U schyłku roku 1997
jest okazja do podsumowań i wspomnień.
A dla motoryzacji w Polsce był to rok szczególny. Nie dlatego, że sprzedana
została kolejna rekordowa ilość nowych samochodów i już nie mieścimy się na
drogach, stojąc godzinami w ulicznych korkach, marząc o sieci autostrad, byle
jednak nie przebiegających zbyt blisko naszych mieszkań. Nie dlatego również
że w wypadkach drogowych zginęła rekordowa liczba obywateli, albo że w tym roku
uchwalone zostało nowe Prawo o Ruchu Drogowym czy skradziono jeszcze większą
niż dotychczas liczbę pojazdów. Zresztą okazji do porównań można przytaczać
wiele.
Dla ludzi związanych z motoryzacją ten rok był szczególny, gdyż właśnie minęło
nam 100 lat od czasu jak ta motoryzacja pojawiła się na Polskich Drogach, a
polscy automobiliści dali się zauważyć na drogach Europy.
Jak podają bowiem stare kroniki, w drugiej połowie 1896 roku w warszawski przemysłowiec
Stanisław Grodzki sprowadził coś, co pozwalało na poruszanie się bez użycia
koni. Tym pierwszym urządzeniem był "powóz - automobil systemu Benza",
a w rzeczywistości samochód marki PEUGEOT model vis-a-vis z 2-cylindrowym widlastym
silnikiem na licencji Daimlera, którym początkowo bez zezwolenia, a następnie
za osobistym przyzwoleniem policmajstra pułkownika Gesslera, pierwszy automobilista
w Warszawie dokonywał prób i jazd pokazowych.
Ale p. Grodzki miał ambitniejsze plany: w dniu 10 lipca 1897 roku o godzinie
8 rano wystartował z garażu przy ulicy Senatorskiej 33, aby wziąć udział w europejskim
wydarzeniu automobilowym jakim był rajd z Paryża do Dieppe.
Ten pionierski przejazd drogami Europy nie w pełni się udał, gdyż p. Grodzki
na start rajdu do Paryża nie zdążył, ale za to dojechał do Dieppe i tam spotkał
uczestników wyścigu. Wyczyn Polaka został jednak doceniony przez automobilistów
i prasę francuską, a dla historyków motoryzacji jest uznawany za początek polskiej
motoryzacji i polskiego sportu samochodowego.
Tak
więc po 100 latach mamy taką motoryzację jaką widzimy, ale jak to było na jej
początku - to wyzwanie dla entuzjastów odkrywających najstarsze jej korzenie.
Pierwszy podjął próbę znany kolekcjoner zabytkowych pojazdów i konserwator Muzeum
Techniki w Warszawie - p. Juliusz Siudziński. Postanowił zbudować możliwie wierną
kopią tego pierwszego pojazdu i dokonać ponownego przejazdu trasy sprzed
100 lat. Ale do budowy wiernej repliki potrzebne są pieniądze i jakieś dokładne
dane, a w przekazach sprzed 100 lat zachowały się jedynie pojedyncze wzmianki
i kilka wyblakłych fotografii.
Konkurencyjną inicjatywę okazali działacze Komisji Pojazdów Zabytkowych Automobilklubu
Polski. W Informatorze A.P. i w kilku czasopismach oświadczyli, że z okazji
100-letniej rocznicy wyczynu Stanisława Grodzkiego zaplanowali rajd 30 samochodów
na trasie Paryż-Warszawa. Skończyło się na powyższym "zaplanowaniu".
Do budowy kopii PEUGEOT'a powstała dżentelmeńska spółka: p. Juliusz buduje replikę,
a niżej podpisany szuka wszelkich zachowanych dokładnych informacji.
Po próbach znalezienia dokumentacji technicznych we wszelkich liczących się
muzeach Europy, znaleźliśmy kilka rysunków technicznych ale bez wymiarów, oraz
.... oryginalny samochód PEUGEOT model vis-a-vis z 1896 roku, bliźniaczy z autem
p. Stanisława Grodzkiego !!
Wprawdzie
odszukany pojazd był całkowicie oryginalny, podobno nawet nigdy nie restaurowany
ani nie malowany i dzięki temu przez kilka lat eksponowany w największym europejskim
muzeum automobili w Miluzie a następnie w Stuttgarcie, ale teraz jego właścicielem
jest kolekcjoner mieszkający w Australii - p. Rodney
C. Anderson. Trochę to daleko.!!
Ale okazało się że z okazji licznych imprez organizowanych w 100-lecie dawnych
rajdów, ten jedyny zachowany Peugeot z 1896 roku rezyduje w Europie, a p. Anderson
poznawszy rolę PEUGEOT'a w polskiej motoryzacji, chętnie udostępni pojazd dla
obchodów jej 100-lecia.
