Zanim napiszę kolejne własne wspomnienia o tym rajdzie-maratonie, przypominam jedną z relacji prasowych, która ukazała się w "Życiu Warszawy" tuż po moim powrocie z imprezy.

Półmetek rajdu Amsterdam-Moskwa-Amsterdam dał początek rajdowi przez Amerykę       8 tys. km małżeńskiej próby z szybkością 50 km/godz.
      (ŻYCIE WARSZAWY, 7-8 września 1991)

      Grzebanie się w starych pojazdach wywołuje u wielu odruch kręcenia palcem po czole, a co dopiero start wehikułem z lat dwudziestych w rajdzie długości 8 tys. km. Tomasz Skrzeliński zgłosił się jednak na ochotnika, uważając, że jego „IHLE DKW" z 1934 roku wytrzyma wszystkie przeciwności losu.

- Składałem to auto przez wiele lat, znałem każdą śrubką, część silnika, każdy detal z trudem odnaleziony gdzieś na złomowisku, albo dokładnie odtworzony. Przed startem do Rajdu Amsterdam - Moskwa - Amsterdam jeszcze raz samochód rozebrałem, sprawdziłem i złożyłem. Później wizyta w banku, pobranie z prywatnego konta dewiz, gdyż sponsor „Muller" zostawił mnie na lodzie. Na szczęście odezwało się sumienie w działaczach Automobilklubu Polski Warszawa i sponsorując udział w rajdzie Marka Paula („Tatra-12" z 1928 r.), przy okazji przypomnieli sobie, że ja również do tego klubu należę.
      Po drodze na start, w Dusseldorfie spotkała nas miła niespodzianka. Główny sponsor imprezy „Auto-Becker" zachwycony naszymi samochodami, wziął nas pod opiekę. Teraz nam już na niczym, nie zbywało, aby tylko auta jechały.
      W Amsterdamie wielka parada. Przekonujemy się, że nasze samochody to rzeczywiście wehikuły przy powojennych już „Ferrari", „Jaguarach", „Citroenach", Mercedesach", „Porsche". Stajemy się maskotkami imprezy: Marek Paul, gdyż jego „Tatra" jest jednym 2 najstarszych samochodów i najsłabszym (silnikowo), a ja, ponieważ „IHLE-DKW" okazuje się (dla wielu uczestników, ale nie dla mnie) prototypem „BMW". Po prostu kiedyś ta firma zaproponowała nadwozia innym zakładom i monachijczycy pomysł z „nerką" chwycili.

