Naszym punktem zbornym był warsztat Tomka Skrzelińskiego. Tu także załadowaliśmy cały bagaż na lawetę i ruszyliśmy w drogę. Auto Tomka to odkupiony z amerykańskiej ambasady Plymouth Volare kombi, w którego tylnej części, po wyjeciu siedzeń, pomieściły się nasze bagaże, Podkowa i jeśli by było trzeba, to by się jeszcze znalazło miejsce na 2 metry kartofli. Na lawecie jechał Adler Primus Poldka Bartnickiego i Sokół 600 Tomka. My we trzech rozparliśmy się na trzech fotelach obok siebie. Tomka znałem z Automobilklubu, ale Bartnickiego prawie wcale. Czas na dojazd na start rajdu przeznaczyliśmy więc na wzajemne poznanie się. Rozpoczęliśmy je od przepytania Tomka, jak działa klimatyzacja w Plymoucie. Okazało się, że jest możliwe, by działały tylko dwa nawiewy lodowatego powietrza – jeden na środku na wprost mnie, drugi obok, po prawej, gdzie siedział Poldek. Kolejny etap to schładzanie w nawiewach klimatyzacji butelki wody mineralnej przez Poldka i flaszki wódki przeze mnie. Do granicy w Cieszynie zużyliśmy w ten sposób dwie flaszki napoju wysokoprocentowego i odrobinę wody. Tomek był trochę zły, ale co się odwlecze, to nie uciecze...
W Cieszynie nocleg i spotkanie z resztą ekipy. Jasiu Peda wraz z Romkiem Palaczem przyjechali Roburem, w którym ukryty był najstarszy samochód zarejestrowany w Polsce Lorraine Dietrich z 1913 roku, pieszczotliwie nazywany przez Jasia „koromysłem”. Marek Paul holował na lawecie Tatrę 12 rocznik 1928, a Janusz Peszak Mercedesa 170 V cabrio z 1938 roku.
12 czerwca, dzień 2, Cieszyn – Wiedeń.
Rano wyjazd do Bratysławy a później do Wiednia. Granica między Wschodem a Zachodem przerażająca. U nas stan wojenny, więc tu karabiny, wieżyczki, grube, stalowe szlabany, zwoje drutu kolczastego i zapory przeciwczołgowe. Mieliśmy to w Polsce codziennie od śniadania do kolacji i nie powinniśmy się tym denerwować, ale dla odprężenia i zniwelowania stresu po minięciu granicy otwieramy kolejną flaszkę. Szczęśliwy Tomek przyłączył się. W Wiedniu pustą flaszkę wyrzucamy do kosza... Byłem pierwszy raz na tzw. Zachodzie i na takim rajdzie, więc nie bardzo wiedziałem, co się dzieje, ale dosyć długo czekaliśmy na parkingu w środku miasta. Wreszcie przyjechał jakiś facet i całą kolumną pojechaliśmy za nim do Baden. Tu była nasza pierwsza baza. Na podwórku za salonem BMW zostawiliśmy lawety i współczesne auta, a swoje gruchoty załadowaliśmy na lory stojące przed wielkim supermarketem. Wraz z nami ładowało się jeszcze kilkanaście pojazdów. Wyglądało to niesamowicie – dwa zestawy ciągników załadowane Rolsami, Bentleyami, Mercami itp. Załadunek trwał cały dzień i to na dodatek w strugach deszczu. Dodatkowo okazało się, że stojące na górnym poziomie lawety pojazdy są za wysokie i mogły by się uszkodzić w tunelach i pod wiaduktami. Zdejmujemy więc wszystko i ładujemy od nowa... i biegiem na dworzec kolejowy.
13 czerwca, dzień 3, Wiedeń – Dornbirn.
Do miejsca startu, do Dornbirn przy granicy ze Szwajcarią, dojechaliśmy pociągiem w luksusowych wagonach. Od samego świtu zamiast spać stałem przy oknie i podziwiałem fantastyczne widoki. Zapierały dech w piersiach. Ośnieżone szczyty, sączące się strumyki, wodospady, a my raz wysoko w górze na moście by za chwilę wciskać się w długi tunel. Takich widoków się nie zapomina. Nigdy.
Na miejscu szybko załatwiamy wszelkie sprawy związane ze startem, odbieramy dokumenty rajdowe, przyczepiamy startowe tablice i zmęczeni podróżą i wrażeniami szybko zasypiamy w hotelu, by z samego rana być w dobrej kondycji. Jutro start.
14 czerwca, dzień 4, Dornbirn – Imst.