Niestety, całkowity brak zainteresowania ze strony takich predestynowanych firm
jak PEUGEOT-POLSKA i innych do których się zwróciliśmy spowodował, że w dniu
10 lipca 1997 roku o godzinie 8 rano, na placyku przy ulicy Senatorskiej 33
w Warszawie stanęła skromna replika pierwszego automobilu w Polsce zbudowana
własnym nakładem sił i środków p. Siudzińskiego, napędzana zespołem od Małego
Fiata, a pozyskiwanie sponsorów zakończyło się jedyną pomocą udzieloną przez
STOMIL-OLSZTYN i honorowym patronatem Ministra Transportu i Gospodarki Morskiej.
Ale
jednak wystartowaliśmy do nostalgicznej podróży śladami Stanisława Grodzkiego
sprzed 100 lat. Z szybkością 20 km/godz. pierwszego dnia zgodnie z przekazami
dojechaliśmy do Kutna, a następnego - do Poznania. Cel został częściowo osiągnięty:
przypomnieliśmy Polskiemu Społeczeństwu jak to było z początkami polskiej motoryzacji,
mimo że do dojechania do Paryża zabrakło jeszcze wielu kilometrów. Ukazało się
natomiast kilkanaście informacji w prasie, radio i TV.
Kurtuazyjnie przesłaliśmy więc kilka fotografii, wycinków z gazet i podziękowanie
p. Andersonowi do Australii.
I przygoda ze 100-leciem polskiego automobilizmu zapewne by się na tym skończyła,
gdyby nie list od Królewskiego Automobilklubu w Wielkiej Brytanii informujący,
że polska załoga w składzie: wystawiający - Tomasz Skrzeliński i kierowca -
Juliusz Siudziński na oryginalnym PEUGEOCIE z 1896 roku jest zgłoszona do udziału
w legendarnym rajdzie Londyn-Brighton z numerem startowym 7 wśród prawie 500
oryginalnych pojazdów wyprodukowanych do 31 grudnia 1904 roku.
Wypada więc poinformować
co to za rajd i dlaczego legendarny.
Otóż dawno, dawno temu, gdy motoryzacja w wiodących krajach jak Niemcy, Francja
czy USA stawiała pierwsze, ale znaczące kroki - w Wielkiej Brytanii pod naciskiem
lobby dorożkarzy i właścicieli drogowych, parowych omnibusów - uchwalona została
ustawa w myśl której można było wprawdzie poruszać się po drogach Zjednoczonego
Królestwa różnymi współczesnymi wynalazkami, ale pod warunkiem że przed takim
jadącym urządzeniem będzie szedł człowiek z czerwoną flagą i ostrzegał przed
grożącym niebezpieczeństwem.
Ta Ustawa Czerwonej Flagi o kilka lat opóźniła rozwój motoryzacji na Wyspach
Brytyjskich i dopiero 14 listopada 1896 roku została wreszcie zniesiona. Tego
dnia około 75 samochodów zrzeszonych w brytyjskim Motor Car Clubie przejechało
triumfalnie trasą z Londynu do Brighton dając początek motoryzacyjnej legendzie,
która przypominana jest teraz ze szczegółami o startujących wtedy pojazdach.
Automobiliści brytyjscy do dziś mówią, że to był rajd i dzień ich wyzwolenia
(Emancipation Run).
W 1927 roku powstała idea upamiętnienia tamtych wydarzeń, więc Królewski Automobilklub
RAC (Royal Automobile Club) powstały w 1897 roku zorganizował pierwszy rajd
zabytkowych pojazdów na tej historycznej trasie. Wystartowało 51 pojazdów wyprodukowanych
przez 1906 rokiem. No a potem jak to w kraju miłośników tradycji - kolejne rajdy
były już naturalną koleją rzeczy, przerwaną jedynie przez II Wojnę Światową
i brakiem paliwa tuż po jej zakończeniu. W 1938 roku wystartowało jeszcze 121
pojazdów, a dopiero w 1952 roku ustalone zostały obecne zasady rajdu: rozgrywany
w pierwszą niedzielę listopada gromadził pojazdy już nie ścigające się, ale
startujące w zbliżonych grupach wiekowych. Od 1956 roku wszyscy uczestnicy kończący
rajd w wyznaczonym czasie otrzymują specjalne plakietki (medale), a start do
rajdu każdorazowo poprzedza uroczyste darcie czerwonej flagi.
W 1961 roku w rajdzie uczestniczyło 250 pojazdów, a w roku 1996 - prawie 650
oryginalnych wehikułów wyprodukowanych przez 1905 rokiem.
Rajd z Londynu do Brighton cieszy się taką renomą, że corocznie organizowane
są jego repliki w innych terminach i nie dla aż tak starych pojazdów. O sponsorowanie
organizacji nawet takich replik ubiegają się znane, światowe firmy samochodowe.
Na bazie legendy o rajdzie został nakręcony fabularny film pod tytułem "Genowefa"
- od imienia jednego ze startujących tam automobili.
