku życia, bo wtedy za zgodą rodziców mogłem się ubiegać o prawo jazdy. Pamiętam, że jeszcze przed tą datą ukończyłem kurs, aby zaraz po 16 urodzinach dostać wymarzony dokument.

      Gorzej jednak było z własnym pojazdem – i z zazdrością spoglądałem na lepiej sytuowanych kolegów mających własne motorowery a nawet motocykle. Jednak po udzieleniu licznych korepetycji oraz po znalezieniu i sprzedaniu wielu pustych butelek – uzbierałem 7 tysięcy ówczesnych złotych i kupiłem swój pierwszy, ale za to nowy motocykl marki WFM-125.
      Teraz już mogłem realizować swoje motoryzacyjne marzenia zza kierownicy.
      Ale nie było to pełne spełnienie marzeń o czterech kółkach, więc gdy trzej moi przyjaciele: Piotrek, Julek i Przemek kupili w 1967 roku tani, używany i bardzo stary samochód – znaleźli we mnie bezinteresownego pomocnika.
      Tym pojazdem dostępnym dla studenckiej kieszeni, a pierwotnie przeznaczonym do samodzielnego jeżdżenia, okazał się przepiękny kabriolet, a właściwie roadster BMW-DIXI z 1930 roku.
      Z młodzieńczym zapałem remontowaliśmy więc go przez cały rok, by wyruszyć na pierwsze samodzielne i motoryzacyjne wakacje latem 1968 roku.
      Ale gdy pojazd był już prawie gotowy – dowiedzieliśmy się, że pod patronatem tygodnika "Motor", po raz pierwszy po wojnie w Polsce zostanie zorganizowany w Warszawie najprawdziwszy „Pierwszy Ogólnopolski Rajd Weteranów Szos”. Limitem wieku był rok budowy 1939 – a myśmy dysponowali wyszykowanym autem z 1930 roku. Zapadła więc decyzja: startujemy w tym rajdzie.

      „Motor” (nr 838 z dnia 19 maja 1968 roku):

      AGA z 1920 r., MERCEDESY z 1928 i 1933 r.
      CORAZ WIĘCEJ „PEREŁEK” W RAJDZIE WETERANÓW SZOS

      Już mamy siedemdziesiąt zgłoszeń w portfelu rajdu. Każdy tydzień przynosi nie tylko nowe zgłoszenia, ale przynajmniej jedną „perełkę" w postaci „pradziadka" godnego muzeum techniki motoryzacyjnej. Do tego rodzaju eksponatów należy zaliczyć niewątpliwie samochód AGA wyprodukowany w roku 1920 w Berlinie. Na czym m. in. polega wartość techniczno-muzealna tego wozu? Jest on wyrazistym odbiciem nie tylko konstrukcji podwozia i silnika tego czasu w jakim został wyprodukowany, ale nadto odbiciem stylu swej „epoki", dzięki zachowanej linii oraz szczegółom nadwozia, kół, szprych itd. Trzeba pogratulować p. Wzorkowi z Warszawy umiejętnego i pieczołowitego konserwowania tego wozu.

      Godne bliższej uwagi fachowców są także ostatnio zgłoszone dwa antyczne Mercedesy: czteroosobowy kabriolet typ 200 z roku 1928 młodzieżowego klubu z Warszawy oraz zagadkowy wóz z roku 1933 - pięcioosobowy kabriolet z silnikiem wysokoprężnym - jak pisze jego właściciel p. Michał Rytelewski z Gdyni - o litrażu silnika 7,6 litra (?!). Do bliższego rozeznania przez komisję techniczną rajdu nadaje się także Daimler-Benz typ 200, z silnikiem sześciocylindrowym, kabriolet, produkowany w latach trzydziestych, własność Krzysztofa Jabłonowskiego z Warszawy.

      Grupę „Dekawek" powiększyła ostatnio DKW Meisterklasse (rok 1938) na podwoziu F-7 należąca do Stanisława Bochno z Widzewa, a zestaw Adlerów - samochód Zbigniewa Zabielskiego z Namysłowa - Adler Junior Sport z r. 1933.
      Grupę samochodów Opel uzupełniła Olympia (rok 1938) Mieczysława Sowińskiego z Dobrego Miasta k/Olsztyna, Wanderery otrzymały jeszcze jednego konkurenta w postaci dwulitrowego kabrioletu - prod. 1936 r. Andrzeja Michalskiego z Bydgoszczy.
      Na zakończenie dzisiejszej serii dwa typy wozów dotychczas jeszcze na naszej liście nie notowanych: leciwa czteroosobowa kareta BMW typ 308 (typ bardzo rzadko u nas spotykany) z roku 1930, własność p. Demineta z Warszawy oraz Skoda Popular ZI z r. 1937 - własność Janusza Leszczyńskiego z Olsztyna.

