AUTO MOTOR I SPORT: SAMOCHODEM PRZEZ KONTYNENT

      SIEDMIU WSPANIAŁYCH I ONA JEDNA

      Ta opowieść powinna zainteresować miłośników samochodów i westernów. Tytułowi „wspaniali" to kierowcy antycznych automobili z Polski, a ta jedna - to transkontynentalna droga, przecinająca całe Stany Zjednoczone Ameryki Północnej,

legendarna 66...
      Tym szlakiem jechali na Zachód pierwsi osadnicy, ale wtedy nie była to jeszcze Route 66. Budowę pierwszej drogi rozpoczęto w 1926 roku, niespełna 70 lat temu, ukończono w połowie lat trzydziestych. Liczy ona 2.448 mil (4 tys. km). Kiedy ta szosa (bo autostrada nie jest tu stosownym określeniem) zaczęła obrastać legendą? Właściwie niedługo po ukończeniu, już w połowie lat trzydziestych. John Steinbeck nazwał ją w "Gronach Gniewu" drogą-matką. Potem do narodowej kultury i masowej świadomości wprowadzały ją piosenki, z "Road sixty six" Nat King Cola na czele. W mentalności amerykańskiej droga, i do tego droga na zachód pożerająca tak ogromne (przestrzenie, już sama w sobie jest czymś niezmiernie romantycznym. Przypomnijmy, że spory rozdział kina amerykańskiego, od "Znikającego punktu" począwszy, traktuje o szosie i samochodzie. I w tej opowieści, jak we wspomnianym filmie Kowalsky, nie mniej ważnymi bohaterami są

Polacy za kierownicą
      CAAR - międzynarodowe stowarzyszenie stawiające sobie za cel organizowanie ambitnych, bo z reguły długodystansowych i trudnych, imprez rajdowych dla starych samochodów ma - jak już pisaliśmy - swój oddział w Polsce.
      Na Nowy Kontynent popłynęło siedem naszych samochodów: Land Rover i DKW z Warszawy, Fiat 514 z Poznania, BMW Dixi z Opola, Triumph Spitfire ze Świętochłowic, MGB z Lublina i Renault Caravelle z Częstochowy. Granicą wieku był - nie przez przypadek - rocznik 1966, pojemność silników nie limitowana. Jak się okazało, dla najstarszych automobili (Dixi i "dekawka") dysponujących silnikami 15-18-konnymi dłuższe etapy były mordercze. Początek jednak zapowiadał się nieźle. Udało się dobrać załodze jednakowe ubiory, stosowną liczbę proporczyków w barwach narodowych. Sponsorzy okazali się niezbyt hojni (choć były chlubne wyjątki). Rozsądni argumentowali, że nie zamierzają zdobywać rynku amerykańskiego. Inni - pukali się w czoło słysząc o przedsięwzięciu. Podobny punkt widzenia zaprezentował konsul amerykański w Krakowie. Tym, którzy tam składali podania o wizę powiedział, że różne głupie bajeczki już słyszał, ale tak naiwnej to jeszcze nie... W końcu wszystko było dopięte na ostatni guzik, ugadana firma, która po kosztach własnych miała dowieźć z Warszawy cenne wehikuły na statek. Spitfire jechał już szosą katowicką do stolicy, kiedy, koło Radomska, pękł wał korbowy. Tomasz Skrzeliński miał na szczęście takie same auto, ale do remontu. Właściciel i pan Tomasz naprawiali i przekładali silnik dwie noce, trzecią gonili uczestników, dopadli wreszcie lorę w kolejce na granicy.
      Kierowcy i samochody spotkali się dopiero w Baltimore. Potem był Waszyngton i uroczysta parada przed Białym Domem, z tłumkiem gapiów, kamerami, mikrofonami. Polacy w (prawie) lotniczych kurtkach, białych szalikach, a przede wszystkim w swoich wspaniałych maszynach prezentowali się zabójczo. Towarzysząca ekipie biało-czerwona flaga, tudzież zapowiedzi w prasie polonijnej sprawiały, że wszędzie kibicowali im najwierniej i najofiarniej

Polonusi
      Najpierw zostali "wymachani" już na pierwszym etapie, z Waszyngtonu do Chicago, przez grupę Polaków z Kanady. Jeden z przybyłych na trasę nie poprzestał na uściskach i zamiast na chwilę został z nimi na trzy tygodnie - do mety w Santa Monica. W Chicago czekało zaproszenie do Domu Podhalan. Polacy śpiesząc na przyjęcie byle jak rozbili się na kempingu. Po powrocie zastali namioty spłukane przez ulewę, rzeczy przemoknięte i brak perspektyw na przyzwoity nocleg. Byli za to wybankietowani, wyściskani i zaopatrzeni w wałówkę, którą pożywiło się jeszcze rano pozostałych 130 załóg. Przed właściwym startem ustawiono na chicagowskim bulwarze wszystkie (136) antyczne pojazdy, wraz z dwoma setkami amerykańskich zabytków samochodowych.
      Staruszki samochodowe mają wszakże to do siebie, że