Tak więc zaproszenie
do wzięcia udziału w tegorocznym rajdzie było ogromnym wyróżnieniem szczególnie
dla załogi z Polski z kilku bardzo istotnych powodów:
- 100-lecie istnienia Królewskiego Automobilklubu RAC organizującego
rajd,
- 101 lat od pierwszego, "wyzwolonego" przejazdu tej trasy,
- 70 lat rozgrywania tego najstarszego na świecie rajdu pojazdów
zabytkowych,
- 100 lat automobilizmu w Polsce,
- 101-letniego PEUGEOT'a którym mamy szansę jechać, ostatniego orygi-
-nału z 1896 roku, bliźniaka tego pierwszego od Stanisława Grodzkiego,
- pierwszego udziału polskiej ekipy w stuletniej historii tego rajdu.
Takiej okazji nie powinien
zaprzepaścić prawdziwy entuzjasta historii motoryzacji, ale realia bywają niekiedy
brutalne.
Zaproszenie, a właściwie informacja, że polska załoga jest już wpisana na listę
startową dotarła do nas w końcu września. Wraz z dokumentami startowymi dowiedzieliśmy
się, że ten rajd dla dżentelmenów jest jednak bardzo kosztowny i mimo iż dżentelmeni
nie rozmawiają o pieniądzach (bo je po prostu mają) - ten mały problem stał
się dla nas problemem głównym.
Zrezygnował ze startu Juliusz Siudziński, który chciałby wystartować ze swoją
repliką i za znacznie mniejsze pieniądze - ale reguły uczestnictwa w rajdzie
dopuszczają jedynie oryginały.
Pozostał na placu boju niżej podpisany Tomasz Skrzeliński, a wzorem Stanisława
Grodzkiego zaprosił do uczestnictwa znanego dziennikarza motoryzacyjnego Andrzeja
Martynkina - z cichą nadzieją na wspólne poszukiwanie Sponsorów.
Całą sprawę przedstawiliśmy Ministrowi Transportu i Gospodarki Morskiej - dr.
Bogusławowi Liberadzkiemu i wtedy pojawił się nasz Główny Sponsor: PEKAES -
AUTO-TRANSPORT S.A. Powagę sytuacji wyczuł Polski Związek Motorowy i dodał znaczną
sumę. Kontynuując współpracę przy budowie repliki PEUGEOT'a - swoją cegiełkę
dołożył STOMIL-OLSZTYN. Automobilklub Polski zaopatrzył nas w upominki, świadczące
o wieloletnich polskich tradycjach motoryzacyjnych. Konsekwentnie natomiast
odmawiał jakiejkolwiek współpracy PEUGEOT-POLSKA i inni potentaci na polskim,
100-letnim rynku motoryzacyjnym - i w rezultacie zgromadziliśmy jedynie około
70% potrzebnej sumy, w tym znaczny udział własny.
Na cztery dni przed startem rozesłałem więc informacje o zwrocie pieniędzy i
rezygnacji ze startu. Tę wiadomość dostał również właściciel PEUGEOT'a w Australii,
który opłacił i zlecił, by jego samochód zarejestrowany wprawdzie we Francji
ale garażowany w Anglii został przygotowany do startu przez Museum of British
Road Transport w Coventry specjalnie dla ekipy z Polski, wraz z ubezpieczeniem,
serwisem, transportem na start i po mecie itp....
Do dziś nie wiem dlaczego p. Rodney Anderson zaakceptował naszą niepełną sumę
- ale jego decyzja: "OK - zapłaćcie więc ile macie" była dla nas przełomowa.
Jeszcze jeden kontakt z Ministrem i Prezesem PLL-LOT zaowocował biletami lotniczymi
dla 3 osób, gdyż do Ekipy dołączył red. Wiesław Mrówczyński, podróżnik i rajdowiec,
rejestrujący naszą przygodę nowoczesną cyfrową kamerą TV.
I teraz rozpoczęła się
naprawdę Niezapomniana Przygoda:
W piątek wieczorem 31 października, na lotnisku Heathrow czeka na nas Prezydent
klubu CAAR w Wielkiej Brytanii - Martin Carter wraz ze swoim zabytkowym MORRISEM
z 1962 roku, nieco nadwyrężonym ostatnim ...Rajdem Dookoła Polski -1997. Ten
Morris będzie zresztą naszym wozem reporterskim w czasie LONDON TO BRIGHTON
VETERAN CAR RUN - 1997.
Po noclegu w gościnnym domu Martina jedziemy szukać siedziby Królewskiego Automobilklubu
w Londynie. Okazuje się że do rozpoczęcia Rajdu jest przecież jeszcze dwadzieścia
godzin, więc nieco zdziwiona hostessa proponuje zostawić bagaże w recepcji i
pospacerować po Londynie. Może wieczorem będziemy mogli spotkać ekipę z Muzeum
Brytyjskiego Transportu Drogowego i "naszego" PEUGEOT'a.
Jedziemy więc do pobliskiego Hyde-Parku, gdzie jutro o świcie będzie start.
Nie możemy jakoś sobie tego wyobrazić, ale w podziemnym garażu już parkuje kilkadziesiąt
najprawdziwszych weteranów, a niektóre z nich poważnie przygotowują się do rajdu
tankując np. ogromne ilości wody (potem się okazało że to był jeden z kilkunastu
parowych automobili).
Nie mogąc nawiązać kontaktu z Organizatorem, odwiedzamy dom Jana Tarczyńskiego
- historyka, znanego autora książek i artykułów o starej, polskiej motoryzacji.