      Lista zgłoszonych osiągnęła ilość siedemdziesięciu samochodów. Ileż ciekawostek technicznych zawierają w sobie te pojazdy, ile kilometrów przekręciły się ich kółka, jakie były ich sukcesy i dramaty? Bardzo ciekawa sprawa. Nasza impreza nabiera coraz większego blasku. Opieszali właściciele weteranów szos nie zwlekajcie ze zgłoszeniami - termin rajdu już bliski, regulamin już opracowany, niebawem podamy go w skrócie. Przypominamy adres organizatora: Koło Seniorów Automobilklubu Warszawskiego, Warszawa-Sejm, ul. Górnośląska 45. Prosimy o szybką decyzję, (tg)

  1. Jeden z bardziej interesujących eksponatów zgłoszonych do Rajdu Weteranów Szos - Mercedes Kabriolet typ 200, rok produkcji 1928, z sześciocylindrowym silnikiem dolnozaworowym i trzybiegową skrzynią biegów (plus nadbieg). Dane te podajemy na odpowiedzialność młodzieżowego klubu z Saskiej Kępy w Warszawie, względnie przodownika klubu - Jerzego Zawistowskiego.

  2. AGA (Aktiengesellschaft fur Automobilbau) „urodzona" w roku 1920 w Berlinie, jeden z najciekawszych, pojazdów zgłoszonych do rajdu, kandydat do nagrody „wieku i wyglądu". AGA rzeczywiście zachowała w sposób wyjątkowy swój wygląd i styl z czasów produkcji, bez żadnych zmian, dzięki troskliwym rękom dobrze znanego wśród warszawskich fachowców - Józefa Wzorka.

  3. To także kandydat do wnikliwej oceny komisji technicznej rajdu - pięcioosobowy kabriolet Mercedesa z silnikiem wysokoprężnym, wyprodukowany w roku 1933, obecnie eksploatowany przez Michała Rytelewskiego z Gdyni.
  4. Ten czwarty z dzisiejszej kolekcji, wart dokładnego obejrzenia i... przejechania się - kabriolecik - BMW AM-1 (Dixi) Andrzeja Łysikiewicza z Warszawy. Właśnie ten wózek wyrusza na pierwszą w roku bieżącym przejażdżkę w pełnej krasie wiosennego słońca...
 
      I tak w dniach 15 i 16 czerwca 1968 roku, znalazłem się na pierwszym oficjalnym powojennym rajdzie weteranów szos w Polsce. Można dziś powiedzieć – że znalazłem się tam we właściwym czasie i właściwym miejscu, choć nie do końca jako pełnoprawny załogant: autko było bowiem 2-osobowym kabriolecikiem, a czasem w odkrytym bagażniku podróżował jeszcze zgnieciony pasażer. Dla mnie jako serwisanta nie było już miejsca w samochodzie – ale zawsze powinienem być w pobliżu, gdyż autko miało ciągle kłopoty techniczne, spowodowane głównie tym, że cała paczka młodych przyjaciół nie miała zbyt dużo doświadczenia motoryzacyjnego, a technika nie toleruje błędów.
      Występowałem więc jako mobilny pomocnik z motocyklem (swoją WFM-ką), aby dowozić brakujące części lub organizować wszelką pomoc na drodze. Mieliśmy zresztą w 4-osobowej załodze ściśle wyznaczone funkcje: był kierowca, pilot, mechanik i siłacz. Tym siłaczem byłem ja – a siły używałem szybko podnosząc do góry jedno z kół, gdy w rajdowej walce urywały się słabe śruby mocujące felgę i należało je szybko wymienić – bo to groziło odpadnięciem całego koła.
      Ale ten pierwszy prawdziwy rajd był też wspaniałym przeżyciem, gdyż zorganizowany został na zlecenie Zarządu Głównego P.Z.M. według starych przedwojennych wzorów przez działaczy ówczesnego Automobilklubu Warszawskiego, też z przedwojennym doświadczeniem.

Oryginalny znaczek przedwojennego Automobilklubu Polski Plakietka rajdowa z czerwca 1968 roku

      Honorowym Komandorem Rajdu był przedwojenny Prezes Automobilklubu Polski: Janusz Regulski w towarzystwie innych działaczy ówczesnego Automobilklubu Warszawskiego, zrzeszonych w „Kole Seniorów” A.P.
      W rajdowym regulaminie dopisane było wprawdzie oficjale przesłanie, że „Automobilklub Polski jest ramieniem POLSKI LUDOWEJ w sprawach motoryzacji”, oraz że „RAJD WETERANÓW SZOS – jest nie tylko sprawdzianem technicznych wartości pojazdu – lecz przede wszystkim sprawdzianem fachowości kierowcy, jego orientacji i zaradności w trudnych warunkach prowadzenia pojazdu z lat trzydziestych” – ale dla nas młodych i zafascynowanych motoryzacją – otworzyła się nowa możliwość: ruch miłośników weteranów szos. Na dodatek na tym pierwszym rajdzie, na Stadionie Skry w Warszawie, spotkało się nas tylu, że uwierzyliśmy iż nie jest to jednostkowa fanaberia grupki młodych ludzi, że są doskonałe wzory do naśladowana, że takich entuzjastów w Polsce zbierze się kilkudziesięciu, a na dodatek zaczęto opowiadać o podobnych zagranicznych imprezach na które warto pojechać – np. do NRD!!
      To pobudzało wyobraźnię, bo i prasa ciepło opisywała tę imprezę, życząc rozwoju tych zainteresowań wszystkim entuzjastom zabytkowej motoryzacji.
      Z tamtego rajdu odnalazłem po latach wspólne zdjęcie naszej młodej załogi z BMW-DIXI oraz kilka pożółkłych gazet. Z sentymentem je teraz czytam o oglądam zamieszczone tam kolorowe fotografie – przedstawiając je także na niniejszej stronie internetowej.

