Notatki z podróży 1986
Osterreichishe Alpenfahrt 1986, 13-22.06.1986.

      11 czerwca, dzień 1, Warszawa – Cieszyn.

      Naszym punktem zbornym był warsztat Tomka Skrzelińskiego. Tu także załadowaliśmy cały bagaż na lawetę i ruszyliśmy w drogę. Auto Tomka to odkupiony z amerykańskiej ambasady Plymouth Volare kombi, w którego tylnej części, po wyjeciu siedzeń, pomieściły się nasze bagaże, Podkowa i jeśli by było trzeba, to by się jeszcze znalazło miejsce na 2 metry kartofli. Na lawecie jechał Adler Primus Poldka Bartnickiego i Sokół 600 Tomka. My we trzech rozparliśmy się na trzech fotelach obok siebie. Tomka znałem z Automobilklubu, ale Bartnickiego prawie wcale. Czas na dojazd na start rajdu przeznaczyliśmy więc na wzajemne poznanie się. Rozpoczęliśmy je od przepytania Tomka, jak działa klimatyzacja w Plymoucie. Okazało się, że jest możliwe, by działały tylko dwa nawiewy lodowatego powietrza – jeden na środku na wprost mnie, drugi obok, po prawej, gdzie siedział Poldek. Kolejny etap to schładzanie w nawiewach klimatyzacji butelki wody mineralnej przez Poldka i flaszki wódki przeze mnie. Do granicy w Cieszynie zużyliśmy w ten sposób dwie flaszki napoju wysokoprocentowego i odrobinę wody. Tomek był trochę zły, ale co się odwlecze, to nie uciecze...
      W Cieszynie nocleg i spotkanie z resztą ekipy. Jasiu Peda wraz z Romkiem Palaczem przyjechali Roburem, w którym ukryty był najstarszy samochód zarejestrowany w Polsce Lorraine Dietrich z 1913 roku, pieszczotliwie nazywany przez Jasia „koromysłem”. Marek Paul holował na lawecie Tatrę 12 rocznik 1928, a Janusz Peszak Mercedesa 170 V cabrio z 1938 roku.

W Plymouth-cie jedzie PODKOWA, bagaże i 3 kierowców, a na haku laweta z SOKOŁEM i ADLEREM Spotkanie w Cieszynie: MERCEDES ciągnie zabytkowego MERCEDESA, a w Roburze siedzi koromysło

      12 czerwca, dzień 2, Cieszyn – Wiedeń.

      Rano wyjazd do Bratysławy a później do Wiednia. Granica między Wschodem a Zachodem przerażająca. U nas stan wojenny, więc tu karabiny, wieżyczki, grube, stalowe szlabany, zwoje drutu kolczastego i zapory przeciwczołgowe. Mieliśmy to w Polsce codziennie od śniadania do kolacji i nie powinniśmy się tym denerwować, ale dla odprężenia i zniwelowania stresu po minięciu granicy otwieramy kolejną flaszkę. Szczęśliwy Tomek przyłączył się. W Wiedniu pustą flaszkę wyrzucamy do kosza... Byłem pierwszy raz na tzw. Zachodzie i na takim rajdzie, więc nie bardzo wiedziałem, co się dzieje, ale dosyć długo czekaliśmy na parkingu w środku miasta. Wreszcie przyjechał jakiś facet i całą kolumną pojechaliśmy za nim do Baden. Tu była nasza pierwsza baza. Na podwórku za salonem BMW zostawiliśmy lawety i współczesne auta, a swoje gruchoty załadowaliśmy na lory stojące przed wielkim supermarketem. Wraz z nami ładowało się jeszcze kilkanaście pojazdów. Wyglądało to niesamowicie – dwa zestawy ciągników załadowane Rolsami, Bentleyami, Mercami itp. Załadunek trwał cały dzień i to na dodatek w strugach deszczu. Dodatkowo okazało się, że stojące na górnym poziomie lawety pojazdy są za wysokie i mogły by się uszkodzić w tunelach i pod wiaduktami. Zdejmujemy więc wszystko i ładujemy od nowa... i biegiem na dworzec kolejowy.

Rozładunek lawet na parkingu w Baden Tak nasze pojazdy przejadą od mety do startu

      13 czerwca, dzień 3, Wiedeń – Dornbirn.

My jedziemy pociągiem pod granicę szwajcarską      Do miejsca startu, do Dornbirn przy granicy ze Szwajcarią, dojechaliśmy pociągiem w luksusowych wagonach. Od samego świtu zamiast spać stałem przy oknie i podziwiałem fantastyczne widoki. Zapierały dech w piersiach. Ośnieżone szczyty, sączące się strumyki, wodospady, a my raz wysoko w górze na moście by za chwilę wciskać się w długi tunel. Takich widoków się nie zapomina. Nigdy.
      Na miejscu szybko załatwiamy wszelkie sprawy związane ze startem, odbieramy dokumenty rajdowe, przyczepiamy startowe tablice i zmęczeni podróżą i wrażeniami szybko zasypiamy w hotelu, by z samego rana być w dobrej kondycji. Jutro start.