Janek jest Prezesem Fundacji Ochrony Zabytków Militarnych i Dyrektorem Biura
b. Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej na Obczyźnie, Ryszarda Kaczorowskiego.
Pod honorowym patronatem Prezydenta i auspicjami Polskiego Towarzystwa Historycznego
w Wielkiej Brytanii tworzy się Klub Pojazdów Zabytkowych przy Fundacji..., mający
intencje skupić posiadaczy najciekawszych zabytków motoryzacji w Polsce.
Janek przejmuje teraz nad nami opiekę, a Martin obiecuje że jutro, w niedzielę
o 6.30 rano przyjedzie po nasze bagaże i będzie woził red. Mrówczyńskiego z
kamerą.
Wieczorem ponownie odwiedzamy Królewski Automobilklub i pierwszy raz widzimy
PEUGEOTA wyprodukowanego 24 stycznia 1896 roku. Miny mamy niewyraźne, bo wprawdzie
pojazd jest, ale okazuje się że rzeczywiście nigdy nie był on restaurowany ani
nawet malowany. Ot - po prostu absolutny oryginał mający 101 lat, a my mamy
się wraz z nim przenieść w epokę pionierów motoryzacji.
Ekipa z Muzeum twierdzi, że powinien jakoś jechać, ale jeszcze wczoraj były
z nim pewne kłopoty techniczne i jest trochę słaby. Katalogowo przed stu laty,
"nasz" PEUGEOT dysponował mocą 3,5 KM, miał miejsce dla 4 osób i rozwijał
maksymalną szybkość 16 km/godz.
Główną informacją przygotowaną dla mediów przez Muzeum w Coventry jest fakt,
że startujemy pod patronatem polskiego Ministra Transportu i Gospodarki Morskiej,
a nasz pierwszy występ jest związany ze stuleciem motoryzacji w Polsce rozpoczętej
od właśnie takiego auta.
Trochę zaniepokojeni idziemy spać do klubowej sypialni dla uboższych automobilistów,
2 piętra pod ziemią. Jeszcze próbujemy zjeść kolację w salach Królewskiego Automobilklubu,
ale po trzykrotnej próbie wejścia do klubowej restauracji, za każdym razem zmieniając
wieczorowe ubranie na coraz lepsze - dajemy za wygraną.
Rano w niedzielę 2 listopada o godz. 5.00 pobudka, toaleta, pakowanie bagaży
(gdyż na pokład automobilu możemy zabrać jedynie aparat fotograficzny i ciepłe
ubranie) - i ok. 6.00 hotelowe śniadanie. Zjawia się nieco zaspany Martin, który
ponad godzinę dojeżdżał z domu.
Przed
hotelem czeka stary PEUGEOT wraz z Tomem - oddelegowanym mechanikiem z Muzeum.
A więc dzisiejszy rajdowy dzień dobrze się zaczyna.
Pierwsze, nocne jeszcze fotografie z polską flagą. Zjawia się grupa Polaków
z Piotrem Zarzyckim - Kierownikiem Działu Przemysłu Muzeum Techniki w Warszawie
i Jankiem Tarczyńskim, który zapowiada obecność na starcie Konsula Generalnego
Rzeczypospolitej Polskiej - dr. Jacka Starościaka.
Tom prezentuje uruchamianie silnika: należy napompować powietrza do specjalnego
pojemnika z benzyną i podpalić palniki Bunsena podgrzewające platynowe rurki
dające żarowy zapłon wewnątrz cylindrów. Ponieważ benzynowe palniki mogą zgasnąć
od podmuchu wiatru - dla bezpieczeństwa można zastosować palniki gazowe, nie
grozi nam wtedy pożar silnika.
Gdy żarniki są już czerwone, należy zamknąć komorę z palnikami i zakręcić korbą
w lewo - silnik powinien podjąć pracę. Trzeba mu pozwolić uzyskać możliwie duże
obroty (około 900) poprzez dobranie dopływu powietrza. Zamknąć komorę ze szczątkowym
gaźnikiem. Tak ustawiony silnik będzie pracował jednostajnie, a szofer musi
tę moc odpowiednio wykorzystać dobierając przełożenia w otwartej "skrzyni
biegów" umieszczonej pod podłogą o wymiarach 1x1 metr. Podobne skrzynie
z trybami widziałem ostatnio w wiejskich siewnikach.
Jedyny pedał w połowie skoku rozłącza napęd, a na koniec działa jako hamulec
na tylne koła. Ale uwaga: otwarty układ olejenia napewno zaoliwi skórzane taśmy
zaciskające się na bębnach hamulcowych, więc nie należy przekraczać szybkości
15 km/godz, bo również druciane, proste szprychy mogą wprawić pojazd w niebezpieczne
wibracje przy "maksymalnych" szybkościach.