      „Motor" (czerwiec, 1968 rok):

      SPOTKANIE STARUSZKÓW

  • Najstarszy liczył sobie 58 lat.
  • Najmłodszy miał 29 lat - nie mógł zresztą by młodszy, bowiem wszyscy musieli być sprzed wojny. Każdy z nich szykował się do występu w Warszawie na wiele miesięcy przed czasem...
      Mamy naturalnie na myśli przeszło czterdziestu uczestników zorganizowanego ostatnio przez Automobilklub Warszawski - Rajdu Weteranów Szos.
      Niektórzy nie byli w pełni technicznej sprawności i taki np. Chevrolet z 1910 roku - ten najstarszy nie mógł dojechać na spotkanie staruszków o własnych siłach i przywieziono go z Krakowa samochodem ciężarowym. Nie ma się co dziwić skoro niektórzy dostojni jubilaci na przeróżnych jubileuszach też są przywożeni a nie docierają na uroczystości o własnych siłach. Nie mógł więc ów Chevrolet wykazać swych walorów w próbach sportowych, poza konkursem uczestniczył w defiladzie... holowany przez samochód pomocy drogowej. Prym sędziwego wieku przejął więc 51-letni Dodge z 1917 roku (wł. A. Skrzypek), nie wiele ustępowała mu AGA-A z 1920 roku (wł. J. Wzorek) oraz Austin z 1923 r. (wł. M. Bargielewicz). Okazuje się, że krzepkość staruszków była prawie że przysłowiowa i w klasie II - samochodów z lat 1911-1925 stoczyli ze sobą porywającą sportową walkę, z której zwycięsko wyszedł... najstarszy. Rajd Weteranów Szos miał bowiem nie tylko wykazać wartości techniczne pojazdów ale i być sprawdzianem fachowości kierowców i ich umiejętności w prowadzeniu wozów z lat dwudziestych i trzydziestych.

      Oprócz rywalizacji sportowej interesowała nas szczególnie rywalizacja techniczna najstarszych samochodów w Polsce. W bardzo upalne tegoroczne czerwcowe dni gotowała się ciągle w chłodnicach woda, dolewano ją stale z przezornie zabranych konewek, garnków i baniek. Każdy prawie samochód pozostawiał pod sobą sporą plamę oleju. Sterane dętki przepuszczały powietrze. Mężny jednak duch panował wśród zawodników; nie załamywali się wobec największych nawet trudności. Naprawy były przeprowadzane prawie że na miejscu, silniki znowu przywracane do życia, szczególnie, że rajd liczył aż... 50 km. Na trasie obowiązywały następujące szybkości przeciętne: dla staruszków z roczników 1911-1925 - 25-30 km/godz., dla sędziwych z lat 1926-1935 - 30-35 km/godz., a dla „młodzieży" z lat 1936-1939 - aż... 35-40 km/godz. Trzeba było też przeprowadzić próbę rozruchu zimnego silnika (tylko 5 konkurentów: BMW-Dixi 1927r., Opel P-4 1934 r., DKW F-7 1935r., BMW-315 1936 r. oraz DKW Sonderklasse 1938 r. na przeszło 40 startujących nie „zapaliło" w żądanym czasie) wykonać próbę przyspieszenia i szybkości płaskiej oraz jazdę zręcznościową. Defilada po ulicach Warszawy też wchodziła w skład programu spotkania staruszków w stolicy.

      Naturalnie, tak jak w relacji z każdej poważnej imprezy podajemy wyniki sportowe - zwycięzców poszczególnych klas. Gratulujemy serdecznie najlepszym. Zwycięzcami Rajdu Weteranów Szos byli chyba jednak wszyscy uczestnicy imprezy, którzy wykazali swe wysokie umiejętności hobbystów-kolekcjonerów, potrafili utrzymać swe wiekowe pojazdy w takim stanie, żeby nie tylko rywalizować w sportowej walce ale i - jak oświadczało wielu z tych miłośników starych pojazdów - korzystać ze swych pojazdów na codzień. Dlatego właśnie bijemy brawo dla wszystkich, a oddzielne oklaski dla Automobilklubu Warszawskiego za zorganizowanie tej pożytecznej imprezy-maskarady (szel).

      Wyniki konkurencji sportowych
Rajdu Weteranów Szos w Warszawie 15-16 maja 1968

KI. II (samochody prod. 1911-1925) - 3 startujących
      1. A. Skrzypek - Dodge 1917.
      2. M. Bargielewicz - Austin 1923.
      3. J. Wzorek - AGA A 1920.

