Jest takie miasto w Alzacji,
nieduże, raptem 110 tysięcy
mieszkańców. Jego nazwa
pochodzi z niemieckiego od
młynów, a brzmi w oryginale
Mulhouse - w języku
polskim jest to Miluza.
Czym to niepozorne
francuskie miasto zasłużyło
na naszą uwagę? Są dwie
przyczyny, powiązane ze
sobą, zacznijmy od
pierwszej.
Urodzeni we Włoszech dwaj
bracia, Hans i Fritz
Schlumpf, działali na tym
terenie w przemyśle
włókienniczym. Fritz był
poza tym wielkim miłośnikiem
samochodów i kupował ich wiele,
w tym te najpiękniejsze i
najbardziej unikatowe. Kolekcja
rozrastała się, więc w 1964 roku
zgromadził swoje zbiory w
budynku należącej do niego
przędzalni w Miluzie. Przez lata
kolekcja rozrosła się do ponad
400 eksponatów, które
Fritz ukrywał przed światem, a i
załoga, zatrudniona do renowacji
i opieki nad kolekcją, pracowała
w sekrecie. Jednak w latach 70.
przemysł tekstylny przeżywał
poważny kryzys, co doprowadziło
do ucieczki braci Schlumpf do
Szwajcarii w 1976 roku. Kolekcja
pozostała jednak w budynku
przędzalni w Miluzie, a odkryto
ją dopiero w marcu następnego
roku. W 1978 roku kolekcja
została uznana za francuski
pomnik historyczny, a w 1981
roku została sprzedana
stowarzyszeniu Narodowe
Muzeum Automobilizmu. Rok
później kolekcję udostępniono
zwiedzającym. Tak powstało jedno
z największych muzeów samochodów
na świecie, gromadzące wspaniałe
i unikatowe okazy światowej
motoryzacji, a największą jej
część stanowi zbiór samochodów
Bugatti, w tym Bugatti
Royale i Bugatti Royale
Coupé Napoléon.
A teraz powód drugi
naszego zainteresowania
Miluzą. Tradycją jest
organizowany przez
miasto doroczny
Festiwal Automobilizmu,
goszczący w ciągu 3 dni
na ulicach Miluzy
niemal 1000
zabytkowych samochodów i
motocykli, pochodzących
ze zbiorów muzeów i
kolekcji prywatnych.
Tradycją jest już też
udział w tym festiwalu
ekipy z Polski,
dzięki uporowi i
konsekwencji Tomasza
Skrzelińskiego,
niestrudzonego
organizatora wypraw do
Miluzy. W tym roku
zebrał ekipę 12
samochodów i 1
motocykla,
samochodów w polskich
rękach, ale niestety nie
naszej produkcji.
Jedynie motocykl to
sprzęt produkcji
polskiej, na dodatek
przedwojenny: Podkowa
98 z 1939 roku,
należący do Katarzyny
Kuligowskiej. Co
ciekawe, Podkowa jeździ
nadal na oryginalnych
oponach z dumnym napisem
"POLSKA OPONA STOMIL"!
Kiedyś brzmiało to
dumnie, czy wrócą
jeszcze takie czasy..?
Samochody polskich
kolekcjonerów w
kolejności roku
produkcji:

