Ta opowieść powinna zainteresować miłośników samochodów i westernów. Tytułowi „wspaniali" to kierowcy antycznych automobili z Polski, a ta jedna - to transkontynentalna droga, przecinająca całe Stany Zjednoczone Ameryki Północnej,
Na Nowy Kontynent popłynęło siedem naszych samochodów: Land Rover i DKW z Warszawy, Fiat 514 z Poznania, BMW Dixi z Opola, Triumph Spitfire ze Świętochłowic, MGB z Lublina i Renault Caravelle z Częstochowy. Granicą wieku był - nie przez przypadek - rocznik 1966, pojemność silników nie limitowana. Jak się okazało, dla najstarszych automobili (Dixi i "dekawka") dysponujących silnikami 15-18-konnymi dłuższe etapy były mordercze. Początek jednak zapowiadał się nieźle. Udało się dobrać załodze jednakowe ubiory, stosowną liczbę proporczyków w barwach narodowych. Sponsorzy okazali się niezbyt hojni (choć były chlubne wyjątki). Rozsądni argumentowali, że nie zamierzają zdobywać rynku amerykańskiego. Inni - pukali się w czoło słysząc o przedsięwzięciu. Podobny punkt widzenia zaprezentował konsul amerykański w Krakowie. Tym, którzy tam składali podania o wizę powiedział, że różne głupie bajeczki już słyszał, ale tak naiwnej to jeszcze nie... W końcu wszystko było dopięte na ostatni guzik, ugadana firma, która po kosztach własnych miała dowieźć z Warszawy cenne wehikuły na statek. Spitfire jechał już szosą katowicką do stolicy, kiedy, koło Radomska, pękł wał korbowy. Tomasz Skrzeliński miał na szczęście takie same auto, ale do remontu. Właściciel i pan Tomasz naprawiali i przekładali silnik dwie noce, trzecią gonili uczestników, dopadli wreszcie lorę w kolejce na granicy.
Kierowcy i samochody spotkali się dopiero w Baltimore. Potem był Waszyngton i uroczysta parada przed Białym Domem, z tłumkiem gapiów, kamerami, mikrofonami. Polacy w (prawie) lotniczych kurtkach, białych szalikach, a przede wszystkim w swoich wspaniałych maszynach prezentowali się zabójczo. Towarzysząca ekipie biało-czerwona flaga, tudzież zapowiedzi w prasie polonijnej sprawiały, że wszędzie kibicowali im najwierniej i najofiarniej
Staruszki samochodowe mają wszakże to do siebie, że
Tomasz Skrzeliński wiózł ze sobą kompletny silnik zapasowy do DKW tudzież parę innych podzespołów i jak się okazało nie było to głupie, gdyż mniej więcej na półmetku silnik się zatarł. Wymiana, dzięki zapobiegliwości, nie była kłopotliwa. O ile jednak przy pierwszym silniku samochód trzeba było lekko popchnąć, a potem toczył się już gładko, przy drugim - choć "dekawka" zapalała - pchać trzeba było wytrwałej, ze względu na prąd rozruchu. Kondycyjnie nie wytrzymało Renault Caravelle z Częstochowy. Podczas uciążliwego podjazdu w Arizonie rozlutowała się chłodnica. Kolejna polska załoga musiała szukać wolnych miejsc w innych samochodach.