KI. III (samochody prod. 1926-1935) - 14 startujących
      1. P. Wędrychowicz - BMW-315 1932.
      2. A. Łysikiewicz - BMW R-308 1928.
      3. A. Wojciechowski - FIAT 508 1933.

KI. IV (samochody prod. 1936-1939) - 23 startujących
      1. Z. Moritz - Tatra 75 1937.
      2. E. Szczepański - Chevrolet 1937.
      3. E. Kos - Adler Junior 1938.

      Nagrodę tygodnika Motor dla najstarszego samochodu najmniej odbiegającego od stanu autentycznego otrzymał J. Wzorek startujący na samochodzie AGA-A z 1920 r.

Stanisław Szelichowski
 
      „Express Wieczorny" (poniedziałek, 17 czerwca 1968 roku):

      DZIADEK NA TRASIE

      To był rajd!!
      Jechaliśmy dziadkiem dzisiejszych „Mercedesów", w gronie równie czcigodnych staruszków. Kierowca i właściciel szanownego weterana bitych i gruntowych dróg, Zygmunt Ciechociński z Głuchowa pod Warszawą porozumiewa się ze swym rajdowym pilotem, Władysławem Jurkiewiczem bardzo lakonicznie:
      - Szpula?
      Jurkiewicz zagląda do marszruty, patrzy na zegarek, rozgląda się po okolicy:
      - Co to, mijamy już Powsin? No to szpula!
      Na Ogólnopolskim Rajdzie Weteranów Szos zorganizowanym przez Koło Seniorów Automobilklubu Warszawskiego, wszystko było jak na prawdziwych, wielkich rajdach: rajdowe zegary na sędziowskich stolikach, radiostacje, chorągiewki, sędziowie, lotne finisze, próby szybkości, a nade wszystko nastrój.
      Mężny był też duch wśród zawodników. Nie załamywali się nawet wobec największych, niespodziewanych trudności. Oto tuż przed startem do rajdu widzieliśmy zadyszanego zawodnika z wielką rurą, niby do piecyka, na plecach, jak przedzierał się przez tłum z okrzykiem: „Panowie, puśćcie, bo wypadnę z kolejki". Okazało się, że sterana latami żywotna część silnika rozsypała się i trzeba było nową sprowadzać taksówką z domu.
      Gotowała się na trasie w chłodnicach woda, dolewano ją w pośpiechu z przezornie zabranych butelek, konewek i garnków. Spadały koła, chrypiały silniki, ale to nic - byle dalej. Pierwsze miejsce w kategorii najstarszych wozów zajął Andrzej Skrzypek z Katowic na ,,Dodge'u" z 1917 r., dwa następne, II i III miejsce przypadły Mieczysławowi Bargielewiczowi na „Austinie" z 1923 r. i warszawiakowi Józefowi Wzorkowi na "Adze" z 1920 r.
      Ale zwycięzcami w tym rajdzie byli wszyscy zawodnicy – miłośnicy swych starych pojazdów, motoryzacji i dobrych manier na szosie. Życzymy im wszystkim i ich samochodom - sto lat. (mf)

 
      „STOLICA" (nr 1075 z 14 lipca 1968 roku):

      RAJD WETERANÓW SZOS

      Nie tak dawno mówiło się o nich z lekceważeniem. Dziś stare samochody zaczynamy traktować z szacunkiem, a nawet niekiedy podziwiamy je. Linie starych kabrioletów okazują się lepsze od nowych trapezoidalnych karoserii; dostrzegły to nawet firmy samochodowe, stylistyką nowych wozów nawiązując do ich dziadków. Podziw współczesnego posiadacza Skody-1000MB czy Syreny-104 budzi trwałość samochodów sprzed drugiej, czy nawet I wojny światowej: po trzydziestu, a choćby pięćdziesięciu latach eksploatacji nadal są sprawne technicznie. Weterani szos: wdzięk, trwałość, elegancja - i jeszcze mgiełka czegoś nieuchwytnego...
      Dwadzieścia kilka takich weteranów szos spotkało się 16 i 17 czerwca w Warszawie w kilkudziesięciokilometrowym rajdzie. Stare samochody zostały z aplauzem powitane na ulicach Warszawy. Tylko znawcy nie byli w pełni zadowoleni - nawet nie dlatego, że samochodów było tak mało, lecz że tylko część z nich była naprawdę ciekawa. Nie mamy wprawdzie nic przeciwko wszelkiego rodzaju DKW F-7, Mercedesom V-170 czy 170H lub Adlerom, stanowią one również cześć tradycji automobilowej - lecz gdzie się podziały te widywane jeszcze nie tak dawno Austro-Daimlery, luksusowe Horchy cabrio, 5-litrowe Mercedesy, Fiaty z lat dwudziestych, przepiękna w linii Lancia Lambda? Jeśli schowane, to pół biedy. Ale jeśli już ich nie ma? Żal serce ściska...
      No, ale dość żalów. W rajdzie wzięło udział kilka ciekawych wozów. Dodge faeton model 1912, choć produkcji o kilka ładnych lat późniejszej, Austin z 1923 r., AGA z 1920 r., 8-cylindrowy Mercedes z kolekcji tych wspaniałych Mercedesów lat trzydziestych... Podobały się BMW Dixi, sprężarkowe Wanderery W-25. Lakier na niektórych wozach był tak piękny, że gdzie tam do niego fabrycznemu!
      Choć więc w rajdzie zabrakło samochodów klasy Veteran sprzed 1908 roku, niewiele było Edwardianów, więcej klasy Vintages, a najwięcej Postvintages, choć nie zawsze pur sang - zlot starych samochodów, owoc wysiłku Automobilklubu i Koła Seniorów był imprezą pożyteczna i udaną.