      14 czerwca, dzień 4, Dornbirn – Imst.

      Start odbył się z dziedzińca starego browaru. Było się czym zachwycać patrząc na plac zastawiony ponad setką zabytkowych pojazdów. Czego tam nie było... Mercedesy, Rolss Royce, Bentleye, Bugatti i dziesiątki innych, często unikalnych, mało znanych pojazdów. Wspaniale prezentował się także parking przed browarem, gdzie poustawiali swoje auta, nie biorący udziału w rajdzie, inni miłośnicy zabytkowych pojazdów. Największe wrażenie zrobiła na mnie replika Bugatti La Royale, ale było tam też wiele współczesnych „pojazdów marzeń” jak Porsche, czy Jaguary.

Start z dziedzińca starego browaru PRAGA-GRAND z 1914 roku Nr 33 to DODGE 'DL' z 1932 roku. Obok: BNC-Monza z 1929 roku
BENTLEY SPEED SIX z 1929 roku MAYBACH SW 38 z 1937 roku
      Startowaliśmy co minutę według kolejności numerów startowych. Moja Podkowa miała numer 73. Wystartowałem z fasonem i z fasonem przejechałem przez całe miasteczko, ale zaraz za rogatkami asfalt zaczął się niebezpiecznie unosić do góry, w kierunku potężnego wzniesienia o nazwie Hochtannberg. Po kilku minutach od startu z pełną szybkością jechałem, już bez fasonu, na jedynce. Co chwilę wyprzedzał mnie kolejny uczestnik rajdu i po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że za mną jedzie już tylko biały bus pomocy drogowej. Nic to, powoli i systematycznie wspinałem się na kolejne szczyty. Przepiękna trasa, tunele, przełęcze, tunele, mosty i oczywiście cudowne widoki. Po zjeździe z Alberga pilot Janka Pedy, Roman, chciał sprawdzić moje hamulce w Podkowie i poparzył palce. Stali na poboczu, chłodzili hamulce i spożywali deser złożony z flaszeczki dobrej wódki i kanapek. Zatrzymałem się na chwilę i uzupełniłem procenty we krwi. Po kilku minutach pojechałem dalej.
PODKOWA podczas kolejnego 'małego remontu' Podjazdy i spadki dochodzące do 20% uczą rajdowców pokory dla potęgo przyrody LORRAINE-DIETRICH z 1913 roku na przerwie 'śniadaniowej'
      Jeszcze nigdy nie kładłem się Podkową w zakręty tak ostro jak dziś. Przed Imst stopiłem elektrodę świecy. Podkowa spaliła 8 litrów benzyny na przejechanie odcinka 143 km... Burze śmiechu i dużo sympatycznych pozdrowień dla Podkowy. Nikt nie wierzył, że ona tak daleko zajedzie, a przecież to dopiero pierwszy dzień i do końca rajdu jeszcze daleko. Zobaczymy, co będzie dalej. Na postoju lufa, piwko z kufla, cola, piwko z puszki, druga puszka w kieszeń i po 15 minutach odpoczynku w drogę prosto do mety.
      Wspaniała atmosfera wśród uczestników rajdu. Przy kolacji wszyscy się wspólnie bawili i rozmawiali.
Wspólny odpoczynek bohaterów małych i dużych      Mało kto także wierzył, że Podkowa pokona jakieś górki bez holowania. Na szczęście uprzedziłem o takiej możliwości organizatorów uświadamiając ich, że mój motor ma tylko 3 konie mocy, a hamulce jak w mopedzie.
      Dowiedziałem się, że był wypadek ze Steyrem – staranował go jakiś motocyklista na „japończyku” – motocyklista w szpitalu a samochód z połamaną przednią osią na lawecie...
      Widziałem dziś chyba ze 20 sztuk motocykli BMW K-100. Zrobiłem sobie zdjęcie na K-100, jego właściciel uczynił to samo na Podkowie i pojechaliśmy w różne strony machając do siebie na pożegnanie.
      Na mecie w Imst dostałem kwiaty od małego Tyrolczyka. Krystian, motocyklista jadący Indianem, to bardzo równy chłopak, dogadujemy się po angielsku i niemiecku. Z Francuzem od De Dion Butone po angielsku, francusku, niemiecku i na migi. Z przesympatycznym Niemcem od Mercedesa (numer 106) gadamy po rusku, gdyż jako młody chłopak będąc żołnierzem dostał się do niewoli i przesiedział u Ruskich 5 lat (1945-1950).
Ryszard przymierza się do BMW K-100, a jego kierowca do PODKOWY Powitanie na końcu etapu przez Miss Austrii DE DION BOUTON Cabriolet z 1912 roku
      Dziś odpadło 12 samochodów. Nie wytrzymały. Kiedy ja? A może będzie dobrze?
      Nocleg w super komfortowym hotelu, w 2 pokojowym apartamencie z kuchnią. Pod oknem szumiący głośno strumień, a dalej przepiękny widok na ośnieżone Alpy. Kolacja super. W trakcie kolacji dowiedziałem się, że miało dziś miejsce śmieszne zdarzenie. Na szczycie Arlberga zatrzymał się właściciel trójkołowego Morgana, by sprawdzić hamulce przed stromym zjazdem. Kiedy już wraz z małżonką chcieli jechać dalej autko nie chciało zapalić. Małżonka więc wysiadła z pojazdu i go pchnęła. Hamulce w Morganie były na tyle słabe, że kierowca pojechał na metę sam. Jego żonę do hotelu podwiózł któryś ze startujących w rajdzie motocyklistów...
Hotel komfortowy, a pranie tradycyjne Wspaniałe widoki na wysokości ponad 2000 m n.p.m. Ale wjechać tu weteranem to automobilowy wyczyn

