Tomasz Skrzeliński będąc młodym człowiekiem miał dwie pasje, elektronika i samochody. Po ukończeniu wydziału elektroniki Technologii Elektronowej na Politechnice Warszawskiej Skrzeliński rozpoczął karierę młodego inżyniera w fabryce półprzewodników TEWA. Po kilku latach doszedł do wniosku, że trzeba skorzystać z drugiej pasji, która w nim tkwiła, czyli zamiłowania do „starej" motoryzacji. To właśnie ona wypełniła życie Tomasza Skrzelińskiego i do dziś jest esencją jego życia.
Pojazdem marki DKW - samochodem o bardzo dziwnej karoserii, objechał pół świata, odwiedzając Moskwę, Paryż, Helsinki, Wiedeń a nawet Waszyngton, Chicago i Los Angeles gdzie tańczył z Indianami przy swojej DKW-ce.
Rozkwitająca pasja
Początkowo Skrzeliński pracował w Państwowym Instytucie Elektroniki jako konsultant. Miał pensję dosyć wysoką jak na tamte czasy, ale rzemiosło pozwalało złapać świeży oddech i tak zaczął się powoli przestawiać. W czasie zimy stulecia 1978/1979r wieczorami przesiadywał w garażu i dorabiał majsterkowaniem. Potem przyszedł czas na podjęcie ostatecznej decyzji. Skrzeliński na stałe pożegnał się z firmą państwową i zaczął realizować swoje marzenia. Przez mniej więcej 10 lat prowadził własną firmę w Chylicach, zajmując się specjalistycznymi układami paliwowymi. Wtedy były to dobre czasy, benzyna była na kartki, urządzano wspaniałe rajdy, w których walczono o każdą kropelkę wykorzystując nasze polskie konstrukcje. Skrzeliński miał kilka swoich patentów. Część rajdów nawet wygrywał np. zmniejszając w Polonezie zużycie paliwa do 5l/100km co było wręcz niewiarygodne. Potem przeszedł na „swoje" i tak od 10 lat prowadzi warsztat samochodowy w Piasecznie przy ulicy Geodetów 39.
- W zasadzie kontynuuję to samo czyli wszelkie sprawy związane z ekonomią jazdy -mówi Tomasz Skrzeliński. - Ja to nazywam optymalizacją zużycia paliwa. Oczywiście w międzyczasie weszły wtryski - tutaj jest już trochę elektroniki, która pomaga. Pojawia się coraz trudniejsze oprzyrządowanie, coraz większa specjalizacja. A ja wracani do korzeni motoryzacyjnych czyli do starych pojazdów, które są pasją ludzi w różnym wieku i starszych, i młodszych.
Szczęśliwa siódemka
Będąc jedynym Polakiem, uczestnikiem rajdu mającego stuletnią tradycję Londyn-Brighton, Skrzeliński obserwował dosyć dziwne zjawisko - starsi, bogaci panowie, przesiadają się w coraz droższe i coraz bardziej wiekowe samochody, którymi się ścigają.
- Bardzo jestem dumny z udziału w tym rajdzie, bo to jest jedyne tego typu przeżycie - wspomina Skrzeliński. - Startowałem tam ze szczęśliwym numerem 7, a z numerem 162, 163, (bo było 500 zawodników), startowała cała rodzina Rothschildów.
Skrzeliński jest także założycielem kilku klubów samochodowych. Aktualnie prowadzi Klub Pojazdów Zabytkowych Fundacji Ochrony Zabytków Militarnych. Zabytki militarne to nie tylko forty, armaty ale i pojazdy militarne. - Od pięciu lat prowadząc ten klub pomagam, a wręcz wyręczam Polski Związek Motorowy, który reprezentując całą motoryzację w czasach siermiężnej komuny znajdował fantazje i pieniądze na to żeby polscy kolekcjonerzy wyjeżdżali nawiązując kontakty międzynarodowe. Teraz powiedział – koniec, szlaban. Dajcie sobie radę sami. Moim zadaniem jest organizacja takkich imprez oraz poszukiwanie sponsorów, bo z tym jest zawsze największy problem – opowiada Skrzeliński. - W ubiegłym roku poprowadziłem polską reprezentację na trzy imprezy zagraniczne.