 
Załoga MERCEDESA Jurka Zawistowskiego na okładce tygodnika STOLICA Parada rajdowa stołecznym Nowym Światem. Zza latarni wyjeżdża 'nasze' DIXI Sędziowski MERCEDES-540K przedwojennego automobilisty i kolekcjonera - Tadeusza Tabenckiego
Na rozstajnych drogach w Konstancinie Próby sportowe na stadionie Skry Józef Wzorek i jego AGA z 1920 roku

      Po 35 latach odszukałem też kilku uczestników tego chyba historycznego rajdu zarówno dla mnie jak i dla ruchu kolekcjonerskiego w Polsce – a z jednym z nich, Jurkiem Zawistowskim startujemy weteranami szos do dziś, lub bywamy na najlepszych imprezach międzynarodowych – jak np. na tegorocznym najwspanialszym na świecie rajdzie weteranów z Londynu do Brighton.

      Doświadczenia zebrane przez rok w czasie grzecznościowego używania i naprawiania spółkowego weterana były podstawą decyzji: chcę mieć podobny i stary pojazd na własność.
      Okazja nadarzyła się wkrótce – gdy moi uczniowie (ci od korepetycji) z Technikum Samochodowego w Grodzisku Mazowieckim, wyszperali stojący od 12 lat w zapomnianym garażu przedwojenny samochodzik. Do dziś nie wiem dlaczego nie znalazł go tam mieszkający w Grodzisku największy wtedy w Polsce kolekcjoner starych pojazdów – Tadeusz Tabencki, ale tak oto stałem się posiadaczem autka które przypominało wyglądem rasowe BMW z końca lat 30-tych, ale pod maską miało 2-cylindrowy i 2-suwowy silnik DKW. Autko było „na chodzie” – więc z Grodziska do Milanówka przyjechało na benzynie odlanej z nieodłącznej WFM-ki i z bateryjnym zapłonem zasilanym motocyklowym akumulatorkiem.
      Po wybudowaniu specjalnego garażu – przystąpiłem do kompleksowego remontu karoserii i tapicerki, by po roku (latem 1970) pojazd był gotowy do samodzielnych rajdów.
      I znów sprzyjało mi szczęście, bo w dniach 12-13 września 1970 roku, Automobilklub Warszawski zorganizował tym razem międzynarodowy ”DRUGI KONKURS WETERANÓW SZOS”.

      Jedną z konkurencji był przedwojenny „zlot gwiaździsty” - gdy w czasie pięciu dni przed imprezą można było wyruszyć z domu i dowolną trasą podążać w kierunku imprezy. A więc po północy 7 września, ze swoim najlepszym przyjacielem – Piotrem Gilarem, wystartowałem z Milanówka do mety w Warszawie, ale pierwszego dnia zatrzymaliśmy się w Słupsku, drugiego dnia – we Wrocławiu, trzeciego dnia w Katowicach, potem jadąc przez Kraków i Pętlę Bieszczadzką dojechaliśmy do Łańcuta, by ostatniego dnia „dojazdówki” zameldować się przed Automobilklubem Warszawskim. Łącznie w ciągu 5 dni zrobiliśmy około 2500 km – wygrywając tę konkurencję ze znaczna przewagą punktową, mimo korzystniejszych współczynników dla pojazdów znacznie starszych.
      Komandorem tej imprezy był nestor rzeczoznawców samochodowych i wspaniały przedwojenny kierowca (i lotnik) Witold Rychter w otoczeniu działaczy Koła Seniorów A.P z jego przewodniczącym – Tadeuszem Grabowskim.
      Jednak ten drugi warszawski rajd nie był szczęśliwy, mimo licznej obsady i już naprawdę ciekawych pojazdów z Polski, Czechosłowacji, Węgier i NRD. Może frekwencja przerosła możliwości organizatora – gdyż na rajdzie zdarzył się tragiczny wypadek: jeden z zawodników najechał na sędziego, inżyniera Jerzego Strengera, który zmarł w wyniku doznanych obrażeń.
      Teraz też odnalazłem stare gazety z relacjami o tej imprezie – do lektury których serdecznie zapraszam.