      15 czerwca, dzień 5, Imst – Gandewald – Kitzbuchel.

      Załapałem dużo punktów karnych za szybkość. Miało być 28 km/h a miałem mniej niż 15. Nie przewidziałem tak stromej górki, a meta była na jej szczycie. Dziś jechałem przez 4 tunele.
      Od rana wszystko O.K. Start i w drogę. Górka była taka sobie, nie powiem... Cały czas serpentyny – 200 metrów prosto, patelnia i znów 200 prosto. Złudzenie – wydawało mi się, że już jadę z górki, wrzucam 2 bieg a silnik zdycha... Co jest? Jeszcze raz jedynka na full i znowu dwójka i znów zdycha... Oglądam się do tyłu, a okazuje się, że w dalszym ciągu jadę pod górkę. Przed szczytem piękne jezioro. Woda cudowna o niespotykanym kolorze zielonego kryształu. Szczyt. Fotografia i w drogę w dół do Gandewald, gdzie czekał na nas smaczny obiadek. Zepsuła się pogoda i zaczęło siąpić. Przede mną jedzie kabriolet, chyba z Anglii, bo jego kierowca ma na głowie charakterystyczny melonik. W pewnej chwili widzę, że auto jedzie samo... Okazało się, że szofer tylko schylił się, by z pod fotela wyciągnąć parasol, rozłożyć go i kontynuować jazdę z parasolem w dłoni...

