|
|
TOMASZ SKRZELIŃSKI
(03.03, Warszawa) Tomasz Skrzeliński jest certyfikowanym
rzeczoznawcą techniki samochodowej i ruchu drogowego. Prowadzi stację
obsługi samochodów, w której sprawność i ducha odzyskują przede wszystkim
stare auta. Ma kilka zabytkowych pojazdów, w tym kolekcję londyńskich
piętrusów. Jest Prezesem Klubu Pojazdów Zabytkowych Fundacji Ochrony
Zabytków Militarnych. W kraju i za granicą bierze udział w licznych
rajdach pojazdów zabytkowych. Co dwa lata przewodzi polskiej ekipie na
rajdzie w Troyes w Szampanii. Niezłomnie promuje polską motoryzację,
prezentując ją m. in. na imprezach w Mulhouse, gdzie jest największe na
świecie muzeum automobili.
Jak został Pan kolekcjonerem starych pojazdów? 35 lat temu potrzebowałem czym jeździć. Kupiłem za
studenckie stypendium i korepetycje jakiś stary pojazd, troszkę nawet z
przyjaciółmi, bo nie byłem w stanie zrobić tego sam. I tak się zaczęła
zabawa, najpierw z motocyklem starym, który teraz misternie
odrestaurowałem. Rok później ze starym samochodem. Ponieważ ta zabawa
okazała się fantastyczna i łączyła ludzi nie tylko w Polsce, chociaż wtedy
za granicę ciężko było wyjechać. I jestem wierny tej zabawie do dziś.
Pierwszym motocyklem było DKW SB 350 z roku 1934, którym jeździłem łącznie
z przyjacielem na wakacje i ten motocykl doskonale się spisywał. Pierwszy
samochód kupiony też do spółki, to było BMW DIXI, z roku gdzieś 1930. Rok
później już spółka koledze się nie spodobała. W 1969 roku kupiłem samochód
DKW z piękną karoserią sportową, który to samochód mam do dzisiaj. Tym
samochodem objechałem pół świata na pewno, bo byłem w Paryżu i w Moskwie,
Berlinie, Wiedniu, Helsinkach, w Szwecji. Byłem również w USA przed Białym
Domem, w Chicago i na całej legendarnej Route-66 aż do Los Angeles.
Jak Pan wynajduje zabytkowe pojazdy? Takie naprawdę ciekawe niestety są nie do zdobycia w Polsce.
Trzeba ich szukać za granicą. Ale w dobie kontaktów i przyjaźni, internetu
- to jest łatwiejsze. Kiedyś szukało się u przysłowiowego chłopa w
stodole, albo jakąś szeptaną pocztą. Po wojnie pojazdów w Polsce było
bardzo mało. Były również bardzo dziwne akcje, typu „Akcja Posesja” czyli
czyszczenie ze wszystkiego podejrzanego złomu. Szczególnie złom był
podejrzany, jeśli miał dużą pojemność silnika. Wyjeżdżało to wszystko do
huty i tych pojazdów nie ma. Teraz konfrontujemy to z Europą i
stwierdzamy, że jesteśmy troszkę na końcu, chociaż rodzynki takie, jak się
uda znaleźć i odszykować, zadziwiają Europę.
Który ze swoich zabytków uważa Pan za
najcenniejszy? Myślę, że wspomnianą
dekawkę. To DKW z karoserią BMW-u przez pierwsze 17 lat stwarzało mi
problemy, bo to był, w żargonie mówiąc, „kundel”. Potem się okazało, że to
jest absolutny unikat, prototyp samochodu sportowego, karosowanego właśnie
przez firmę Ihle, a karoseria była założona na DKW, jako prototypowa
oferta. Pojazd nie był przez Niemców nigdy oglądany. Drugi taki egzemplarz
znajduje się w Holandii. Dzięki temu Niemcy kilkakrotnie zapraszali mnie
na piękne imprezy, żeby tylko ten pojazd pokazać, jest to w końcu ich
produkcja. Myślę, że sprawia mi to wielką satysfakcję. Oprócz tego wyczyny
tego samochodu, kiedy naprawdę na kołach przejechałem Amerykę, tańczyłem z
Indianami po drodze, pokazywałem ten samochód Polonusom, jadąc na polskiej
rejestracji z polską flagą przez Amerykę.