często się sypią
      "Dekawka" Tomasza Skrzelińskiego protestowała za każdym razem, gdy widziała góry, więc już pierwszy etap (Appalachy) pokonywała niechętnie, z prędkością 15 km/h. Z kolei Holender, komandor rajdu, już na wstępie stwierdził, że hamować może co najwyżej siłą woli, bo ciśniecie na pedał pozostaje bez rezultatów. Niestety, wtedy też podjęto decyzję o wyeliminowaniu Fiata 514 z dalszej jazdy. Skrzynia biegów była w takim stanie, że rokowała przejechanie co najwyżej paru setek kilometrów, a nie kilku tysięcy. Załoga polskiego Fiata przesiadła się do innych samochodów.
      Tomasz Skrzeliński wiózł ze sobą kompletny silnik zapasowy do DKW tudzież parę innych podzespołów i jak się okazało nie było to głupie, gdyż mniej więcej na półmetku silnik się zatarł. Wymiana, dzięki zapobiegliwości, nie była kłopotliwa. O ile jednak przy pierwszym silniku samochód trzeba było lekko popchnąć, a potem toczył się już gładko, przy drugim - choć "dekawka" zapalała - pchać trzeba było wytrwałej, ze względu na prąd rozruchu. Kondycyjnie nie wytrzymało Renault Caravelle z Częstochowy. Podczas uciążliwego podjazdu w Arizonie rozlutowała się chłodnica. Kolejna polska załoga musiała szukać wolnych miejsc w innych samochodach.
      Etapy miały średnio po 300 - 360 km długości (rekordowy - 600), starsze samochody musiały wyjeżdżać bladym świtem i mimo bezustannej jazdy ledwo za dnia docierały na miejsce noclegu. Nie wszystkie amerykańskie kempingi są luksusowe. Ponieważ mieszkańcy tego kraju podróżują wielkimi "mobil-home" lub samochodami ciągnącymi przyczepy (czy naczepy) wyposażone we wszelkie wygody, na postój wystarczy im byle placyk z podłączeniami do wody i prądu. Uczestnicy rajdu mieli w wyposażeniu skromne namioty, których rozbicie nie było często łatwe na nierównym lub kamienistym podłożu. Polom biwakowym nie zawsze towarzyszyły przyzwoite sanitariaty czy prysznice. Na jednym z noclegów w Teksasie - polu nad wyschniętym jeziorem - musieli dokonywać ablucji w paru litrach wody wiezionej jako zapas do chłodnic. Wszystko jednak (rekompensowały wspaniałe krajobrazy okolic, przez które przebiegał rajd i sympatyczne spotkania po drodze. Droga 66 na długich odcinkach była akurat taka, jak na reklamie Golden Americanów –

cała w złocie i czerwieni
      Taki był krajobraz płaskowyżu Wielkiej Równiny (1,5 - 2 tys. metrów npm.), na którym leży Teksas, Nowy Meksyk, Oklahoma. W mieście Indian, Anadarko czekało ich wspaniałe spotkanie z Komańczami ubranymi w odświętne stroje. Rajdowcy zostali wciągnięci do wspólnej zabawy i z całym namaszczeniem odtańczyli taniec węża i taniec bawołu. Bardzo szybki taniec wody ognistej można było zatańczyć dopiero po wzmocnieniu się takową, co jeszcze polepszyło polsko-indiańskie stosunki. Imponujący wódz rozpromienił się po otrzymaniu znaczka i proporczyka Automobilklubu Polskiego. Kontuzjowany po wypadku Stanisław Tobiasz odzyskał werwę po ozdobieniu przez Indian jego cylindra specjalnym talizmanem. Nawajowie obwozili ich po Monument Yalley, księżycowej w nastroju okolicy skał wyrzeźbionych w przedziwne formy przez wiatr.
      Nastrój jak z westernów tworzyli nie tylko Indianie. Miasteczka wyrosłe przy Route 66 przypominają filmowe dekoracje. Niektóre z nich są rzeczywiście osadami dla turystów, z saloonami, wozami traperskimi, warsztatami siodlarskimi, sklepami, gdzie teraz kupuje się pamiątki z "dzikiego zachodu". Kiedyś zajechali do osady zamieszkanej przez kilkadziesiąt osób. Drewniane chodniki, przechodnie z coltami u boku, wydawałoby się, że zaraz z saloonu wyjdzie John Wayne. Konrad z Land Roveru zaczepił rosłego kowboja z pytaniem, czy zechce pozować do zdjęcia i ile za to weźmie. Facet spojrzał na niego z góry, wyciągnął z kieszeni zawiniątko i pokazał spory samorodek złota. Okazało się, że to autentyczna osada poszukiwaczy żółtego kruszcu. Niesamowite wrażenie zrobiło opuszczone miasto poszukiwaczy srebra, Calico, położone wysoko na stoku góry. Srebro się skończyło i wszyscy wyjechali, pozostały martwe domy i ulice.
      Taka właśnie jest Route 66, gdzie - wydawałoby się - jeszcze wczoraj toczyło się całkiem odmienne życie. Amerykanie mają swoje stanowe kluby fanów tej drogi w stylu retro, gromadzą stare szyldy, znaki drogowe, pamiątki.
      Po południu jazda "66" jest jazdą wprost ku słońcu. To oślepiające, ciągle wiszące nad horyzontem słońce stało się przyczyną poważnej