Takie kilometrowe serpentyny to normalka na alpejskim rajdzie Poldek z AADLEREM i Tomek na postoju RILEY z 1927 roku i melonik Bryana Reap'a
      W Gnadewald wszystkie pojazdy parkowały na poletku do minigolfa, które wkrótce zmieniło się w grząskie bagno. Po godzinie ciężkie Graff & Stifty ledwo dawały sobie radę z wyjechaniem na drogę.
      Po posiłku start i kolejna próba na stałą szybkość. Znowu biorę 28 km/h, gdyż okolica wygląda dosyć równo. Póki co znaki mówią, że będzie 14% w dół. Po chwili tablica, że już 16% w dół. Mam chyba ze 100 km/h. Próbuje zwalniać. Cisnę hamulce do oporu a tu ledwo ledwo... Trochę jednak zwolniłem i dalej, hamując obcasami, zrobiłem mocny skręt i wpakowałem się w leśną ścieżkę w lewo. Stop. Nie ma hamulców. Zero. Jedzie Peter z Holandii ciężarówką Chevrolet. Zatrzymuję go, Podkowę ładujemy na pakę i sam też i w drogę. Mogę nareszcie podziwiać widoki i robić zdjęcia, ale wkrótce okazało się, że ciężarówka ma hamulce też ledwo, ledwo. Na długim zjeździe w dół zgrzytało, piszczało, ale Chevrolet wreszcie stanął. Jazda na pace Chevroleta była o tyle przyjemna, że jedna z wielkich drewnianych skrzyń, udających bagaż samochodu, zapełniona była puszkami wyśmienitego piwa. Zachęcony przez właściciela otwierałem ją wielokrotnie...
Parking na miniaturowym polu golfowym Dobrze zaopatrzony w holenderskie piwo CHEVROLET-492 z 1930 roku PODKOWA na gościnnej pace CHEVROLETA
      14 km przed metą zdejmuję z paki Podkowę i dalej na kołach. Peter zapewniał mnie, że do mety już górek nie będzie. Meta. Kilometr wcześniej urywam linkę hamulca przedniego. Tyrolska orkiestra i tłumy kibicówTeraz to już tylko hamować zębami w asfalt... Na mecie ładujemy Podkowę na pakę Chevroleta i na paradę do centrum Kitzbichel jadę na ciężarówce. W rynku orkiestra tyrolska, tłumy ludzi, i jakaś mieszanka pomyj z alkoholem w aptekarskich dawkach po 0,1 litra, wydawana z żółtego busa. Wypijam dwie takie dawki i przy trzeciej proszę obsługę, by do alkoholu nie dolewała tych pomyj. Nareszcie coś porządnego, taki Pernod (period?) jest nawet całkiem, całkiem. Po półgodzinie poprawiam tym samym i jest wesoło. Na koniec imprezy wypijam dwa piwa. Teraz jest w porządku. Koniec wystawy w rynku i jedziemy na parking.
      Na parkingu przemiła pani Eva z pomocy drogowej, która eskortuje mój motor od samego początku rajdu, oraz właściciel BMW R-71, Franz Schmolzer pomagają mi w wymianie przezornie zabranych zapasowych okładzin hamulcowych i urwanej linki. Po zakończonej pracy oliwka na dłonie, później papierem dobrze wytrzeć. Znowu oliwka, znowu papierek a na koniec spłukać rączki ciepłą wodą (z termosu) w miednicy. Bajka. Pakuję bambetle na Podkowę i jadę do hotelu. Prysznic, garniturek i spacerkiem na kolacje do innego hotelu. (Po radzie okazało się, że ta pani Eva nie jest z żadnej pomocy drogowej, tylko jej mąż Fritz jedzie tym BMW R-71, a ona jedzie samochodem na końcu rajdu).
ROLLS-ROYCE Silver Ghost z 1910 roku a obok AMILCAR-CS z 1925 roku      Tylko wyszedłem na ulicę a zatrzymuje się Morgan i dwoje przemiłych Angoli proponuje mi podwiezienie. Ciekawe jak, przecież to dwuosobówka... Miejsce znalazło się... na bagażniku z chromowanych rurek. Super jazda przez całe miasto. Na kolacji siedzimy w 5 osób. Trzech Anglików od RR z 1910 roku (sir Alan, sir Elvis i ich ubogi krewny z angielskiego plebsu) oraz Christian od Indiana. Angole spili mnie na amen. Sobie winko, Tyrolczykowi piwo, a mnie zamawiali jakąś wódkę w małych szklankach. Później szampan i gorzała, a później jeszcze gorzała i trochę wódeczki.. Ci Angole mają w domu jeszcze 3 Morgany, a ich RR z 1910 roku ma silnik 7 litrów i spala 24 l/100 km. Do Dornbirn przyjechali na kołach (800 km w dwa dni) i tak samo wracają do domu (planują w 3 dni). Swojego Rolsa odnaleźli w Indiach po półrocznych poszukiwaniach i rok trwało jego odrestaurowanie. Jutro robię sobie zdjęcie w ich RR.
      Ten hotel w którym była kolacja, to najbardziej ekskluzywny hotel w okolicy. Rachunek za napitki 1500 szylingów Angole płacą jakby od niechcenia i nawet reszty nie zabrali. Była gorzała dla mnie, piwka dla Christiana a oni sączyli jakieś wińsko.
      Wszyscy zainteresowani Podkową dlaczego ona jeszcze jedzie. Przecież ona powinna rozsypać się na tych ich pagórkach już pierwszego dnia. To niezrozumiałe...

      16 czerwca, dzień 6, Kitzbuhel – Zell a. See – Heiligenblut.

      Lorena Janka Pedy padła. Rozsypał się dyfer i padły hamulce. Jasio jedzie wraz z Romkiem i Loreną na pace do Villach. Może naprawią? Jak jechali pod górkę i grzał się silnik, to sypali szufelką śnieg na maskę. Tomek przyciera Sokoła, Marek ma kłopoty z zapłonem w Tatrze. Co będzie dalej? Zobaczymy jutro.