Silnik
jest chłodzony wodą, a podstawową chłodnicą jest cała rurowa rama. Pewna ilość
ciepła jest odprowadzana szczątkową chłodnicą z przodu pojazdu, ale i tak będziemy
się gotować i trzeba uzupełniać wodę bez zatrzymywania się. Olej należy zakraplać
co 8 km a uzupełniać jego stan widząc pustkę w zbiorniczku. Też najlepiej bez
zatrzymywania się, bo na przejazd prawie 100 km mamy tylko 8,5 godziny.
Po takiej instrukcji ustalamy, że wzorem ekipy Stanisława Grodzkiego: dziennikarz
Andrzej Martynkin będzie obserwował i relacjonował przebieg rajdu, wystawiający
Tomasz Skrzeliński będzie reprezentował
załogę machając polską flagą i uzupełniał niezbędne płyny, a miejscowy mechanik-kierowca
będzie się starał bez przerwy kierować pojazdem.
Wsiadamy i około godziny
6.45 startujemy spod hotelu. Czujemy, że nasz pojazd jest jakby wehikułem czasu
i przeniósł nas w epokę Stanisława Grodzkiego. Jest jeszcze noc i poranna angielska
mgła - jedziemy ulicami Londynu do Hyde Parku. Dwukrotnie stajemy, bo nasz automobil
nie ma siły - wreszcie udana regulacja karburatora i z fasonem podjeżdżamy nawet
pod niewielkie wzniesienie. Po drodze spotykamy inne dziwne stare pojazdy, a
w pobliżu Parku - lawety z wehikułami i kręcące się postacie próbujące te pojazdy
uruchomić. Tym którym to się udało kierują się do bram wjazdowych od Hyde Parku,
aby zająć swoje miejsce startowe w wyznaczonych rejonach. Niektóre załogi ubrane
są w stroje podróżne z przełomu wieków, natomiast wszyscy staramy się być ubrani
bardzo ciepło.
My, reprezentując rok i miesiąc budowy: styczeń 1896, mamy numer startowy "7"
i jesteśmy w grupie najstarszych pojazdów. Przed nami tylko Benz z 1893 i z
1895 roku, Peugeot z 1894, parowy Whitney z 1896 i trójkołowiec Leon-Bollee
z 1896 roku. Za nami ponad 400 pojazdów wyprodukowanych od lutego 1896 do 1904
roku.
Redaktorzy: Wiesław Mrówczyński i Andrzej Martynkin oraz Jan Tarczyński dokonują
szybkich formalności z dziennikarską akredytacją. Otrzymują aktualne informacje
prasowe i specjalne niebieskie plastrony dla mediów. Stosowną wywieszkę dostaje
również Martin - i teraz będzie się mógł swobodnie poruszać po trasie i wśród
startujących pojazdów.
Mamy jeszcze niecałe pół godziny na wywiady i fotografie. Pojawia sią polski
Konsul Generalny i jako jedyny gość zostaje przez komentatora poproszony do
mikrofonu. W ciepłych słowach przedstawia polską załogę po raz pierwszy startującą
w rajdzie z okazji 100- letniej historii zarówno brytyjskiej jak i polskiej
motoryzacji.
O godzinie 7.30 - startujemy w pierwszej grupie pojazdów. Przed nami tradycyjna
60 milowa trasa wyznaczona przez pierwszych
automobilistów ponad 100 lat temu.
Takie
chwile jak przejazd trasy legendarnego rajdu powinno się pamiętać długo i ze
wszystkimi szczegółami. Każdy z uczestników odbiera jednak wrażenia indywidualnie
- więc również moje będą subiektywne i szczątkowe.
Pierwsze wrażenia z jazdy - to ogromna ilość widzów na trasie. Jak szacowali
potem organizatorzy, każdego roku przejazd jest oglądany przez ponad milion
ludzi. W specjalnych komunikatach podawane były czasy przejazdu pierwszych załóg
z uwagą, że przejazd około 450 pojazdów zajmie ponad 3 godziny. W rzeczywistości
ten przejazd bywa dłuższy, a doświadczyliśmy tego na własnym przykładzie, przyjeżdżając
na metę 5 i pół godziny po zapowiadanym terminie pierwszego zawodnika. Widowisko
będzie dłuższe również dlatego, że rajdowi jadącemu w normalnym ruchu drogowym
towarzyszą inne zabytkowe auta do lat 20 do 60-tych, a nawet duża ilość bicyklistów
i rowerzystów, często jadących szybciej od nas. Każdy z oficjalnie startujących
pojazdów ma dobrze widoczny kontrastowy numer startowy, ułatwiający identyfikację
zarówno na trasie jak i potem przy przeglądaniu pamiątkowych fotografii.
Znani z braku okazywania emocji Anglicy, tego dnia zachowywali się jednak spontanicznie,
pozdrawiając przejeżdżające pojazdy, podając spóźnionym załogom pożywienie,
napoje a czasami kwiaty lub też pomagając pchać niesforne auta, które w wielu
momentach odmawiały chęci do jazdy, szczególnie do jazdy pod górę.
Z okazji zbliżających się obchodów Dnia Weterana - wszystkie pojazdy a niekiedy
i ich załogi mają przypięte czerwone kwiaty, symbole pamięci o weteranach wojny.