Rajd militarny śladami gen. Maczka
- Pierwszą była impreza pojazdów militarnych, w której wzięły udział i pojazdy wojskowe z chłopcami mundurach dopasowanych stylem do samochodów - wspomina Skrzeliński. -Tak więc Sokołem jechał żołnierz polski sprzed drugiej wojny światowej, alianci jechali mundurach armii polskiej Willisami, jechali również żołnierze radzieccy Czapajewami czyli Gazami. Wszyscy wyruszyliśmy szlakiem bohatera narodowego gen. Maczka, który rozpoczął kampanię wrześniową i prowadził ją do końca. Była to pierwsza w Polsce zmotoryzowana brygada kawalerii. Przejechaliśmy w polskich mundurach cały szlak, który wiódł również przez obecną Ukrainę. Proszę sobie wyobrazić, że l-go maja chłopcy w Polskich mundurach paradowali po Lwowie. Pszeszli Karpaty Wschodnie docierając aż do ówczesnej granicy Węgier, gdzie pułkownik Maczek zakończył swój szlak bojowy będąc internowanym.
Ferrari aż po horyzont
Druga impreza to rajd „samochodów marzeń" wokół Zagłębia Ruhry koło Dusseldorfu. „Samochody marzeń" były tak zróżnicowane jak marzenia kierowców. Jedni śnią o samochodach typu Rolls-Royce, Jaguar czy Ferrari, a drudzy marzą o samochodach typu Warszawa, Mikrus.
- Pojechaliśmy tam pięcioma samochodami zabytkowymi były to: Opel Adam T4 z 1924 r., Mercedes 200 z 1934, NSU-Fiat roadster z 1939, ja oczywiście pojechałem DKW-ką z 1934 r. z którą się nigdy nie rozstaję - opowiada Skrzeliński.
- Prawdziwą furorę zrobił Plymouth z 1933 r. - iście gangsterski samochód. Kierowca i pasażer ubrali się w gangsterskie stroje, straszyli obrzynem wystającym spod pachy, zachowywali się jak bandyci z lat 40-tych, pijąc szampana z butelki, strasząc zdezorientowane, niemieckie kelnerki. Drugiego dnia przez Koningsallee przejechało w sumie 400 samochodów marzeń. Udało mi się wejść w kolumnę samochodów Ferrari, która ciągnęła się aż po horyzont. Nie zabrakło też marek typu Viper, przeważały samochody europejskich kolekcjonerów, przede wszystkim Niemców ale również Francuzów i Holendrów.
Nie zabrakło także Polaków. Osobiście dekorowałem burmistrza Dusseldorfu polskim szalikiem z napisem „Reprezentacja Polski".
Samochód, na który nie stać króla
Trzecią imprezą była wyprawa do Mulhouse, która dla motoryzacji jest jak Mekka dla muzułmanina. Wśród licznych muzeów znajduje się tam największe na świecie muzeum motoryzacji. W Alzacji znajduje się muzeum, które istnieje od niedawna dzięki nieprawdopodobnej pasji dwóch braci Schlumpf, którzy postanowili zdobyć wszystkie zachowane Bugatti na świecie. Płacili za nie bajońskie sumy na skutek czego zbankrutowali, a muzeum zostało upaństwowione. Jeśli ktoś chciałby zobaczyć piękne samochody to musi tam koniecznie pojechać. W ramach czwartej imprezy poprowadzonej przez Skrzelińskiego polscy kolekcjonerzy zostali tam zaproszeni po raz pierwszy, żeby pokazać pojazdy zabytkowe z Polski.
- To była dla nas ogromna nobilitacja, ponieważ tam już jadą najlepsi z najlepszych - opowiada z dumą Skrzeliński. - Z Polski wyjechaliśmy ośmioma pięknymi samochodami, wszystkich przyjechało siedemset plus pięćset z muzeum. Była to nie lada gratka dla polskiego kolekcjonera. Bardzo dobrze się tam zaprezentowaliśmy i dzięki temu Francuzi przysłali nam zwrot kosztów. W tym roku mamy zaproszenie, żeby pokazać polską motoryzację na Międzynarodowym Forum. W związku z tym pojawią się na tym zjeździe Syreny, Warszawy, Mikrusy, a może Meduzy, Ogary i Warsy.
Rozmawiam w tej chwili z Daewoo FSO, aby mogły ujrzeć światło dzienne także pojazdy, które pojawiły się w wersjach studyjnych. Na pewno będziemy chcieli pokazać tam samochód marki Beskid, który swoją linią jedno-bryłowego samochodu przypomina albo Renault-Twingo albo Mercedesa klasy A. Mam zdjęcia gdzie te samochody stoją obok siebie i są do siebie bardzo podobne z tym, że Beskid został stworzony 12 lat wcześniej. Jego prototyp powstał w 83 czy 84 roku. Aby dowiedzieć się czegoś więcej zapraszam na stworzoną przeze mnie stronę internetową www.skrzelinski.com.