Mamy niewielkie rajdowe kłopoty TATRA na trasie alpejskiego rajdu, ale w asekuracji lawety Tak wygląda z lotu ptaka nasza droga na przełęcz Grossglockner
      Grossglockner. Pierwszy etap spokojnie, wszystko w porządku. Przerwa na Parkplatz 2 godziny i start do przełęczy. Za wjazd opłata. De Dion Butone na sznurku w górę i w dół. Za słaby, by jechać samodzielnie w górę i brak hamulców, by z niej zjechać. W tym autku są piękne paseczki od początków błotników do narożników szyb. Spytałem po co one i dowiedziałem się, że po to, by pęd powietrza nie połamał szyby. Ciekawe jak to możliwe przy 40 km/h?
      Ja jadę cały czas na jedynce i prawie słyszę, jak z zębów jedynki idą wióry. Zatrzymuję się na chwilkę, mocz do analizy, fotka i dalej w drogę. Doganiam Tomka na Sokole. Zaciera silnik. Tomek jeździ raczej samochodami, a motocykl po remoncie nie był dobrze dotarty. Tomek zdenerwowany, ale ratuję go swoim „indiańskim” sposobem – wlewam mu do zbiornika trochę Miksolu. Będzie kopcił jak dwusuw, ale silnik uratuje i dalej pojedzie. Później okazało się, że to pomogło... Doganiam Poldka na Adlerze. Robią sobie przerwę, gdyż zagotowała się benzyna w baku. Zbiornik paliwa jest nad silnikiem, piłowanie na niskim biegu pod górkę rozgrzało mocno silnik i dodatkowo niższa temperatura wrzenia na takich wysokościach zrobiły swoje. Wdrapuję się na parking z tablicą 2400 n.p.m. Nareszcie koniec, teraz będzie już tylko do dołu. Robimy sobie zdjęcia, gadamy i ruszamy dalej.
SOKÓŁ i TATRA na alpejskim postoju SOKÓŁ i Tomasz Skrzeliński  na trasie alpejskiego rajdu Poldek z AADLEREM i Tomek na postoju
      Podczas podjazdu pod Grossglockner wyprzedzał mnie De Dion Butone... Co się dzieje? Jak to? Po chwili załapałem, że jest ciągnięty na holu za innym autem. Odetchnąłem z ulgą, nie mam przewidzeń.
Mamy prawie 2500 metrów n.p.m. i jeszcze trochę pod górę Kłopoty na trasie mieli wszyscy. Jeśli jednak zatrzymali się dla przyjemności – to wystawiali napis: OK. Te tyczki wyznaczają drogę wirnikowym pługom, by nie odśnieżyły całych Alp
      Po chwili okazało się, że to w dół to było tylko trochę i z powrotem wspinaczka. Co? Jeszcze wyżej? Ja nie mam przy sobie alpinistycznego sprzętu, raków, łańcuchów... Jeszcze kawałek wąwozem wykutym w lodowcu, kilkaset metrów zimnego tunelu i... czekają z szampanem. To już naprawdę koniec. Szczyt. Wjeżdżam prosto na kamerę telewizyjną, dostaję w rękę butlę szampana, całuję ze szczęścia reflektor Podkowy i odpoczywam. Walę flaszkę bąbelków i po 10 minutach w drogę. Nie mogę zwlekać, bo z tej górki to motor chyba zniosę na plecach... Później dowiedziałem się, że w historii alpejskich rajdów mój motor jest najmniejszy. Przyznam, że kiedy obejrzałem itinerer i zaznaczone w nim wysokości do pokonania, sam nie wierzyłem, że wjadę na wysokość 2571 m n.p.m. To przecież wyżej niż nasze Rysy...
Jest czerwiec, 30 stopni ciepła i jeszcze tyle śniegu Jesteśmy na najwyższej europejskiej przełęczy koło Grossglockner. Każdy dostaje szampana, a do szczytu jeszcze kilkaset metrów w pionie Janusz Peszak i dzielny MERCEDES z 1938 roku
      Prezydent rajdu zaprasza mnie na kolację. Jadę szybko w dół, bo tu jest za zimno. Wszędzie leży śnieg i teraz wiem, dlaczego stado Morganiarzy poubierało kożuchy i futrzane czapki. W połowie zjazdu w dół skończyły się wszystkie okładziny hamulcowe. Został z nich tylko smród spalenizny, który jeżył mi włosy pod kaskiem. Stop. Jedzie Marek Paul i biorę go na hol. W ten sposób dociągam go na metę. Super.
      Zawożę torbę do hotelu i zabieram się za hamulce. Oryginalne okładziny starczają w motorze na kilka lat a tu współczesne wyparowują w dwa dni. Jest 19.00. Jeden z organizatorów wiezie mnie do warsztatu pomocy drogowej i robię hamulce. Pasowały okładziny od motoroweru Honda. Przy okazji asystuję i trochę pomagam przy naprawie Merca Simpleksa z 1901 roku. Rozsypał się dyfer. Późno w nocy wracamy na parking i składam koła do 22.00.
      Idę na kolację, może jeszcze mi coś dadzą o tej porze? Jedyna kolacja jaką załapałem, to duże piwo i wódka z zagrychą. Idę spać.

      17 czerwca, dzień 7, Heiligenblut – Hermagor – Velden.