Czy jest jakiś samochód, który chciałby Pan mieć w swoim
garażu? Jest to samochód bliźniak
tego, który rozpoczął motoryzację w Polsce. Nie dość, że go widziałem, to
jeszcze nim jechałem. To ciekawa historia. Pierwszym pojazdem, który
pojawił się na ziemiach polskich był Peugeot, wyprodukowany w 1896 roku.
Już w 1897 roku pierwszy polski automobilista takim pojazdem przejechał
pierwszy rajd z Warszawy do Paryża. Taki pojazd został w Polsce
odbudowany, dzięki mojej współpracy, a robił go przyjaciel Juliusz
Siudziński z Warszawy. Z kolei właściciel takiego oryginalnego pojazdu
odnalazł się w Australii, udostępnił mi ten oryginalny pojazd, bliźniak
tego pierwszego polskiego. Przejechałem nim wspaniały rajd z Londynu do
Brighton. Sądzę, że taki pojazd, który dokumentuje początek polskiej
motoryzacji, powinien się w Polsce znaleźć. Na razie tylko replika stoi w
Muzeum Techniki.
Pomaga Pan także innym kolekcjonerom. Co obecnie jest dla
kolekcjonera najtrudniejsze w Polsce? Rzeczywiście, jestem rzeczoznawcą samochodowym swoje
doświadczenia sprzedaję, przekazuję. Tych problemów jest mnóstwo.
Rejestracja pojazdów, już nie tylko takich, które się znajdują na
śmietniku, które nie mają w ogóle dokumentów, ale wszelkie procedury
związane z zarejestrowaniem normalnym, albo zarejestrowaniem na tzw.
żółtych tablicach rejestracyjnych. Te tablice mają wyróżniać zabytkowe
samochody z tłumu normalnych samochodów jeżdżących po szosie. Tym niemniej
są pewne procedury, wpisywanie ich do rejestru zabytków, opisy techniczne,
jest to dosyć trudne. Czasem potrzebna jest pomoc, jak choćby przed
chwilą. Godzinna prawie interwencja, kilka telefonów i kolekcjoner, który
z dokumentami w ręku nie wiedział co dalej zrobić, chyba jest zadowolony,
chyba żeśmy mu pomogli. Większość z tych problemów i procedur, wraz ze
wspomnieniami z rajdów, opisuję potem na swojej stronie internetowej. (www.skrzelinski.com)
Ostatnio przepisy nie pozwalają wyrejestrować pojazdu bez oddania
na złom. Czy obecne przepisy nie powodują, że wiele zabytków znika
bezpowrotnie? No, może nie. Jest
taki zapis, w nowym kodeksie drogowym, który obowiązuje, że rzeczoznawca
samochodowy, mający uprawnienia ministra infrastruktury, może wnioskować,
że taka rura na przykład, miałem taki przykład z Łomży, znaleziona na
złomie, z numerami, okazuje się być nie zwykłą rurą, tylko ramą od
pięknego starego motocykla. I kolekcjoner ma prawo taką część kupić na
złomie. Jeśli z pomocą rzeczoznawcy z uprawnieniami udowodni, że jest to
część zabytkowa, że z tego można odbudować stary motocykl, to taki pojazd,
ale tylko zabytkowy, może powtórnie być dopuszczony do ruchu. Nie dotyczy
to pojazdów współczesnych. Jeżeli będzie na złomie pięknie uderzony
samochód współczesny, nie można go do ruchu dopuścić, bo tak stanowią
przepisy. Ten samochód już przepadł. Nie ma go, jego numer rejestracyjny,
podwozia, silnika przestał istnieć. Natomiast pojazdy stare, powyżej 25
lat, za zgodą rzeczoznawcy, można dopuszczać do ruchu. A inna sprawa, że
tych pojazdów jest mało i są w ogóle problemy, żeby gdziekolwiek je