      „Motor" (Nr 963, 11 października 1970 roku):

      II KONKURS WETERANÓW SZOS
      CIEKAWA, ALE PECHOWA IMPREZA

      Porównanie starych i nowych samochodów ma szczególną wartość dla młodszych, których przeważnie zaskakuje wygląd i sprawność pojazdów, wyprodukowanych na wiele lat przed ich urodzeniem. Nawet i niezupełnie już młodych. W konkursie brała np. udział Aga z 1920 r.- niewielu już może te czasy pamiętać. A nikt już na pewno nie pamięta czasów najstarszego samochodu znajdującego się w Polsce - De Dion-Bouton z 1899 r. Samochód jest całkowicie sprawny - „wlać benzyny i jechać". Można go codziennie oglądać w Muzeum Techniki w Warszawie. Szkoda, że nie pokazano go na konkursie.
      Wyraźnie imponował też stan techniczny i wygląd do jakiego można - naturalnie kosztem dużych trudów i wysiłków - doprowadzić stare samochody. Niektóre z nich - i to nawet te najstarsze - wyglądały tak, jakby opuściły fabrykę wczoraj, a nie 40 czy 50 lat temu!
      Na konkursie można było oglądać kilka Polskich FIAT-ów 508 oraz lilpopowskiego Chevroleta de Luxe. Chcąc nawiązać do tych dawnych tradycji, puchar Motoru przeznaczyliśmy właśnie za najlepiej utrzymany najstarszy polski samochód.

      Konkurs Weteranów Szos, w którym mogły brać udział samochody wyprodukowane do 1939 r., został przeprowadzony 12 i 13 września w Warszawie i składał się z trzech konkurencji: z turystycznej, technicznej i sportowej. W każdej konkurencji przeprowadzono oddzielną klasyfikację i przyznano oddzielne nagrody. Udział w konkurencji technicznej, związanej z wiekiem pojazdu, oryginalnością jego części i utrzymaniem, był obowiązkowy; udział w dwóch pozostałych, które były sprawdzianem sprawności i trwałości pojazdu - dowolny.
      Konkurencją turystyczną był zjazd gwiaździsty, w którym zawodnicy startowali z różnych punktów w kraju lub poza jego granicami. Rozstrzygała odległość, ale ponieważ trudno by jednakowo traktować drogę przejechaną przez samochód z 1939 (często o walorach technicznych zbliżonych do samochodu współczesnego) i - 1920 r. wprowadzono współczynniki wyrównawcze. O zajętym miejscu decydowała liczba uzyskana przez pomnożenie przebytych kilometrów przez współczynnik (tym większy im starszy był samochód).

      Zwycięzcą zjazdu gwiaździstego został Piotr Gilar z Komorowa pod Warszawą na DKW S-5 z dwusuwowym silnikiem 700 ccm, który jadąc trasą okrężną przejechał aż 2116 km, trasą okrężną pojechał też zdobywca Pucharu Motoru, Franciszek Jakubowski z Warszawy, przebywając 996 km. W czołówce znalazły się też dwa samochody czechosłowackie, Tatra 12 z 1930 r. i Laurint-Klement z 1923 r. (jeden z najstarszych samochodów konkursu z młodą załogą kobiecą) oraz maleńkie Dixi z 1928 r. z NRD. Tak wielkie odległości, przebyte przez bardzo stare samochody, zepchnęły na dalsze miejsca samochody nowsze, z małymi współczynnikami. Samochód z 1939 r., żeby im dorównać, musiałby przejechać dobre kilka tysięcy kilometrów.

      W konkurencji technicznej przyznawano punkty dodatnie za wiek samochodu (naturalnie tym więcej, im samochód był starszy), jego utrzymanie i sprawność techniczną. Ujemne - za nieoryginalne części czy zespoły. Pierwsze miejsce zajął tu Steyr K-530 z 1931 r. Józefa Lange, drugie Austro-Daimler z 1927 r. Piotra Czerskiego. Na podkreślenie zasługuje trzecie miejsce Agi z 1920 r. Józefa Wzorka, widywane często na ulicach Warszawy. Ten najstarszy samochód konkursu jest doskonale utrzymany, punktację jego obniżyły niektóre nieoryginalne części. No, ale oryginalne do samochodu sprzed 50 lat, trochę już dziś trudno! Za nimi uplasowały się Praga Alfa z 1927 r. zawodnika z Czechosłowacji oraz dwa BMW-Dixi z 1928 r.

      Wyróżniające się doskonałym utrzymaniem i ze wszystkimi częściami oryginalnymi BMW-Dixi Klausa Mertinka z NRD (jedyne Dixi, które miało nawet oryginalny, mosiężny jeszcze gaźnik, będący sam w sobie cennym eksponatem muzealnym) znalazło się na dalszej pozycji z powodu normalnego ubioru jego posiadacza. (Zalecone były ubiory współczesne do lat produkcji samochodu). Inne samochody, z pewnymi brakami samego pojazdu, uzyskały lepsze lokaty ze względu na dość wysoko punktowany, dostosowany do epoki pojazdu strój załogi. Wydaje się jednak, że byłoby bardziej racjonalne przyznawanie za strój odrębnych nagród, a nie uwzględnianie go przy ocenie samochodu.