      Od rana w drogę. Było jeszcze trochę góreczek, ale pani od busa eskortuje mnie, a Podkowa nie chce paść. Dziwnie się czuję, bo kiedy na chwilę zatrzymuję się, staje bus i pani Eva biegnie do mnie i pyta czy w czymś pomóc. Za trzecim razem staję na siku a pani Eva biegnie z pomocą. I jak jej wytłumaczyć, że ja tylko chcę oddać mocz?
      Mam dodatkową eskortę w postaci Rolsa 1910 i stada Morganów. Jadę, a przy drodze stoi Rols, zatrzymują mnie Angole i wręczają loda. Zjadam, dziękuję i dalej w drogę. Całe stada BMW K-100... Motocykliści pozdrawiają mnie a ja ich. Obiad, wystawa pojazdów i start z elegancką prezentacją do drugiego etapu. Cały czas w dół. Doganiają mnie morganiarze, pomachaliśmy do siebie i znikają za horyzontem. Po kilkunastu minutach widzę ich wszystkich jak raczą się piwem w przydrożnym barku. Machają do mnie i zapraszają. Chcę zgasić motor i zejść, ale nie – podają mi kufel piwa, każą szybko wypić i jechać dalej. Po chwili znów mnie wyprzedzają, podają w biegu puszkę piwa i znikają za horyzontem. Po parunastu minutach kolejny przydrożny barek...

Stado MORGANÓW nie miało kłopotów z 20% podjazdami Kolejne toasty że jeszcze jedziemy Kolejny dojechany etap PODKOWY i kolejny toast Ryszarda
      Na mecie w Velden czeka na mnie Baeder (sponsor) i razem z Crazy Brayanem (ten w meloniku od Rileya z 1927) i razem idziemy do wielkiego Bentleya. Siadamy w środku, Baeder wyciąga z nesesera flaszeczkę i z gwinta opróżniamy butelkę wina. Brayan Reap z Anglii jest technikiem dentystycznym i bardzo uzdolnionym mechanikiem precyzyjnym Pokazał to przed hotelem naprawiając komuś zabytkowy gaźnik w pół godziny. Dlaczego Crazy? Nie wiem, dlaczego tak ktoś go określił, ale zawsze był pełen humoru i niekonwencjonalnych pomysłów. Rozpoznać go było łatwo, gdyż prawie nie zdejmował melonika.
BUGATTI-44 z 1928 roku      Wieczorem spotykam Poldka z Tomkiem. Idziemy do knajpki na wodzie, a tu już jest 6 osób – sponsor rajdu z żoną i 4 uczestników. Dosiadamy się i zamawiamy butelkę wina. Baeder zastrzega sobie, że to on zapłaci. Lecę więc do hotelu i przynoszę 1/2 żyta. Kelnerka przynosi kieliszki i rozlewamy. Kiedy flaszka była pusta Baeder bierze się do całowania nas ze słowami „my friends”. Daję mu na pamiątkę jeden oryginalny hacel z Podkowy. Zaprasza nas do Baden do domu na kolację. Później jeszcze ktoś przytachał flaszkę, chyba Tomek, i kiedy wyschła, poleciałem po kolejną. W hotelu byliśmy o 2 rano. Z okna piękny widok na jezioro i kasyno na drugim brzegu. Pod samym oknem także cudo – Bugatti 44 Szwajcara Waltera Grella. Sympatyczny dziadziuś przyjechał na rajd wiekowym autem i równie wiekową żoną. Pokazywał fotografie swojej kolekcji – na dziedzińcu małego zameczku stoi kilkadziesiąt pojazdów – cudeniek.

      18 czerwca, dzień 8, Velden – Wolfsberg – Deutschlandberg.

      Budzę się o 6.30. Nocowaliśmy w pokoju numer 13 i to odczułem. Podczas długiego odcinka przedpołudniowego wszystko było super, ale po objedzie, 5 km po starcie do drugiego odcinka zaczęły się cuda. Nie wiem, co się dzieje, silnik pracuje ale motor nie jedzie. Rozbieram sprzęgło – w porządku. Rozbieram skrzynkę biegów – w porządku. Ładuję Podkowę do białego busa i prosto do Typowa naprawa na trasie: teraz trójkołowy MORGAN i PODKOWAwarsztatu. Spotykam tu całe stado znajomych, m.in. trzykołowego Morgana, który zaczął gubić części z silnika. Okazało się, że od tego „biegowania” 1, 2, 1, 2 wyciąłem wieloklin na zębatce zdawczej łańcucha. Mechanik wyspawał wieloklin w argonie, wyszlifował i wszystko działa. Na zakończenie pyta mnie, jaki chcę olej do skrzynki biegów. Mówię, że obojętnie, ale on natarczywie chce wiedzieć jaki konkretnie. Pokazałem mu tabliczkę na silniku, na której jest wyraźny napis, że powinien być Castrol D ...i on taki przyniósł. Było już ciemno, kiedy wyruszyłem w drogę do hotelu. Miałem do przejechania ok. 20 km i pojechaliśmy w trzy pojazdy – ja, trójkołowy Morgan i srebrny Puch. Kilka kilometrów za serwisem oni mnie wyprzedzili a ja zostałem sam. Kilometr dalej, przy zjeździe z dużej górki, spadł mi łańcuch i wyciął szprychy w tylnym kole. Znowu stoję. Zębatka po spawaniu nie była zbyt dokładnie wycentrowana i bicie łańcucha na boki widziałem i czułem od początku, ale nie przewidywałem, że będzie aż tak źle... Zatrzymuję jakiś samochód i proszę przemiłą panią o pomoc, by w Deutschlandbergu odnalazła organizatorów rajdu i powiedziała, gdzie stoję. Za godzinę był już Zofer, a kilka minut później przyjechał serwisowy Puch. Ładujemy Podkowę i do miasteczka. Jest 24.00 i ja nawet nie wiem gdzie jest mój hotel. Śpię w samochodzie.