      Wyjeżdżamy z Amsterdamu. Nie ma żadnych ograniczeń. Trzeba po prostu dojechać do mety. 50 km przed Bremą słyszę zgrzyt, huk i... stoję. Pękł korbowód i wyszedł bokiem silnika. Rajd jedzie dalej. Ludzie ze „śmieciary" (tak nazwaliśmy samochody serwisowe, które były wyposażone również w szufle i miotły) pytają czy kończę imprezę, szykując się do sprzątania. Trochę się zdenerwowałem. Taksówką, pociągiem i autostopem dotarłem z powrotem do Amsterdamu. Swoim serwisowym busem zabrałem „DKW" i jednym skokiem do Warszawy, gdyż próba ratowania auta w zakładach naprawczych taboru kolejowego nie dała rezultatu.
      Dwie doby pracowaliśmy bez przerwy. Robiłem w swoim warsztacie nowy silnik. Części szukałem po znajomych, dorabiałem. Udało się. Rajd witałem na rogatkach Warszawy. Nie było istotne, że nie przejechałem trasy z Bremy do Warszawy. Liczyło się, że będę mógł jechać dalej. Miłym zaskoczeniem, było powitanie przez Automobilklub Polski Warszawa szampanem i pamiątkowymi dyplomami. Takiego, przyjęcia nie było nigdzie na trasie.
      Do samej Moskwy „układałem" silnik. Na szczęście nikt nie wyznaczał prędkości, z jaką mamy przemierzać bezkresne przestrzenie ZSRR. Jechaliśmy więc tyle, ile mogły wyciągnąć nasze auta, około 40-50 km/godz.
      Startowaliśmy o świcie, a na postoje docieraliśmy nocą, gdy „Mercedesy" i „Porsche" już przejrzane i wypucowane stały na parkingach. My wtedy od nowa rozpoczynaliśmy naprawy przy latarkach.
      Nasz rajd dzielił się bowiem na tych, którzy spędzali noce w hotelach i tych, którzy chcieli zaznać prawdziwej włóczęgi. Należeliśmy oczywiście do tych drugich, a więc rozstawianie namiotów szło nam tak samo sprawnie, jak rozkładanie aut na części pierwsze.
      Mimo to „śmieciary" ciągle miały robotę. Nie tylko z nami, oczywiście. Marek Paul dokonał zresztą wyczynu, który z podziwem opowiadano przy rajdowym ognisku. Na skutek zmiany jakości benzyny w jego „.Tatrze" zapiekły się zawory. Wzięty na pokład auta serwisowego w ciągu dwóch godzin zdołał rozebrać i oczyścić silnik. Poprosił o zatrzymanie się i ku zdumieniu wszystkich zjechał z platformy i o własnych siłach dotarł do mety etapu.
      Najbardziej dały nam się we znaki drogi w ZSRR. O garbach i przełomach nie wspominam, gdyż i u nas nie należą do rzadkości. Natomiast specyficzna „faktura" radzieckiego asfaltu, nadzianego ostrymi kamykami działała na nasze szacowne auta jak pralka. Po prostu rozkręcaliśmy się. Po kilkuset kilometrach w moim aucie odleciał gaźnik od silnika, ten od ramy, drzwi od nadwozia, a od drzwi tapicerka. Nawet „Singer" używany niegdyś przez angielską policję, jako wóz pościgowy, omal się nie rozleciał. „Jaguarowi" odpadło koło, zaś „Vauxhall” musiał ponad trzydzieści razy zmieniać opony (tzw. drutówki).
      Co innego jednak budziło zdumienie uczestników rajdu, a mianowicie sztuka czekania - przed sklepem, stacją benzynową, na granicy, po wszystko. Tym z Zachodu nie chciało się pomieścić w głowach, że można czekać na odprawę celną kilka dni. Rajd przejechał granicę na specjalnych prawach, właściwie bez kontroli, co wywołało u wielu uczestników zażenowanie.
      Ale szybko przystosowaliśmy się do miejscowych stosunków. Za dolara lub dwa kupowaliśmy 20-litrowy kanister benzyny, choć oficjalnie za tę cenę można było nabyć tylko litr etyliny. Żałowali więc ci, którzy na początku kupili bony paliwowe. Co ciekawsze, byli to najczęściej właściciele „Mercedesów", „Porsche" i „Jaguarów“. Jeden z tych pięknych wozów z 1961 r. dosłownie rozsypał się przed Moskwą.
      Nie było zresztą samochodu, w którym by się coś nie popsuło, nie wymagało naprawy lub wymiany części. Pod koniec rajdu, gdy mieliśmy już za sobą trasę Amsterdam - Berlin - Warszawa - Moskwa - Kijów - Budapeszt - Wiedeń - Norymberga, zaczął się w „DKW” zatykać wydech. A właśnie dojeżdżaliśmy do Nurburgringu – jednego z najpiękniejszych torów wyścigowych. Zorganizowano tam motoryzacyjny piknik z wyścigami starych samochodów, pokazami. My byliśmy główną atrakcją, a rajdową kawalkadę miała prowadzić moja „IHLE-DKW". Kręta, wąska droga dojazdowa wśród wzgórz przyprawiała mnie o rozstrój nerwowy: podjadę pod następne wzniesienie czy nie?
      Rozpędzałem się więc do granic wytrzymałości auta i w połowie następnego szczytu jechałem na „jedynce" 5 km/godz., a za mną posłusznie „Mercedesy", „Porsche", „Fordy", „Ferrari".
      Metę w Amsterdamie większość z nas osiągnęła, choć często nie na tych samych samochodach lub tylko częściowo, na tych, na których wystartowała. Były też zmiany auta na motocykl. Najbardziej, cieszyli się kierowcy z USA, Australii i RPA. Europę już znali, ale przejechać stepy ukraińskie, być w Moskwie, Orle, Smoleńsku — to przeżycie nie do powtórzenia. Jedna z załóg w ten sposób spędzała podróż poślubną. Nie wiem, czy byli miłośnikami starych samochodów, gdyż leciwego „Renault" kupili po to, aby uczestniczyć w rajdzie i w ten oryginalny sposób przeżyć pierwszą małżeńską próbę.
      Za dwa lata podobny rajd - mamy takie przyrzeczenie - zorganizują Amerykanie. Wybrano już trasę: Chicago - Los Angeles, droga nr US-66. Ma to być trasa odbudowana w starym stylu, ze stacjami benzynowymi z początku wieku. Na pewno tam pojedziemy.

Notował LESZEK ŚWIDER