Start odbył się z dziedzińca starego browaru. Było się czym zachwycać patrząc na plac zastawiony ponad setką zabytkowych pojazdów. Czego tam nie było... Mercedesy, Rolss Royce, Bentleye, Bugatti i dziesiątki innych, często unikalnych, mało znanych pojazdów. Wspaniale prezentował się także parking przed browarem, gdzie poustawiali swoje auta, nie biorący udziału w rajdzie, inni miłośnicy zabytkowych pojazdów. Największe wrażenie zrobiła na mnie replika Bugatti La Royale, ale było tam też wiele współczesnych „pojazdów marzeń” jak Porsche, czy Jaguary.
Mało kto także wierzył, że Podkowa pokona jakieś górki bez holowania. Na szczęście uprzedziłem o takiej możliwości organizatorów uświadamiając ich, że mój motor ma tylko 3 konie mocy, a hamulce jak w mopedzie.15 czerwca, dzień 5, Imst – Gandewald – Kitzbuchel.
Załapałem dużo punktów karnych za szybkość. Miało być 28 km/h a miałem mniej niż 15. Nie przewidziałem tak stromej górki, a meta była na jej szczycie. Dziś jechałem przez 4 tunele.
Od rana wszystko O.K. Start i w drogę. Górka była taka sobie, nie powiem... Cały czas serpentyny – 200 metrów prosto, patelnia i znów 200 prosto. Złudzenie – wydawało mi się, że już jadę z górki, wrzucam 2 bieg a silnik zdycha... Co jest? Jeszcze raz jedynka na full i znowu dwójka i znów zdycha... Oglądam się do tyłu, a okazuje się, że w dalszym ciągu jadę pod górkę. Przed szczytem piękne jezioro. Woda cudowna o niespotykanym kolorze zielonego kryształu. Szczyt. Fotografia i w drogę w dół do Gandewald, gdzie czekał na nas smaczny obiadek. Zepsuła się pogoda i zaczęło siąpić. Przede mną jedzie kabriolet, chyba z Anglii, bo jego kierowca ma na głowie charakterystyczny melonik. W pewnej chwili widzę, że auto jedzie samo... Okazało się, że szofer tylko schylił się, by z pod fotela wyciągnąć parasol, rozłożyć go i kontynuować jazdę z parasolem w dłoni...
Teraz to już tylko hamować zębami w asfalt... Na mecie ładujemy Podkowę na pakę Chevroleta i na paradę do centrum Kitzbichel jadę na ciężarówce. W rynku orkiestra tyrolska, tłumy ludzi, i jakaś mieszanka pomyj z alkoholem w aptekarskich dawkach po 0,1 litra, wydawana z żółtego busa. Wypijam dwie takie dawki i przy trzeciej proszę obsługę, by do alkoholu nie dolewała tych pomyj. Nareszcie coś porządnego, taki Pernod (period?) jest nawet całkiem, całkiem. Po półgodzinie poprawiam tym samym i jest wesoło. Na koniec imprezy wypijam dwa piwa. Teraz jest w porządku. Koniec wystawy w rynku i jedziemy na parking.
Tylko wyszedłem na ulicę a zatrzymuje się Morgan i dwoje przemiłych Angoli proponuje mi podwiezienie. Ciekawe jak, przecież to dwuosobówka... Miejsce znalazło się... na bagażniku z chromowanych rurek. Super jazda przez całe miasto. Na kolacji siedzimy w 5 osób. Trzech Anglików od RR z 1910 roku (sir Alan, sir Elvis i ich ubogi krewny z angielskiego plebsu) oraz Christian od Indiana. Angole spili mnie na amen. Sobie winko, Tyrolczykowi piwo, a mnie zamawiali jakąś wódkę w małych szklankach. Później szampan i gorzała, a później jeszcze gorzała i trochę wódeczki.. Ci Angole mają w domu jeszcze 3 Morgany, a ich RR z 1910 roku ma silnik 7 litrów i spala 24 l/100 km. Do Dornbirn przyjechali na kołach (800 km w dwa dni) i tak samo wracają do domu (planują w 3 dni). Swojego Rolsa odnaleźli w Indiach po półrocznych poszukiwaniach i rok trwało jego odrestaurowanie. Jutro robię sobie zdjęcie w ich RR.16 czerwca, dzień 6, Kitzbuhel – Zell a. See – Heiligenblut.
Lorena Janka Pedy padła. Rozsypał się dyfer i padły hamulce. Jasio jedzie wraz z Romkiem i Loreną na pace do Villach. Może naprawią? Jak jechali pod górkę i grzał się silnik, to sypali szufelką śnieg na maskę. Tomek przyciera Sokoła, Marek ma kłopoty z zapłonem w Tatrze. Co będzie dalej? Zobaczymy jutro.
17 czerwca, dzień 7, Heiligenblut – Hermagor – Velden.