      19 czerwca, dzień 9, Deutschlandberg – Rocksee – Bad Gleichenberg.

      Pobudka o godz. 5.00 i wyspany kierowca wiezie połamanego mnie i zdezelowany motor do warsztatu motocyklowego, gdzie starszy pan w dwie godziny naprawił koło. Tym razem naciągnąłem łańcuch do oporu.
      Zdążyłem w ostatniej chwili na start i w drogę. Niewyspany, głodny, ale szczęśliwy, że Podkowa toczy się dalej. Trasa prawie po samej granicy z Jugosławią. Skończyły się góry i krajobraz, chociaż przepiękny to monotonny i jakoś mi tęskno za ośnieżonymi szczytami. Przez pierwsze kilometry stale obserwowałem łańcuch i bałem się jechać z pełną szybkością, ale szybko zapomniałem o kłopotach, tym bardziej, że i wraz z górkami skończyły się problemy z hamulcami. Wieczorem, przy kolacji Tomek wdaje się w dyskusje z innymi uczestnikami rajdu. Dookoła siedzą sami sir, von itp. a my dostajemy kompleksów. Tomek wymyśla więc historyjkę, że Poldek to tak naprawdę nazywa się Apolinary graf Bartnicki. Kiedy w 1939 roku Polskę zaatakowali Ruskie, służący swoim samochodem wywiózł Poldka i w ten sposób uratował mu życie. Tym samochodem był właśnie Adler, który jest teraz u Poldka pamiątką rodzinną. Bartnicki nie znał angielskiego i kiedy usłyszał, że mówią o nim i Adlerze zaczął się dopytywać, o czym jest rozmowa. Tomek krótko mu wyjaśnił, że rozmawiają o jego pięknym aucie. Wszystko było by dobrze, gdyby nie to, że większość kierowców zaczęło zwracać się do Poldka „Apolinary graf”...

      20 czerwca, dzień 10, Bad Gleichenberg – Semmering – Baden.

      Kolejna i już ostatnia górka – słynny Semmering. Stromo było, ale po tylu dniach rajdu nic mnie nie było w stanie zaskoczyć. Semmering to przede wszystkim wspaniały punkt widokowy.
      Dyskwalifikacja dla Rolls Royce 1910. Wszystko dlatego, że na mety prób sprawnościowych przyjeżdżali z dokładnością co do sekundy. Ktoś się domyślił tajemnicy tej dokładności, powiadomił komisarza rajdu, ten sprawdził i wyszło szydło z wora. W Rollsie zamontowany był precyzyjny, nowoczesny komputer pokładowy. Trochę przemiłych Angoli szkoda, ale i wielki to dla nich wstyd.

W tej oryginalnej skrzynce przy kierownicy, załoga R-R schowała współczesny sprzęt nawigacyjny Silnik RR z 1910 roku: 6 'ślepych' cylindrów w dwóch blokach po 3 cyl., 7200 ccm, moc 'wystarczająca'
      Kolacja w kapitalnej restauracji pod gołym niebem. Było już koło 23.00, kiedy zdecydowałem się na powrót do hotelu odległego o dobrych kilka kilometrów. Przed restauracją spotykam Angoli w trakcie uruchamiania Rollsa. Kiedy mnie zobaczyli, zaproponowali, że mnie podwiozą do hotelu. Póki co, przyglądałem się jak się uruchamia taki pojazd. Trochę to trwało i wymagało wielu czynności zakończonych kręceniem korbą, która musiała obrócić sześciocylindrowy silnik o pojemności ponad 7 litrów... Na koniec tylko podpalenie gazu w acetylenowych reflektorach i naftowych lampek na słupkach szyby, które robiły za światła pozycyjne. Kiedy zobaczyłem wychodzącego z lokalu Tomka, zawołałem go i spytałem Angoli, czy podwiozą i jego – zgodzili się. Jak tylko ruszyliśmy zorientowałem się, że Angole, wszyscy trzej, są kompletnie zalani... Ponad dwie godziny szukaliśmy naszego hotelu i szczęście, że go w ogóle odnaleźliśmy. Tak długo to musiało trwać, gdy trzech pijanych szoferów wiezie dwóch zalanych pasażerów, którzy nie potrafią wskazać gdzie jest ich hotel.