Mimo iż jest 2 listopada, nie ma tu jednak tradycji Święta Zmarłych.
Trasa rajdu jest wspaniałą okazją do zaprezentowania swoich motoryzacyjnych
osiągnięć przez kluby kolekcjonerów i indywidualnych entuzjastów zabytkowych
aut. Wszelkie więc parkingi, szczególnie te lepiej widoczne z trasy przejazdu,
były zastawione weteranami i transparentami klubowymi, a liczne zgromadzeni
tam członkowie żywo i fachowo komentowali przejeżdżające pojazdy, nie szczędząc
sobie zapewne jadła i napojów.
Z punktu widzenia uczestnika po raz pierwszy startującego w tak ogromnym rajdzie
widać było perfekcyjną organizację opartą na pracy kilkuset wolontariuszy-serwisantów
i życzliwą pomoc policji na całej trasie. Serwisy RAC ubrane w kolorowe stroje
to kilkudziesięciu motocyklistów, kilkanaście wozów technicznych i mnóstwo osób
funkcyjnych na wszystkich istotnych punktach trasy.
Największe jednak wrażenie robili sami uczestnicy i ich wspaniałe pojazdy.
W rajdzie startują przecież najstarsze pojazdy zachowane w różnych krajach z
pierwszych lat istnienia motoryzacji na świecie. Wprawdzie najliczniejsza grupa
zawodników to Anglicy, ale były też załogi z Angoli, Australii, Austrii, Belgii,
Chin, Francji, Niemiec, Irlandii, Holandii, Norwegii, Południowej Afryki, Szwecji,
Szwajcarii, USA i po raz pierwszy z Polski.
Lista
prezentowanych marek pojazdów jest doprawdy imponująca i zawiera 125 różnych
nazw, często zupełnie nieznanych nawet przez kolekcjonerów pojazdów z ambicjami
znawców. Dla przykładu - jedynie nazwy firm samochodowych rozpoczynające się
na literę "A":
- ALBION, ALLDAYS, AMERICAN-BULIT STEAM, ANONYME,
ARGYLL, ARROL-JOHNSTON, ASTER.
Również systemy napędu pojazdów i rozwiązania konstrukcyjne przyprawiały o zawrót
głowy. Oprócz klasycznych pojazdów benzynowych, jechało 11 aut parowych i 5
elektrycznych. Zaś fantazje konstruktorów wydawały się być nieprawdopodobne:
jechały pojazdy trójkołowe z jednym kołem z przodu lub z tyłu, czterokołowe
z pasażerami siedzącymi tyłem, przodem lub bokiem do kierunku jazdy, pojazdy
przypominające ryksze i karety do których wsiadało się z przodu, boku lub z
tyłu. Na kołach z lanej gumy i na pneumatykach, napędzane pojedynczymi lub podwójnymi
łańcuchami, paskami klinowymi, skórzanymi taśmami czy wałami Kardana. Kilka
z nich miało dodatkowe wspomaganie pedałami. Były pojazdy zabierające ponad
sześciu pasażerów i takie z jednym tylko rowerowym siodełkiem, mimo że nie były
to motocykle. Pojazdy sterowane orczykiem, rumplem, kołem sterowym ze szprychami,
rowerowym kierownikiem, dźwignią przekładaną z lewa na prawo, poprzeczką z jedną
rękojeścią, drążkiem kierowniczym lub jakby współczesną kierownicą. Poza nielicznymi
wyjątkami większość to pojazdy otwarte, nie mające nawet przedniej, szczątkowej
szyby. Silniki rozwijały moce maksymalne od 1,5 do 60 KM.
Natomiast wszyscy uczestnicy z powagą pragnęli osiągnąć jeden cel: dojechać
do mety w Brighton. Ta powaga była nieco zaskakująca w wykonaniu niekiedy bardzo
poważnych osób biorących udział w rajdzie.
Startowali bowiem osobiście: z numerem 115 na samochodzie MORS z 1901 roku -
Książę Michael of Kent, Prezydent RAC; z numerem 303 na samochodzie DAIMLER
z 1903 roku - Lord Montagu of Beaulieu, fundator i właściciel Narodowego Muzeum
Motoryzacji; z numerem 278 na samochodzie GEORGES RICHARD z 1903 roku - Lord
Strathcarron, Prezydent Związku Pisarzy Motoryzacyjnych; z numerem 424 na samochodzie
DARRACQ z 1904 roku - Sir John Rogers, Przewodniczący Stowarzyszenia Sportu
w Królewskim Automobilklubie. Rodzina
Rothschild z USA wystawiła 3 pojazdy.
Startowali a nawet sądzę że rywalizowali ze sobą przedstawiciele muzeów motoryzacji,
liczących się kolekcji i klubów z Wielkiej Brytanii, Holandii, Belgii, Niemiec
i USA. Wystawiały więc swoje pojazdy: "nasze" Museum of British Road
Transport, British Motor Industry Heritage Trust, Welsh Industrial & Maritime
Museum, Jaguar Daimler Heritage Trust, The Royal Automobile Club, The Veteran
Car Club of Great Britain, Cornwall's Motor Museum, Nottingham Industrial Museum,
Automuseum Deventer, Vauxhall Motors Ltd, a z zagranicznych: Daimler-Benz Classic,
Ford Motor Company, Allgemeiner Schnauferl-Club eV, Het National Automobielmuseum.