      Na konkurencję sportową, przeprowadzoną w niedzielę rano drugiego dnia konkursu, złożyły się próby regularności jazdy, próba przyspieszenia i hamowania oraz próba zręczności. W próbie regularności zawodnik sam dobierał sobie prędkość jazdy, mierzony był czas przejazdu pierwszego okrążenia. Zadanie polegało na przejechaniu trzech następnych okrążeń w tym samym czasie - za czasy dłuższe lub krótsze liczono punkty ujemne. Trasa tej próby, biegnąca między innymi wąskimi uliczkami Starego Miasta, z ostrymi zakrętami i stromymi podjazdami, była bardzo ciekawa i efektowna, tak że - mimo ulewnego deszczu - zgromadziła wiele widzów. O wyniku w konkurencji sportowej decydowała suma punktów ze wszystkich trzech prób.

      Pierwsze miejsce zajął Wojciech Potocki na „młodym", bo z 1939 r. 6-cylindrowym Mercedesie 230, drugie Janusz Piotrowski na starszym już Oplu 1290 z 1931 r. Na podkreślenie zasługują dobre wyniki na bardzo starych samochodach, uzyskane przez zawodniczkę czechosłowacką Helenę Bubenikową na samochodzie Laurint-Klement z 1923 r. (na próbie regularności jechała ofiarnie otwartym torpedem w strugach ulewnego deszczu) oraz zawodnika warszawskiego Marka Paula na Tatrze 57 z 1925 r.
      Impreza przygotowywana była od miesięcy i przygotowana została bardzo starannie, w założeniu, że konkurs odbędzie się na dziedzińcu zamku królewskiego (na co pisemne zezwolenie odnośnych władz uzyskano jeszcze przed dwoma miesiącami), a próby sportowe na Stadionie Dziesięciolecia - tak podawał Motor, tak informowała prasa.

      Dosłownie w przeddzień zawodów organizator został zaskoczony jednak nagłą zmianą - nie Plac Zamkowy, a Plac Zwycięstwa. Na przygotowanie i prowizoryczne choćby ogrodzenie linami parku samochodów na Placu Zwycięstwa zostało parę godzin. Dla prasy porannej na opublikowanie komunikatu było już za późno - wiadomość o nowej lokalizacji konkursu na Placu Zwycięstwa podał tylko wychodzący po południu Express Wieczorny.

      Zupełne już przerażenie musiało ogarnąć organizatorów, gdy w sobotę okazało się, że Stadion Dziesięciolecia też odpada. Wiadomość o tym można już było podać tylko przez radio i podano ją w sobotę wieczór w wiadomościach sportowych. Ale nie wszyscy czytają Express i słuchają radia. Stąd zrozumiałe rozgoryczenie i zdenerwowanie ludzi, którzy przybyli w sobotę na Plac Zamkowy, a w niedzielę na Stadion Dziesięciolecia. Nie ulega też wątpliwości, że warunki przeprowadzenia prób - i możliwości ich obserwowania przez publiczność - były na Placu Zwycięstwa bez porównania gorsze niż na Stadionie Dziesięciolecia.

      Zły los imprezy nie ograniczył się niestety, do tych niedociągnięć. W niedzielę rano, w czasie pełnienia swych obowiązków związanych z organizacją konkursu, zginął tragicznie najechany przez jednego z uczestników konkursu inż. Jerzy Strenger, znany przedwojenny zawodnik rajdowy, a później zasłużony działacz Polskiego Związku Motorowego. Ta wielka strata, jaką poniósł polski sport samochodowy, wywołała nadzwyczaj silne wrażenie na wszystkich, którzy o tym wiedzieli. Tym, którzy znali Go dobrze i od lat, trudno już było z zainteresowaniem obserwować imprezę. I ciężko o niej pisać.

      Tekst i zdjęcia Z. PERZYŃSKI

WYNIKI KONKURSU WETERANÓW SZOS,
WARSZAWA, 12-13.IX.1970 R.

Konkurencja turystyczna (zjazd gwiaździsty)
1. DKW S-5 - 1935 r., P. Gilar, Komorów, 2116 km (wsp. 2),
2. Opel P4 - 1929 r., S. Arendarczyk, Zabrze, 1286 km (wsp. 3),
3. Tatra 12 - 1930 r., Mirosław Urban, CSRS, 712 km (wsp. 3),
4. Laurint-Klement - 1923 r., H. Bubenikowa, CSRS, 523 km (wsp. 4),
5. Polski FIAT 501-1934 r., F. Jakubowski, Warszawa, 996 km (wsp. 2),
6. BMW-Dixi – 1928 r., Klaus Mertink, NRD, 601 km (wsp. 3).