Jeżdżąc po świecie udało mi się skompletować kilkanaście tysięcy fotografii starych samochodów. Załóżmy, że 80% jest do wyrzucenia, ale pozostałe 20% to zdjęcia np. pierwszego na świecie samochodu, motocykla, samochodów, które wygrywały najsławniejsze wyścigi i rajdy świata, np. Bugatti-Royal którego król Hiszpański zamówił ale nie kupił bo samochód był dla niego za drogi, w związku z tym Ettore Bugatti przerobił go i wziął dla siebie mówiąc słowa: „ja biorę ten samochód, bo ciebie królu nie stać".
Niechciany Cadillac
- Miałem przygodę gdy jechaliśmy przez USA siedmioma starymi samochodami, opowiada Skrzeliński. -Spotkał nas „Polonus" z Kanady, od którego jako szef klubu dostałem samochód marki Cadillac rocznik 60 - charakterystyczny model ze skrzydłami, bardzo poszukiwany na całym świecie. Wróciliśmy do Polski ośmioma samochodami.
Celnicy oczywiście nas puścili, schody zaczęły się przy próbie legalizacji Cadillaca na Okęciu. „Skąd pan się tutaj wziął? „Kto pana tutaj wpuścił?" - pytano. - „Musi pan szybko opuścić Polskę". - Postanowiłem jednak walczyć, i tak po dziewiętnastu miesiącach starań, przy współpracy z mediami udało mi się przetrzeć ścieżkę. Od tamtej pory zaczęto zabytki samochodowe traktować nie jako stare pojazdy, lecz jako przedmioty kolekcjonerskie. Działając w Stowarzyszeniu Rzeczoznawców Techniki Samochodowej, gdzie opiniuję takie samochody, pomagam sprowadzać kolekcjonerom bardzo stare i wyjątkowo interesujące egzemplarze. Udało nam się spowodować, aby pojazdy zabytkowe mogły legalnie jeździć po naszych drogach, a te najbardziej zasłużone otrzymały żółte tablice rejestracyjne.
Samochody mogące być zaliczone do klasy zabytków muszą mieć minimum 25 lat. Oczywiście masowo produkowane Golfy I, „małe” i „duże” Fiaty z lat 70-tych, mimo swego wieku nie są dla kolekcjonera ciekawymi i unikatowymi autami zabytkowymi. Takie samochody wpisuje się do rejestru wszelkich zabytków, w klasie zabytków ruchomych. Dzięki temu ich właściciele dostają ulgi podatkowe, a samochód nie musi przechodzić corocznych przeglądów technicznych.
Bryczka bez konia
W starych zapiskach Tomasz Skrzeliński znalazł informację, że w 1896r. warszawski przemysłowiec Grodzki sprowadził do kraju, coś co było „bryczką bez konia” czyli samochodem. Grodzki nauczył się jeździć tym urządzeniem i wpadł na pomysł, że pojedzie do Francji i wystartuje w europejskim rajdzie Paryż-Dieppe. Niestety podróż przedłużyła mu się z planowanych piętnastu na siedemnaście dni. Grodzki nie zdążył więc na rozpoczęcie rajdu, ale i tak przeszedł do historii jako pierwszy w Polsce kierowca i rajdowiec.
- Postanowiliśmy powtórzy ten wyczyn - opowiada Skrzeliński. - Szukaliśmy po całym świecie dokumentacji tego samochodu gdyż mój przyjaciel zaoferował się, że zbuduje jego replikę. Udało mi się znaleźć identyczny, oryginalny pojazd marki Peugeot-9 z 1896r, a z dokumentów znalezionych we francuskiej fabryce wynikało, że samochód znaleziony przez nas jest nawet dwa miesiące starszy od samochodu pana Grodzkiego. Obecnie znajduje się on w Australii u dosyć bogatego kolekcjonera, którego dość długo namawiałem na przyjazd do Europy z okazji zbliżającego się stulecia motoryzacji.