Etapy miały średnio po 300 - 360 km długości (rekordowy - 600), starsze samochody musiały wyjeżdżać bladym świtem i mimo bezustannej jazdy ledwo za dnia docierały na miejsce noclegu. Nie wszystkie amerykańskie kempingi są luksusowe. Ponieważ mieszkańcy tego kraju podróżują wielkimi "mobil-home" lub samochodami ciągnącymi przyczepy (czy naczepy) wyposażone we wszelkie wygody, na postój wystarczy im byle placyk z podłączeniami do wody i prądu. Uczestnicy rajdu mieli w wyposażeniu skromne namioty, których rozbicie nie było często łatwe na nierównym lub kamienistym podłożu. Polom biwakowym nie zawsze towarzyszyły przyzwoite sanitariaty czy prysznice. Na jednym z noclegów w Teksasie - polu nad wyschniętym jeziorem - musieli dokonywać ablucji w paru litrach wody wiezionej jako zapas do chłodnic. Wszystko jednak (rekompensowały wspaniałe krajobrazy okolic, przez które przebiegał rajd i sympatyczne spotkania po drodze. Droga 66 na długich odcinkach była akurat taka, jak na reklamie Golden Americanów –
Nastrój jak z westernów tworzyli nie tylko Indianie. Miasteczka wyrosłe przy Route 66 przypominają filmowe dekoracje. Niektóre z nich są rzeczywiście osadami dla turystów, z saloonami, wozami traperskimi, warsztatami siodlarskimi, sklepami, gdzie teraz kupuje się pamiątki z "dzikiego zachodu". Kiedyś zajechali do osady zamieszkanej przez kilkadziesiąt osób. Drewniane chodniki, przechodnie z coltami u boku, wydawałoby się, że zaraz z saloonu wyjdzie John Wayne. Konrad z Land Roveru zaczepił rosłego kowboja z pytaniem, czy zechce pozować do zdjęcia i ile za to weźmie. Facet spojrzał na niego z góry, wyciągnął z kieszeni zawiniątko i pokazał spory samorodek złota. Okazało się, że to autentyczna osada poszukiwaczy żółtego kruszcu. Niesamowite wrażenie zrobiło opuszczone miasto poszukiwaczy srebra, Calico, położone wysoko na stoku góry. Srebro się skończyło i wszyscy wyjechali, pozostały martwe domy i ulice.
Taka właśnie jest Route 66, gdzie - wydawałoby się - jeszcze wczoraj toczyło się całkiem odmienne życie. Amerykanie mają swoje stanowe kluby fanów tej drogi w stylu retro, gromadzą stare szyldy, znaki drogowe, pamiątki.
Po południu jazda "66" jest jazdą wprost ku słońcu. To oślepiające, ciągle wiszące nad horyzontem słońce stało się przyczyną poważnej
Jeśli można mówić o szczęściu w nieszczęściu, to mieli je Polacy z BMW Dixi. Na najdłuższy (600 km) etap wystartowali rankiem grubo ubrani, bo temperatura nie była wysoka. Amerykański krążownik, którego kierowca zasnął po prostu po siedemnastogodzinnej jeździe non-stop, wpadł na leciwe Dixi. Pilot wyleciał z impetem, kabriolet przekoziołkował kilka razy wraz z kierowcą, który skulił się chowając głowę. Polską załogę uratowało grube ubranie. Skończyło się na obtarciach i zszywaniu głowy kierowcy, BMW do dalszej jazdy się już nie nadawało. Stanisław Tobiasz miał o tyle więcej szczęścia od Holendra, że współuczestnik kolizji nie uciekł, posiadał polisę i wszystkie koszty związane z wypadkiem zostały od razu pokryte. Wypłacono odszkodowanie za skasowany samochód, wynajęto Polakom na dalszą drogę nowoczesną limuzynę, opłacono koszty leczenia (4 godziny w szpitalu dla dwóch osób - półtora tysiąca dolarów), zrekompensowano straty moralne. Czek był pokaźny, ale kolejna polska załoga wypadła z rajdu... Tymczasem rajd pędził coraz
Ostatni odcinek - krótki, bo zaledwie 100 km - okazał się najbardziej uciążliwy. Na starej szosie zatrzymywały ich co kilkaset metrów światła. Tomasz Skrzeliński, znużony tą "czkawką", uciekł na biegnącą równolegle sześciopasową autostradę. Wszystkie pasy ruchu były zatłoczone pędzącymi samochodami, DKW ze swoimi 17 koniami pod maską co chwilę musiała umykać na pas awaryjny. W walce o przetrwanie na autostradzie zatracił poczucie czasu. I kiedy już chciał zjechać na bok i się poddać, okazało się, że kilkaset metrów dalej była