Od rana w drogę. Było jeszcze trochę góreczek, ale pani od busa eskortuje mnie, a Podkowa nie chce paść. Dziwnie się czuję, bo kiedy na chwilę zatrzymuję się, staje bus i pani Eva biegnie do mnie i pyta czy w czymś pomóc. Za trzecim razem staję na siku a pani Eva biegnie z pomocą. I jak jej wytłumaczyć, że ja tylko chcę oddać mocz?
Mam dodatkową eskortę w postaci Rolsa 1910 i stada Morganów. Jadę, a przy drodze stoi Rols, zatrzymują mnie Angole i wręczają loda. Zjadam, dziękuję i dalej w drogę. Całe stada BMW K-100... Motocykliści pozdrawiają mnie a ja ich. Obiad, wystawa pojazdów i start z elegancką prezentacją do drugiego etapu. Cały czas w dół. Doganiają mnie morganiarze, pomachaliśmy do siebie i znikają za horyzontem. Po kilkunastu minutach widzę ich wszystkich jak raczą się piwem w przydrożnym barku. Machają do mnie i zapraszają. Chcę zgasić motor i zejść, ale nie – podają mi kufel piwa, każą szybko wypić i jechać dalej. Po chwili znów mnie wyprzedzają, podają w biegu puszkę piwa i znikają za horyzontem. Po parunastu minutach kolejny przydrożny barek...
Wieczorem spotykam Poldka z Tomkiem. Idziemy do knajpki na wodzie, a tu już jest 6 osób – sponsor rajdu z żoną i 4 uczestników. Dosiadamy się i zamawiamy butelkę wina. Baeder zastrzega sobie, że to on zapłaci. Lecę więc do hotelu i przynoszę 1/2 żyta. Kelnerka przynosi kieliszki i rozlewamy. Kiedy flaszka była pusta Baeder bierze się do całowania nas ze słowami „my friends”. Daję mu na pamiątkę jeden oryginalny hacel z Podkowy. Zaprasza nas do Baden do domu na kolację. Później jeszcze ktoś przytachał flaszkę, chyba Tomek, i kiedy wyschła, poleciałem po kolejną. W hotelu byliśmy o 2 rano. Z okna piękny widok na jezioro i kasyno na drugim brzegu. Pod samym oknem także cudo – Bugatti 44 Szwajcara Waltera Grella. Sympatyczny dziadziuś przyjechał na rajd wiekowym autem i równie wiekową żoną. Pokazywał fotografie swojej kolekcji – na dziedzińcu małego zameczku stoi kilkadziesiąt pojazdów – cudeniek.18 czerwca, dzień 8, Velden – Wolfsberg – Deutschlandberg.
Budzę się o 6.30. Nocowaliśmy w pokoju numer 13 i to odczułem. Podczas długiego odcinka przedpołudniowego wszystko było super, ale po objedzie, 5 km po starcie do drugiego odcinka zaczęły się cuda. Nie wiem, co się dzieje, silnik pracuje ale motor nie jedzie. Rozbieram sprzęgło – w porządku. Rozbieram skrzynkę biegów – w porządku. Ładuję Podkowę do białego busa i prosto do
warsztatu. Spotykam tu całe stado znajomych, m.in. trzykołowego Morgana, który zaczął gubić części z silnika. Okazało się, że od tego „biegowania” 1, 2, 1, 2 wyciąłem wieloklin na zębatce zdawczej łańcucha. Mechanik wyspawał wieloklin w argonie, wyszlifował i wszystko działa. Na zakończenie pyta mnie, jaki chcę olej do skrzynki biegów. Mówię, że obojętnie, ale on natarczywie chce wiedzieć jaki konkretnie. Pokazałem mu tabliczkę na silniku, na której jest wyraźny napis, że powinien być Castrol D ...i on taki przyniósł. Było już ciemno, kiedy wyruszyłem w drogę do hotelu. Miałem do przejechania ok. 20 km i pojechaliśmy w trzy pojazdy – ja, trójkołowy Morgan i srebrny Puch. Kilka kilometrów za serwisem oni mnie wyprzedzili a ja zostałem sam. Kilometr dalej, przy zjeździe z dużej górki, spadł mi łańcuch i wyciął szprychy w tylnym kole. Znowu stoję. Zębatka po spawaniu nie była zbyt dokładnie wycentrowana i bicie łańcucha na boki widziałem i czułem od początku, ale nie przewidywałem, że będzie aż tak źle... Zatrzymuję jakiś samochód i proszę przemiłą panią o pomoc, by w Deutschlandbergu odnalazła organizatorów rajdu i powiedziała, gdzie stoję. Za godzinę był już Zofer, a kilka minut później przyjechał serwisowy Puch. Ładujemy Podkowę i do miasteczka. Jest 24.00 i ja nawet nie wiem gdzie jest mój hotel. Śpię w samochodzie.
19 czerwca, dzień 9, Deutschlandberg – Rocksee – Bad Gleichenberg.