Tylko marzyć, by w tym najlepszym towarzystwie pokazało się nasze Muzeum Techniki
z Warszawy z jedynymi w Polsce tak starymi pojazdami.
Trasa
rajdu rozpoczynała się ogromną bramą startową ustawioną przy wyjeździe z Hyde
Parku. Po pięciu minutach najszybsze pojazdy przejeżdżały już Tamizę przez
Westminster Bridge i w normalnym ruchu ulicznym jechały na południe Londynu.
W połowie drogi, w Crawley był zaplanowany oficjalny postój na kawę i posiłek,
a w końcowej części trasy przy najwyższych wzniesieniach: Burgess Hill i Clayton
Hill na zamkniętych, jednokierunkowych odcinkach trasy czekały oficjalne serwisy
podstawione przez Organizatora, by dwukrotnie pomagać najsłabszym pojazdom i
wholować je na wzgórza.
Rajd przebiegał bowiem zgodnie z regulaminem zabraniającym udzielania pojazdom
obcej pomocy współczesnych pojazdów, poza dwoma miejscami wytypowanymi przez
Organizatora. Wszelkie lawety i zaprzyjaźnione auta jechały inną trasą, by nie
przeszkadzać ale i nie pomagać zabytkowym pojazdom. Wyjątkiem były pojazdy akredytowanych
dziennikarzy i serwisy aut wyprodukowanych w XIX wieku. Każda załoga musiała
więc samodzielnie pokonać trasę i jeżeli dojechała do mety w wyznaczonym czasie
- otrzymywała brązowy medal. Medal był na pamiątkę ukończenia rajdu w 1997 roku
i na pamiątkę złotego medalu wręczanego w pierwszej edycji Rajdu.
Nasza podróż rozpoczęła się minięciem bramy startowej o godzinie 7.30 i już
na pierwszych yardach zaczęły nas wyprzedzać kolejne pojazdy. Dla mnie początkowo
wydawało się to szczęśliwym rozwiązaniem, gdyż mogliśmy kolejno fotografować
mijające nas wehikuły. Po kilku godzinach zauważyliśmy jednak, że prawie wszyscy
już są przed nami - i dopiero wtedy dotarła do mnie świadomość, że jedziemy
na najsłabszym chyba pojeździe w tym rajdzie. Duma z tego iż PEUGEOT ma 101
lat i nigdy nie był restaurowany zaczęła ustępować przed obawą że możemy do
mety nie dojechać.
Widzieliśmy wprawdzie pojazdy stojące na poboczu, ale potem one wyprzedzały
nas po wykonanych pracach reanimacyjnych lub odpadały z rywalizacji rajdowej.
O zmieszczeniu się w zapowiadanych przez organizatora terminach przejazdu poszczególnych
miasteczek mogliśmy jedynie marzyć. Również o posiłkach i oficjalnej przerwie
na kawę należało zapomnieć. Dobrzy ludzie w biegu wrzucili nam na pokład kilka
kanapek i 2 puszki z napojami. Należało jedynie jechać i jechać z maksymalną
szybkością rzędu 10-15 km/godz. Chwilami jednak musieliśmy nieco redukować biegi,
a gdy po 4, 3, 2 i 1 biegu należało redukować dalej - to pierwszy zeskakiwał
redaktor Andrzej Martynkin, potem Tomasz Skrzeliński, następnie pchaliśmy auto
pojedynczo lub wspólnie, potem zeskakiwał i pomagał pchać kierowca-mechanik
Tom, a na końcu popychali nas flegmatyczni Anglicy - dziś wyjątkowo życzliwie
nastawieni do "śmigających" automobili.
Na szczęście dopisuje nam pogoda. Jest trochę chłodno a niekiedy mgła, ale nie
pada. W poprzednich rajdach bywało, że cały czas padał deszcz a nawet śnieg,
a mimo to rajd jechał zgodnie z wieloletnią tradycją.
Nadzieja na dojechanie w terminie nie opuszczała nas do chwili poważnej awarii:
z roztrzęsionej chłodnicy zaczęła wyciekać woda. Na wymuszonym postoju oprócz
rutynowego smarowania oraz uzupełnienia paliwa i wody zapadła decyzja naprawy
chłodnicy. Ale nie mieliśmy nic na pokładzie oprócz kilku kluczy, paru gumowych
węży i na szczęście piłki do metalu. Należało "wypreparować" uszkodzony
fragment chłodnicy i kontynuować jazdę na tym co jeszcze zostało. Po pół godzinie
jechaliśmy dalej, ale już non-stop gotując wodę.
Próby ratowania uciekającego czasu przez szybką jazdę z górki groziły wypadnięciem
z trasy, więc rozsądniej było pozbyć się jakiegoś ciężaru.