Franklin z 1919 roku
Piotra Kamińskiego |

Essex Super Six z
1927 roku Ryszarda
Piotrowskiego |

Dodge Standard Six z
1928 roku Piotra
Markowskiego |

Ihle DKW z 1933 roku
Tomasza Skrzelińskiego |

BMW 303 z 1934 roku
Marka Lekkiego |

DKW F-5 z 1935 roku
Grzegorza Ziółkowskiego |

MG-TA z 1938 roku
Dariusza Filimowicza |

MG-WA z 1939 roku z
Muzeum Jana Pedy |

Mercedes 190 SL z
1958 roku Mirosława
Olesińskiego |

Triumph TR-3A z 1961
roku Zbysława Szwaja |

Maserati 3500 GT z
1964 roku z Muzeum Jana
Pedy |

Citroen DS20 z 1965
roku Tadeusza Vorbrodta |
Tomkowi
Skrzelińskiemu z
nieznaczną pomocą
przyszła Polska
Organizacja Turystyczna
oraz Exxon Mobil
Poland, a patronat
nad wyprawą objęła
Rada Naczelna
Stowarzyszenia
Rzeczoznawców Techniki
Samochodowej i Ruchu
Drogowego. Z
największą jednak pomocą
pospieszył... sam
organizator festiwalu,
czyli miasto Miluza,
pokrywając koszty
transportu i
zakwaterowania polskiej
ekipy. Po raz kolejny
więc okazuje się, że
prywatne osoby i obce
władze są bardziej
zainteresowane promocją
naszego kraju w Europie
i na świecie niż nasze
własne, polskie
instytucje...
Piątek 6 lipca to
pierwszy dzień Festiwalu
Automobilizmu, ale na
atrakcje trzeba czekać
do wieczora. Dzień ten,
za namową Tomka Skrzelińskiego, spędzamy
więc w muzeach. Na
pierwszy ogień idzie - a
jakże - Muzeum Narodowe
Automobilizmu Kolekcja Schlumpf. Już sam
budynek wzbudza podziw,
a wchodzi się do niego
przez most nad maleńką
rzeczką. Z daleka
widoczna fasada starej
przędzalni przyozdobiona
jest symbolicznymi
atrapami samochodów
sportowych, niektóre z
nich wiszą przed szklaną
elewacją, a niektóre
przez nią przenikają.
Wewnątrz zaś czeka
zwiedzających zasada
suspensu: niepozorny
hall kasowy, a za
bramkami korytarz, nie
zdradzający jeszcze
bogactwa kolekcji. Na
ścianach zdjęcia i filmy
z historii motoryzacji i
już za chwilę widoczny
jest początek zbiorów,
ale tylko tak dla
wzmocnienia apetytu. W
dole dostrzec można
silniki i Bugatti w
częściach, niemal jak na
taśmie montażowej.

Ale
okazuje się, że to
końcówka trasy
zwiedzania, bo na
początek prezentowana
jest gablota ze statuetkami wszelkiej
maści, montowanymi
kiedyś na korkach od
chłodnicy. A potem jest
już iście królewskie
Bugatti Royale Esders
Roadster Type 41 z
1930 roku, ale
zrekonstruowany w 1990
roku: na oryginalnych
wzornikach zbudowano
nowe nadwozie. Samochód
wyposażony jest w
8-cylindrowy silnik o
pojemności 12.760 ccm i
mocy aż 300 KM,
co pozwalało osiągać
prędkość 200 km/h!
Teraz nie robi to
specjalnego wrażenia,
ale w latach 30-tych...
Są też
francuskie początki
motoryzacji, czyli Panhard-Levassor Phaeton
Tonneau z roku 1894. Za
chwilę kameralna, ciepło
oświetlona sala z
kilkoma samochodami, w
tym oczywiście Bugatti.
Na dodatek nie "byle
jakie", bo Bugatti Phaeton Biplace* z roku
1931, choć wygląda jak z
końca XIX wieku, bowiem
jest to pojazd
skonstruowany przez Ettore Bugattiego na
własne potrzeby, do
poruszania się po
terenie zakładów i
posiadłości w Moisheim.
Jest tu też słynne
Bugatti Typ 35, a także
dwa Bugatti Typ 52,
czyli Typ 35 w
miniaturze, zbudowane w
1927 roku przez
Ettore
dla syna Rolanda. Tuż
obok szwajcarski Dufaux
z 1904 roku, z potężnym
silnikiem 8-cylidrowym o
pojemności niemal 13
litrów, a rozwijającym
moc 120 KM i
rozpędzającym ten
dwuosobowy samochód do
140 km/h. Opuszczamy tę
salę i przechodzimy do
hali głównej...