znaleźć, żeby to nie pojechało naprawdę na złom. Są jeszcze i inne
problemy. Przykładem tego jest Polski Fiat, pięknie odrestaurowany
militarny łazik. Takich pojazdów było mało, te pojazdy brały udział w
kampanii wrześniowej i używali je Niemcy, Rosjanie, partyzanci. Jeden taki
pojazd został pieczołowicie odbudowany ze znalezionych na złomie części i
z rysunków technicznych z Państwowych Zakładów Inżynieryjnych. I nie da
się tego zarejestrować, ponieważ żądano od kolekcjonera faktury na silnik,
faktury na ramę. Właściciel miał go pokazywać na pięknym spotkaniu we
Francji, gdzie cała europejska motoryzacja miała być pokazana, myśmy się
mieli chwalić polską motoryzacją, musiał zrezygnować. Nie może przejść
tych spraw biurokratycznych. To też sprawy do dalszego załatwienia. Nieco
trzeba pomóc i trzeba mieć nieco wyrozumiałości. Ja nie tak dawno
korygowałem rok produkcji swojego motocykla. Okazało się, że nie jest to
rok 1944 tak jak to prawdopodobnie komisja likwidacyjna i jacyś tam ubecy
określili. Katalogowo jest to rok 1934. Urzędniczka w wydziale komunikacji
nie mogła uwierzyć, ani mnie nie chciała uwierzyć, ani rzeczoznawcom. W
końcu się to skończyło na awanturze, na okazaniu dokumentacji fabrycznej,
którą szczęśliwie znalazłem z 1934 roku. Gdybym nie znalazł dokumentacji
producenta, to prawdopodobnie opinie rzeczoznawców, które są honorowane
przez cały świat, nie byłyby uznane w okienku w wydziale komunikacji.
Myślałem jeszcze o czymś innym. Obecnie znika bezpowrotnie dużo
samochodów już z lat 60-tych, czy początku 70-tych. To jest sprawa jeszcze inna. Ponieważ ustawa o
ochronie zabytków, o muzeach została sformułowana w roku 1962, w taki
sposób, że chroniła tylko pojazdy przedwojenne. To, co jest powojenne i to
co w ciągu tego czasu się działo, ucieka jakby opiece. Może to z jednej
strony dobrze, bo kolekcjonerzy wyłapują te ładniejsze samochody, ale z
drugiej strony, w zasadzie żadne służby konserwatorskie, żadnemu
kolekcjonerowi, jak ja się na tym znam, chyba jeszcze nie pomogły tak
naprawdę. Wydawanie zaświadczeń, zezwoleń to nie jest pomoc praktyczna.
Natomiast te pojazdy zdarza się, że czasem wędrują na złom, a wędrują na
przykład dlatego, że polska Syrenka w doskonałym stanie, dla kolekcjonera
bardzo cenna, na rynku ona jest warta 200, 500, może 1000 złotych. Ale
jeśli ktoś chce złomować pojazd, to może dostać teoretycznie za to dopłatę
czterech, pięciu, czy sześciu tysięcy złotych, za kwit stwierdzający, że
złomowano Syrenkę. Za to właściciel może kupić sobie kolejny samochód.
Teoretycznie te przepisy współczesne pozwalają ją odzyskać ze złomu, jeśli
rzeczoznawca się wypowie, że to jest dowód rozwoju motoryzacji w
Polsce.
Jakim samochodem jeździ Pan na co
dzień? Na co dzień jeżdżę
Chevroletem, który ma tę zaletę, że jest kompaktowy, ale ma potężny silnik
i którym to Chevroletem mogę ciągnąć przez Europę przyczepę, tak jak
ostatnio z dwoma pojazdami, z przedwojennym Polskim Fiatem-508 i z SHL-ką
do Francji. Ten Chevrolet się tego nie boi.
Wysłuchał Andrzej Kajetan Tłokowski,
marzec 2003 |
|