Konkurencja techniczna
1. Steyr K-530 - 1931 r. J, Lange,
2. Austro-Daimler - 1927 r., P. Czerski, Warszawa,
3. Aga - 1920 r., J. Wzorek, Warszawa,
4. Praga Alfa - 1927 r., Jaromin Pavel, CSRS,
5-6. BMW-Dixi - 1928 r., J. Walor, Gliwice;
       BMW-Dixi, M. Spyra, Ormontowice

Konkurencja sportowa
1. Mercedes 120 - 1939 r. W. Potocki, Warszawa,
2. Opel – 1290 - 1931 r., J. Piotrowski, Gliwice,
3. Laurint-Klement - 1923 r., H. Bubenikowa, CSRS,
4. Tatra 12 - 1930 r., M. Urban, CSRS,
5. Tatra 57 - 1925 r. M. Paul, Warszawa,
6. Mercedes 170V - 1939 r., J. Tkacz, Katowice.

 
      Ale od tamtego czasu – przez kilka lat nie odbywały się w Warszawie żadne znaczące rajdy starych pojazdów.
      Dopiero w czerwcu 1976 roku, odbył się w rejonie Zegrza większy rajd środowiskowy zorganizowany przez Automobilklub Warszawski, a w 1977 roku - ogólnopolski rajd w ramach Turystycznych Motorowych Mistrzostw Polski Weteranów Szos – którego miałem zaszczyt być Komandorem. Ale to już zupełnie inna historia organizowania imprez dla środowiska miłośników zabytkowych pojazdów w Polsce.

      „Motor" (nr 1262 z 7 lipca 1976 r.):

      TE KOCHANE, POCZCIWE GRATY

      Nie bez oporów torowały sobie drogę do uznania. Ich właściciele zbywani byli byle czym, towarzyszyły im uśmieszki politowania, a próby znalezienia patrona kończyły się niczym.
      Właściciele starych samochodów to jednak twardy ludek. Zahartowani, w często wydawałoby się, beznadziejnych poszukiwaniach fragmentów dawno już nie produkowanych pojazdów, gdy każdy z nas dawno machnąłby ręką i oddał tę kupę złomu do składnicy - oni jednak szukają i znajdują.
      Czy wiecie państwo, że odtworzenie Forda, Opla, Wanderera, albo Mercedesa sprzed wojny trwa często całymi latami? Najłatwiej byłoby oczywiście znaleźć „złotą rączkę" - mechanika, który dorobiłby, kopiując ze starych zdjęć lub rysunków, brakujące części, ale ambicją właścicieli samochodów weteranów jest znaleźć oryginalne części. To jest dopiero sam smak...
      Prekursorami ruchu restauracji starych pojazdów są Brytyjczycy. Doroczny ich wielki rajd weteranów z Londynu do Brighton to parada marek nie produkowanych od dziesiątków lat i jednocześnie demonstracja snobizmu na wszystko co brytyjskie i co stare.
      Zupełnie inne walory prezentuje ruch miłośników weteranów w Czechosłowacji. Nasi sąsiedzi z południa mieli już przed wojną sporo samochodów na swoich drogach, tak więc gdzieś po zakamarkach i w stodołach pod sianem przetrwały wojnę stareńkie Tatry i Aero. Wystarczy przekroczyć granicę na południe, aby zaraz spotkać raźnego staruszka jednej z wymienionych marek. Oni tam nie cackają się z nimi. Ot, po prostu używają ich do codziennych potrzeb.
      U nas nie mamy takiego bogactwa starych samochodów i dlatego ich właściciele traktują je niejako jak numizmatyczne zbiory. Od czasu do czasu jednak spotykają się na imprezach, które są połączeniem spotkań towarzyskich, gdzie każdy prezentuje swoje cacko, z niewielką rywalizacją sportową, na miarę oczywiście możliwości, jakimi te pojazdy dysponują.
      Tworzą grupę ludzi, których często po prostu nie interesuje nowy samochód z Polmozbytu. Dlaczego? Ano, bo ich bawi dłubanina, chcą tropić ślady starych pojazdów, które tkwią gdzieś często w szopie jeszcze od przed wojny. Znaleźć taki rarytas, kupić go nie zawsze za psi pieniądz, bo ludziska się już wycwanili, że to ma dla niektórych dużą wartość, potem go pielęgnować, oto co ich ciągnie do starych samochodów.
      Prezentujemy dziś zdjęcia ze spotkania właścicieli samochodów weteranów, jakie zorganizował Automobilklub Warszawski, a dokładniej Sekcja Starych Samochodów AW przy współudziale działaczy turystycznych. Spotkanie to odbywało się po części pod patronatem naszej redakcji, choć - przyznajemy - nie był to patronat zbyt efektywny.
      Przyjrzeliśmy się i już to mamy w planie. W przyszłym sezonie będziemy traktować tę imprezę po kumotersku...

      B. KOPERSKI

      Natomiast swój pierwszy samochód marki IHLE-DKW z 1934 roku, a kupiony w 1969 roku, mam sprawny do dziś. Okazało się, że jest to niezwykle rzadki prototyp niemieckiego sportowego auta, a ja przejechałem nim wiele rajdów, krajów i kontynentów. Samochodzik od 1991 roku jest eksponatem w stołecznym Muzeum Techniki oraz wizytówką mojej strony internetowej zrobioną podczas górskiej próby na ulicy Karowej w 1988 roku w Warszawie.

(wspomnienia spisane w grudniu 2003 roku)