W końcu mi się udało, ale zastrzegłem sobie że na rajdzie Londyn-Brighton pojadę osobiście. Tak też się stało. O godzinie piątej rano w Hyde Parku wynurzyło się z mgły blisko 500 zabytków światowej motoryzacji - to jest niezapomniane wrażenie. Samochody startowały w co dwie minuty, dziesiątkami, według wieku. Znalazłem się w pierwszej dziesiątce, kierując w pełni oryginalnym pojazdem z 1896 r., o fabrycznej mocy 3,5 KM, a faktycznej zapewne o połowę mniejszej. 100 kilometrów pokonaliśmy w ponad osiem godzin, ledwo zdążając przed zamknięciem trasy. Pod niektóre wzniesienia musieliśmy nawet pchać samochód, ale się udało i ukończyliśmy wyścig. Dwa lata temu pojechałem do wspomnianego Australijczyka. Mieszkałem w miejscowości Perth, gdzie miałem okazję każdego dnia jeździć innym, zabytkowym samochodem.
Przyjaźń z Beckerem
Firma AUTO BECKER specjalizuje się w sprzedaży najbardziej luksusowych pojazdów na świecie. Jest firmą prywatną i najlepszym przykładem niemieckiego cudu gospodarczego. Pierwszym właścicielem był były policjant, który w czasie wojny kierował ruchem. Po demobilizacji zaczął naprawiać rowery a potem samochody. Dziwnym trafem udało mu się nawiązać kontakt z Enzo Ferrari, po czym sprowadził kilka samochodów do Niemiec i sprzedał je. Dorobił się ogromnej fortuny. Po jego śmierci firmę przejął syn, obecnie posiadając ok. 4 tys. samochodów takich marek jak: Rolls-Royce, Ferrari, Jaguar, Lamborgini itp. Stacja obsługi objętością porównywalna jest do naszego Polmozbytu. Helmut Becker przyjechał do Polski w roku 1991, jako przedstawiciel niemieckiego small-biznesu. Organizatorzy tych spotkań zadzwonili do Skrzelińskiego, żeby Beckera, który niesamowicie interesował się starą motoryzacją, przewiózł po Warszawie.
- Pojechaliśmy dwoma samochodami z Hotelu Marriot pod Sejm na rozmowy, podczas których bardzo się zaprzyjaźniliśmy - wspomina Skrzeliński. -Okazało się, że Helmut Becker jest sponsorem rajdu Amsterdam-Moskwa. Zaproponował mi, że zasponsoruje wyjazd polskiej ekipy na ten rajd. Mało brakowało i nasza przyjaźń by się skończyła, bo tuż po wyjeździe z Amsterdamu z mojego silnika wyszedł bokiem wał korbowy. Udało mi się jednak naprawić szkody i cały rajd dogoniłem w Warszawie. Dzięki udziałowi w rajdzie zostałem reprezentantem technicznym na Polskę firmy Auto-Becker. Przy czym jest to bardzo symboliczne, ponieważ w Polsce nie ma zbyt dużego zapotrzebowania i handlu tego typu samochodami.
Niespodzianka w baku
Obecnie Tomasz Skrzeliński zajmuje się głównie optymalizacją zużycia paliwa. Trafiają do niego najtrudniejsze przypadki - gdy samochód nie chce zapalić, lub gdy zużywa zbyt dużo paliwa.
- Kiedyś trafił do mnie mercedes wysokiej klasy - opowiada Skrzeliński. - Został ściągnięty z zagranicy, po awanturach z celnikami, którzy uważali, że właściciel zapłacił za małe cło od wartości samochodu. Szybko okazało się, że samochód ma małą wadę - czasami nie chciał jechać. Po godzinie, czy dwóch postoju ruszał normalnie, ale jego przypadłość dawała o sobie znać na równi nieregularnie, co uporczywie. Nikt nie mógł znaleźć przyczyny tej uciążliwej usterki, wreszcie mercedes trafił do mojego warsztatu. Po tygodniu walki, kiedy sprawdziłem, że większość podzespołów jest sprawna sam wsiadłem do samochodu. Obstawiłem się miernikami i nagle patrzę - o nie ma paliwa! Rozebraliśmy cały układ paliwowy wyjmując m. in. zbiornik paliwa. W środku znaleźliśmy coś bardzo dziwnego. Po głębokiej analizie stwierdziliśmy, że była to prezerwatywa, którą prawdopodobnie złośliwy celnik wrzucił do zbiornika. Po tygodniu ciężkich poszukiwań na rachunku napisałem - „należność tysiąc zł za wyjęcie prezerwatywy ze zbiornika". Klient wstydził się przyjąć rachunek. Bardzo często autoryzowane stacje przysyłają mi auta z którymi nie mogą sobie poradzić.