...gdzie widok zapiera
dech w piersiach. W
ośmiu długich rzędach ustawiono
tu bowiem lwią część
kolekcji, wygląda to jak
parking przed
supermarketem w weekend,
ale każdy z tych
pojazdów to okaz
kolekcjonerski. Nie
sposób opisać
wszystkich, zrobiłby się
z tego katalog wielkości
książki telefonicznej**.
Jest tu i Mathis Biplace
sport Type Hermes z
1904
roku, przy budowie
którego uczestniczył
jako młody jeszcze
mechanik sam Ettore
Bugatti. Wyposażony w
4-cylindrowy silnik o
pojemności 12 litrów (1
cylinder to 3 litry
pojemności!) i mocy 92
KM Hermes osiągał
prędkość 135 km/h.
Niemal tuż obok stoi o 2
lata młodszy Mercedes Biplace sport 37/70 z
6-cylindrowym silnikiem
o pojemności 9,5 litra i
mocy 70 KM, osiągający
90 km/h. Jest też kilka
Benzów, jak np. Vis-a-vis***
Type Victoria
z 1893 roku z
1-cylidrowym silnikiem
1785 ccm o mocy 4,5 KM,
rozpędzający się do 20
km/h. Ale jest też Barré
Vis-a-vis z 1897 roku z
jednocylindrowym
silnikiem o pojemności
zaledwie 498 ccm i mocy
4,5 KM, pozwalającym
pędzić z zawrotną wtedy
prędkością 40 km/h. A
obok stoją...




Ale dość,
nie ma tu miejsca na
opisanie wszystkich
eksponatów, jest tu
i Standard Swallow z
1934
roku (późniejszy
Jaguar), wyjątkowej
urody i wizjonerski
kabriolet Arzens "la
baleine" z 1938 roku, a
nawet poczciwy Trabant w
sąsiedztwie Citroena 2CV
z 1954 roku i Renault
4CV z 1956 roku. W
mniejszej, kameralnej i
nastrojowej sali
zgromadzono przedwojenne
limuzyny wyższych sfer,
czyli pokaźna kolekcja
Bugatti, Rolls-Royce'ów,
Maybachów, jest
Voisine
Berline C28 z 1936 roku,
w półmroku wyglądający
jak żywcem wyjęty z
Gotham City. A piękna,
wiśniowa Isotta-Fraschini Berline
Type 8A to ulubiony
model Rudolfa Valentino,
a sama zagrała w
"Bulwarze Zachodzącego
Słońca" Billy Wildera.


Jest i sala wyścigowa,
czyli przekrój
samochodów, które
walczyły o palmę
pierwszeństwa na torach
świata, od pierwszych
lat powojennych do
całkiem współczesnych
bolidów Formuły 1. Ale
są i te wcześniejsze
wyścigówki, w
śnieżnobiałej sali,
zdominowane przez
kolekcję kilkunastu
Bugatti, oczywiście
błękitnych. Muzeum
Kolekcja Schlumpf to
niezwykła wycieczka w
historię motoryzacji,
punkt obowiązkowy dla
każdego miłośnika
samochodów, bo historię
trzeba znać, by być
świadomym
teraźniejszości. Ponad
400 eksponatów, a
wszystkie w świetnej
kondycji, zresztą wiele
z tych samochodów
wyjeżdża czasem na różne
imprezy, jak choćby
właśnie Festiwal
Automobilizmu w Miluzie.
Opuszczamy Kolekcję Schlumpf z uczuciem
niedosytu, bo można tu
spędzić tydzień, by
dokładnie przyjrzeć się
wszystkim samochodom. A
po Miluzie poruszamy się
oczywiście kolumną
naszych zabytków,
wzbudzającą
zainteresowanie i
przychylność mieszkańców
miasta. Kierujemy się do
kolejnego muzeum, już
nie motoryzacyjnego, ale
też transportu: Muzeum
Kolejnictwa. Świetnie
zorganizowane, potrafi
zainteresować nie tylko
miłośników kolei
żelaznej.
Późnym wieczorem wracamy
do Muzeum Kolekcji Schlumpf, tym razem nie
wchodzimy jednak do
budynku dawnej
przędzalni, ale
kierujemy się na boisko
piłkarskie na terenie
Muzeum. Tu właśnie
rozgrywa się konkurs
samochodów muzealnych, a
startują w nim dwa
eksponaty z Muzeum Jana Pedy:
Maserati 3500GT
oraz MG-WA. Maserati
obywa się niestety
smakiem w kategorii
samochodów sportowych,
wygrywa Fiat 1500 GC
Berlinetta z 1937 roku,
wyprzedzając Lotusa 23 B
z 1963 roku i AC Bristol Ace z
1962 roku.