Widząc powagę sytuacji na 15 mil przed Brighton zapadła decyzja, że p. redaktor
zsiada i spotkamy się na mecie. W pobliżu był na szczęście Martin, nasz telewizyjny
serwis z redaktorem Mrówczyńskim - więc mógł się tam łatwo dostać.
Pozostało nas dwóch: Tom usiłował jechać możliwie szybko, a ja wlewałem wodę
do chłodnicy i czasami pchałem auto. Jedną rękę ciągle jednak miałem zajętą,
bo wzorem innych zagranicznych załóg prezentowałem narodową, polską flagę, tylko
że największych rozmiarów.
Ciekawe, jak dawał sobie radę sto lat temu Stanisław Grodzki w takich sytuacjach.
Jechał przecież z bagażami i po znacznie gorszych, szutrowych drogach. Jeżeli
teraz dysponujemy mocą zmniejszoną nawet o jednego mechanicznego konia - to
wtedy znamionowa moc zaledwie 3,5 KM musiała wielokrotnie powodować podobne
kłopoty. Nic dziwnego, że spóźnił się do Paryża o kilka dni.
Gdy
drogowskazy informują że do Brighton mamy jeszcze 5 mil - do zamknięcia mety
o godzinie 16.00 zostało 7 minut. Według mojego rozeznania byliśmy bez szans,
gdy nagle Tom zaczął coś krzyczeć, a na podłodze wylądowały dwie butelki szampana.
To szefowie z Muzeum Transportu Drogowego w Coventry składali nam gratulacje,
bo WŁAŚNIE MINĘLIŚMY LINIĘ LOTNEJ
METY i ukończyliśmy rajd w terminie.
Teraz należało tylko dojechać do parku maszyn przy brzegu morza w Brighton.
Tam oczekiwali na nas liczni dziennikarze i nasi przyjaciele, nieświadomi jednak
że rajd kończymy z medalem. Znając bowiem termin zamknięcia mety byli przekonani
że przyjeżdżając tu pół godziny po 16 - odpadliśmy z rywalizacji. Najbardziej
uradowany był red. Andrzej Martynkin - że jego heroiczne opuszczenie pojazdu
pomogło załodze dojechać w terminie. Do mety nie dojechały bowiem 42 załogi
.
Ukończyliśmy więc legendarny rajd i otrzymaliśmy pamiątkowy medal !! Pierwszy
raz uczestniczyła w rajdzie załoga z Polski i to na szczególnym samochodzie
- symbolu 100 lat polskiej motoryzacji. Cieszymy się ogromnie. Obok nas pracują
kamery telewizyjne i dziennikarze z wielu krajów.
Po kilkunastu minutach zaczął zapadać zmierzch. Muzealny serwis zaopiekował
się PEUGEOTEM - niech prezentuje się w angielskim muzeum z dodatkowymi informacjami
o ukończonym rajdzie w 1997 roku i o jego związkach z polską motoryzacją. Może
kiedyś zobaczymy go w Polsce. Żegnamy również ekipę z Coventry.
Teraz zaopiekują się nami kolejni przyjaciele z Anglii: Jenny i Mike Taylor.
Znamy się z kilku udanych rajdów weteranów w Polsce, więc oni chcą się nieco
nam zrewanżować. Jedziemy do ich domu w Hastings, obok terenu sławnej bitwy
z XI wieku. Urocza farma na zupełnym odludziu i 700-letnie budynki. Wspaniałe
przyjęcie w niepowtarzalnej atmosferze starego domu oraz spotkanie kolekcjonerów
zabytkowego oręża i pojazdów. Mamy wiele wspólnych tematów, a na dodatek okazuje
się że Mike urodził się w Gdyni w pierwszych dniach Września 1939.
Czy uda się opisać te przeżycia i przyjechać tu jeszcze raz.?? Czy udział w
światowej rangi rajdzie na pojeździe od którego rozpoczęła się polska motoryzacja,
jest satysfakcjonujący dla polskich kolekcjonerów? Czy 100-lecie polskiej motoryzacji
można było polskiemu i międzynarodowemu społeczeństwu przypomnieć w inny, lepszy
sposób ??
Teraz na te pytania nie odpowiemy. Jutro rano mamy samolot do Polski.
Po powrocie do Warszawy zastałem fax napisany przez Konsula Generalnego Rzeczypospolitej Polskiej w Londynie. Oto fragmenty: "Gratuluję zdobycia medalu w kolejnym "Veteran Car Run" z Londynu do Brighton, najbardziej prestiżowym rajdzie w Zjednoczonym Królestwie a tym samym w Europie i zapewne w świecie. (...) Proszę mi wierzyć, że sukces Pana to sukces Polski! Biało-czerwona flaga powiewająca nad pojazdem to znakomita reklama naszego kraju wśród europejskiej elity. Okazuje się, że do Europy możemy nie tylko wkraczać ale i wjeżdżać z fasonem, a taki właśnie wehikuł i obecność w rajdzie promują nas nie gorzej niż niejeden spektakularny sukces gospodarczy czy społeczny".
Dnia 20 listopada 1997 wspomnienia spisał:
Tomasz Skrzeliński