kraksy
      Holendrzy jadący DKW trzymali się lewego pasa, ponieważ niebawem mieli skręcać. Kierowca pędzącej lewym pasem ciężarówki, oślepiony słońcem, nie zauważył wolno toczącego się auta i dosłownie je staranował. Natychmiast potem uciekł, co jest normalne, jeśli sprawca wypadku jest nie ubezpieczony. Uczestnicy rajdu byli ubezpieczeni (od każdego ściągnięto na ten cel po 400 USD), ale zwrot kosztów można było uzyskać dopiero po powrocie do Holandii. Pomoc lekarska była niezbędna natychmiast: pasażera wyrzuciło z auta, miał złamaną w trzech miejscach nogę i wstrząśnienie mózgu.
      Jeśli można mówić o szczęściu w nieszczęściu, to mieli je Polacy z BMW Dixi. Na najdłuższy (600 km) etap wystartowali rankiem grubo ubrani, bo temperatura nie była wysoka. Amerykański krążownik, którego kierowca zasnął po prostu po siedemnastogodzinnej jeździe non-stop, wpadł na leciwe Dixi. Pilot wyleciał z impetem, kabriolet przekoziołkował kilka razy wraz z kierowcą, który skulił się chowając głowę. Polską załogę uratowało grube ubranie. Skończyło się na obtarciach i zszywaniu głowy kierowcy, BMW do dalszej jazdy się już nie nadawało. Stanisław Tobiasz miał o tyle więcej szczęścia od Holendra, że współuczestnik kolizji nie uciekł, posiadał polisę i wszystkie koszty związane z wypadkiem zostały od razu pokryte. Wypłacono odszkodowanie za skasowany samochód, wynajęto Polakom na dalszą drogę nowoczesną limuzynę, opłacono koszty leczenia (4 godziny w szpitalu dla dwóch osób - półtora tysiąca dolarów), zrekompensowano straty moralne. Czek był pokaźny, ale kolejna polska załoga wypadła z rajdu... Tymczasem rajd pędził coraz

bliżej cywilizacji
      Las Vegas, miasto na pustyni, kapie bogactwem. Rano hotele w bajkowych kształtach wydawały się po prostu dziwaczne: piramida ze sfinksem, eklektyczne zameczki. Dopiero wieczorem w feerii świateł Las Vegas olśniewa. Wszystko wibruje gorączką hazardu; kasyno jest w każdym hotelu, w każdym holu stoją rzędy "jednorękich bandytów", zbiorowe szaleństwo. W Las Vegas się nie tylko gra: także żeni i rozwodzi. Zgodnie z tą tradycją wszystkie załogi świadkowały trzem rajdowym parom (austriackiej i dwóm niemieckim) na uroczystym ślubie. Niekłamaną przyjemność sprawiła uczestnikom wyprawy wizyta u właściciela jednego z kasyn, który zostawianą przez hazardzistów gotówkę lokuje w... kolekcję starych samochodów: 600 automobili, z czego 200 eksponuje.
      Ostatni odcinek - krótki, bo zaledwie 100 km - okazał się najbardziej uciążliwy. Na starej szosie zatrzymywały ich co kilkaset metrów światła. Tomasz Skrzeliński, znużony tą "czkawką", uciekł na biegnącą równolegle sześciopasową autostradę. Wszystkie pasy ruchu były zatłoczone pędzącymi samochodami, DKW ze swoimi 17 koniami pod maską co chwilę musiała umykać na pas awaryjny. W walce o przetrwanie na autostradzie zatracił poczucie czasu. I kiedy już chciał zjechać na bok i się poddać, okazało się, że kilkaset metrów dalej była

meta
      Usytuowano ją na długim, wchodzącym w Pacyfik molo, w Santa Monica. Rajd ukończyły cztery polskie załogi: w MGB, Triumph Spitfire, Land Rover i DKW (rocznik 1934 - najstarszy z trójki). Załadowano je na statek wraz z innymi i odpłynęły ku starej Europie. Spieszone załogi zostały nagrodzone atrakcjami, jakie oferuje tylko zachodnie wybrzeże Ameryki. Bulwar Gwiazd w Hollywood, Studio Universal, pokazy kaskaderów, wreszcie Disneyland - czekały na nich na końcu starej drogi. Drogi, której nie ma już na mapie, dawno została zdublowana nowoczesnymi arteriami.

LILIANA OLCHOWIK