      21 czerwca, dzień 11, Baden – Wiedeń – Baden.

      Zostawiłem aparat fotograficzny na kolacji. Dopiero teraz przypomniało mi się, że powiesiłem go na oparciu krzesła. Trudno, przepadł i skończyło się robienie zdjęć...
      Na Wiedeń koledzy, na Wiedeń... To był w zasadzie spacerek po mieście i długi postój na parkingu przepięknej Opery Wiedeńskiej. Po drugiej stronie ulicy równie wspaniały Hotel Bristol, w którym mieliśmy obiad. Restauracja robi wrażenie, ale potrawy... Homarów nie było, ale za to podali szpargały, oraz kilka fryteczek, większą skwareczkę i dużo zieleniny. Owca może by się tym i najadła, ale nie ja. Idę na parking po Perioda bez pomyj. Przylatuje do mnie jeden z organizatorów i prowadzi do komandora rajdu (Richard Zofer) a tam czeka na mnie jakiś facet i trzyma w ręku mój aparat fotograficzny. Podaje mi go i bardzo przeprasza, że nie oddał wcześniej, ale nie mógł mnie odnaleźć... To się nazywa kultura i uczciwość.

Parking przy Operze Wiedeńskiej Jedziemy ulicami Wiednia; prowadzi PODKOWA, z lewej SOKÓŁ Rajdowe motocykle na dziedzińcu Zamku Schonbrunn
      Wyruszamy na paradę po ulicach Wiednia, którą prowadzi replika pierwszego samochodu świata. Zorganizowaną kolumną wjeżdżamy na dziedziniec zamku Schonbrunn – rodowej siedziby Kaiserów. Obiekt wspaniały i ogromny, szkoda tylko, że aktualnie w remoncie i pozasłaniany rusztowaniami. Godzinę po nas na plac wjeżdża jeszcze 120 pojazdów – to uczestnicy Rajdu Opla, który wystartował z Niemiec. W ten to sposób w jednym miejscu zgromadziło się blisko 300 wspaniałych pojazdów zabytkowych, nie licząc ekspozycji z Austriackiego Muzeum Techniki.
Dojeżdża rajd OPLA Na dziedzińcu Zamku Schonbrunn Najstarsze eksponaty z Wiedeńskiego Muzeum Techniki
Wyścigowa BUGATTI-44 z 1928 roku miała 8 cylindrów, 3000 ccm, 80 KM, ale nie miała wentylatora chłodnicy       Wracamy do Baden... zwykłą autostradą. Szok totalny. Ponad setka weteranów, które praktycznie zablokowały cały ruch. Większość weteranów, choćby z racji wieku, poruszała się wolno, ale także i zwykli kierowcy widząc całe to ruchome muzeum zwalniało, by zobaczyć takie cudeńka. Najciekawszym momentem był taki, kiedy kierowca zabytkowego Bugatti gestem ręki przepędzał współczesnego Mercedesa, który jechał zbyt wolno i hamował ruch. Ten Bugatti to model sportowy, tylko do szybkiej jazdy, gdyż fabrycznie nie miał wentylatora chłodnicy. Albo się stoi, albo się jedzie, i to raczej szybko.
      W Baden ostatni etap rajdu, a w zasadzie konkurs elegancji, który odbył się w rosarium ogrodu botanicznego. Najbardziej podobały mi się przygotowania, gdyż na parkingu dano nam kwiaty, którymi trzeba było udekorować pojazdy. Kwiaty, kwiatami, ale na środku trawnika stała ogromna beczka z czterema kranikami dookoła, z których sączyło się piwko – z każdego kranika inne... Pycha.
      Uroczysta kolacja i oficjalne zakończenie rajdu. Chociaż skompletowałem wszystkie możliwe punkty karne na próbach sprawnościowych, to jednak Podkowa dostała puchar BMW za odwagę i dzielność w pokonywaniu alpejskich tras. Automobilklub szwajcarski ufundował nagrodę specjalną, wielki pasterski dzwon, za największy wyczyn alpejski i przyznali go... także Podkowie. Byłem szczęśliwy i zupełnie zaskoczony. Nie byłem przygotowany na takie wyróżnienia. Wiem, że powinienem coś powiedzieć, przemówić itp., ale nie byłem w stanie. Tym bardziej, że wcześniej z radości, że Podkowa dojechała do mety, rozpiłem z motocyklistami przedostatnią flaszeczkę. Ostatnią, przelaną do pucharu, wysączyli inni uczestnicy rajdu.

      22 czerwca, dzień 12, powrót do Warszawy.

      Dalej notatek brak ale uważam, że po takiej ilości przelanej 45. procentowej krwi i tak dużo udało mi się zanotować i spamiętać... Najgorsze wspomnienia mam z mydlinami od Perioda (Pernoda).

Ryszard Kuligowski