Pobudka o godz. 5.00 i wyspany kierowca wiezie połamanego mnie i zdezelowany motor do warsztatu motocyklowego, gdzie starszy pan w dwie godziny naprawił koło. Tym razem naciągnąłem łańcuch do oporu.
Zdążyłem w ostatniej chwili na start i w drogę. Niewyspany, głodny, ale szczęśliwy, że Podkowa toczy się dalej. Trasa prawie po samej granicy z Jugosławią. Skończyły się góry i krajobraz, chociaż przepiękny to monotonny i jakoś mi tęskno za ośnieżonymi szczytami. Przez pierwsze kilometry stale obserwowałem łańcuch i bałem się jechać z pełną szybkością, ale szybko zapomniałem o kłopotach, tym bardziej, że i wraz z górkami skończyły się problemy z hamulcami. Wieczorem, przy kolacji Tomek wdaje się w dyskusje z innymi uczestnikami rajdu. Dookoła siedzą sami sir, von itp. a my dostajemy kompleksów. Tomek wymyśla więc historyjkę, że Poldek to tak naprawdę nazywa się Apolinary graf Bartnicki. Kiedy w 1939 roku Polskę zaatakowali Ruskie, służący swoim samochodem wywiózł Poldka i w ten sposób uratował mu życie. Tym samochodem był właśnie Adler, który jest teraz u Poldka pamiątką rodzinną. Bartnicki nie znał angielskiego i kiedy usłyszał, że mówią o nim i Adlerze zaczął się dopytywać, o czym jest rozmowa. Tomek krótko mu wyjaśnił, że rozmawiają o jego pięknym aucie. Wszystko było by dobrze, gdyby nie to, że większość kierowców zaczęło zwracać się do Poldka „Apolinary graf”...
20 czerwca, dzień 10, Bad Gleichenberg – Semmering – Baden.
Kolejna i już ostatnia górka – słynny Semmering. Stromo było, ale po tylu dniach rajdu nic mnie nie było w stanie zaskoczyć. Semmering to przede wszystkim wspaniały punkt widokowy.
Dyskwalifikacja dla Rolls Royce 1910. Wszystko dlatego, że na mety prób sprawnościowych przyjeżdżali z dokładnością co do sekundy. Ktoś się domyślił tajemnicy tej dokładności, powiadomił komisarza rajdu, ten sprawdził i wyszło szydło z wora. W Rollsie zamontowany był precyzyjny, nowoczesny komputer pokładowy. Trochę przemiłych Angoli szkoda, ale i wielki to dla nich wstyd.
21 czerwca, dzień 11, Baden – Wiedeń – Baden.
Zostawiłem aparat fotograficzny na kolacji. Dopiero teraz przypomniało mi się, że powiesiłem go na oparciu krzesła. Trudno, przepadł i skończyło się robienie zdjęć...
Na Wiedeń koledzy, na Wiedeń... To był w zasadzie spacerek po mieście i długi postój na parkingu przepięknej Opery Wiedeńskiej. Po drugiej stronie ulicy równie wspaniały Hotel Bristol, w którym mieliśmy obiad. Restauracja robi wrażenie, ale potrawy... Homarów nie było, ale za to podali szpargały, oraz kilka fryteczek, większą skwareczkę i dużo zieleniny. Owca może by się tym i najadła, ale nie ja. Idę na parking po Perioda bez pomyj. Przylatuje do mnie jeden z organizatorów i prowadzi do komandora rajdu (Richard Zofer) a tam czeka na mnie jakiś facet i trzyma w ręku mój aparat fotograficzny. Podaje mi go i bardzo przeprasza, że nie oddał wcześniej, ale nie mógł mnie odnaleźć... To się nazywa kultura i uczciwość.
Wracamy do Baden... zwykłą autostradą. Szok totalny. Ponad setka weteranów, które praktycznie zablokowały cały ruch. Większość weteranów, choćby z racji wieku, poruszała się wolno, ale także i zwykli kierowcy widząc całe to ruchome muzeum zwalniało, by zobaczyć takie cudeńka. Najciekawszym momentem był taki, kiedy kierowca zabytkowego Bugatti gestem ręki przepędzał współczesnego Mercedesa, który jechał zbyt wolno i hamował ruch. Ten Bugatti to model sportowy, tylko do szybkiej jazdy, gdyż fabrycznie nie miał wentylatora chłodnicy. Albo się stoi, albo się jedzie, i to raczej szybko.22 czerwca, dzień 12, powrót do Warszawy.
Dalej notatek brak ale uważam, że po takiej ilości przelanej 45. procentowej krwi i tak dużo udało mi się zanotować i spamiętać... Najgorsze wspomnienia mam z mydlinami od Perioda (Pernoda).