Ale
MG-WA wygrywa w
kategorii samochodów
klasycznych konkurs na
najlepiej odrestaurowane
auto, pokonując Avions
Voisin Aérodyne
z 1935 roku oraz
Rosengarta LR 44 z
1931
roku. Dla Jana Pedy i
jego syna Maćka ta
nagroda to zwieńczenie
8
lat pracy nad odbudową
MG-WA z 1939 roku,
którego wskrzesili
niemal jak Feniksa z
popiołów: z ledwie
rozpoznawalnej kupy
złomu odbudowali
przepiękną limuzynę,
jeden z nielicznych,
jeśli nie jedyny w tej chwili
egzemplarz tego
samochodu na świecie w
takiej kondycji. W
wygranej niebagatelną
zasługę miał Maciek Peda,
który z wielkim uporem i
cierpliwością zadbał o
najdrobniejsze detale
brytyjskiej piękności, a
to właśnie przesądziło o
przyznaniu pierwszej
nagrody w tym konkursie.

Po rozdaniu nagród i
prezentacji zwycięzców,
organizatorzy
przygotowali wieczór
filmowy. Na dużym
ekranie publiczność
oglądała fragmenty
wybranych filmów, w
których samochody grały
istotne role, a na
podjeździe poniżej mogła
podziwiać takie same
(bądź bardzo podobne)
samochody jak na
ekranie. Przegląd
rozpoczął film "The Love
Bug" ("Kochany
Chrabąszcz") Roberta
Stevensona z 1968 roku,
w którym główną rolę
grał VW Garbus, słynny
Herbie z numerem 53.
Potem kolej na kultowy
pościg w filmie "Bullit"
Petera Yatesa z 1968
roku, w którym Steve
McQueen ściga zielonym
Fordem Mustangiem fastbackiem czarnego
Dodge'a Chargera R/T. A
na podjeździe też
Mustang, tyle że
czerwony i młodszy, a za
nim fioletowy Charger. I
kolejne wspomnienia,
czyli James Dean i jego
Porsche 550 Spyder z
numerem 130, w którym
zginął. Jeszcze kilka
francuskich filmów, jak
"As nad asy" Gerarda Oury z
Jean-Paul
Belmondo, na ekranie
pojawili się też Jean
Gabin, Brigitte
Bardot czy Jean
Reno, który w "Wielkim
błękicie" wcisnął
się do Fiata 500,
Jaguar XK 150
prezentował zaś
popularny niegdyś u nas
serial brytyjski
"Rewolwer i melonik",
wszystko okraszone
oczywiście odpowiednimi
samochodami. Wieczór
zmienia się już w noc,
na finał wszystkie
prezentowane samochody w
konkursie i przeglądzie
filmowym wykonują kilka
rund przed
publicznością, pierwszy
dzień Festiwalu dobiega
końca... 


Ciąg dalszy,
czyli dzień drugi
Festiwalu w Miluzie >>>
* - Biplace to po prostu
określenie samochodu
dwumiejscowego.
** - tu słowa wyjaśnienia
dla młodych czytelników:
książka telefoniczna to
nie spis numerów w
telefonie komórkowym ani
lista kontaktów w
komunikatorze
internetowym, to gruba,
ciężka, a przede
wszystkim papierowa
księga zawierająca
numery telefonów
stacjonarnych abonentów
danego miasta.
*** - Vis-a-vis to
określenie nadwozia, w
którym dwie kanapy
zwrócone są przodem do
siebie.