|
Czy milioner z Ameryki rzeczywiście
przemycał zabytkową wyścigówkę?
Odyseja starego rajdowca
Srebrne BMW 328, rocznik 1937, w oszklonym garażu prywatnego
muzeum motoryzacji w podwarszawskich Otrębusach
ARCHIWUM
Zabytkowy sportowy kabriolet amerykańskiego milionera tkwi od
ponad roku w prywatnym muzeum pod Warszawą. Policja celna zatrzymała
auto w świetle kamer telewizji jako wielką kontrabandę wykrytą na
lotnisku Okęcie. Do tej pory prokuratorzy nie sformułowali zarzutów
w tej sprawie.
Od ponad roku srebrne BMW 328, rocznik 1937, stoi w oszklonym
garażu prywatnego muzeum motoryzacji w podwarszawskich Otrębusach.
18 lutego zeszłego roku na lotnisku Okęcie służby celne
przeprowadziły pokazowe przechwycenie leciwego samochodu. Generalny
Inspektorat Celny wysłał swój specjalny oddział. Funkcjonariusze w
kamizelkach kuloodpornych, kominiarkach, uzbrojeni w broń
automatyczną otoczyli pojazd. Wcześniej służby celne zawiadomiły
media. Zdarzenie sfilmowała kamera telewizji polskiej. Błyskały
flesze aparatów. Jeszcze tego samego dnia migawki pojawiły się we
wszystkich programach informacyjnych. Pracownicy Generalnego
Inspektoratu Celnego pochwalili się zajęciem auta i określili je
jako największy do tej pory sukces.
Widać było, jak Zbigniew Mikiciuk, właściciel muzeum w
Otrębusach, siedzi w aucie. Potem przy pomocy kilku ludzi wtoczył
pojazd na lawetę. Sportowy wóz trafił do muzeum Mikiciuka. W
migawkach Joanna Mikiciuk, żona właściciela, komentowała, że srebrne
cacko to rarytas, rzadkość i kosztuje przynajmniej 200 tys. dolarów.
- Dobrze, że zatrzymano to auto. Przemytnicy wywożą zabytkowe
pojazdy masowo - powiedziała.
Bezowocne śledztwo
- Na pewno dziennikarzy nie było przy zajęciu auta. Może byli
obecni potem. Rutynowo informujemy media o dużych sukcesach. A to
był sukces, sprawa spektakularna. Po pierwsze dlatego, że dotyczyła
motoryzacji, po drugie dlatego, że chodziło o antyk. Zyski z
kontrabandy zabytkowych pojazdów są bardzo duże - utrzymuje rzecznik
generalnego inspektora celnego Piotr Kolanowski.
W ciągu trwającego czternaście miesięcy śledztwa nie udało się
prokuratorom z Prokuratury Rejonowej Warszawa Ochota potwierdzić
zarzutów. Auto nie zostało nigdzie ukradzione - ani w Polsce, ani za
granicą. Nie pochodzi z Polski, było zaś własnością amerykańskiego
milionera. Pojazd nie miał też przebitych numerów, a dokumenty nie
były sfałszowane.
- Teraz sprawa jest w gestii prokuratury. Nic nie mogę
powiedzieć. Wtedy podejrzewaliśmy, że złamane zostały przepisy
celne. Przeprowadzono drobiazgowe śledztwo. Pełna dokumentacja
trafiła do prokuratury. Do tej pory nie zwrócono nam sprawy do
uzupełnienia, choć prokurator ma prawo to zrobić. To znaczy, że
wszystkie czynności wykonaliśmy dobrze - uważa Piotr Kolanowski.
Prokuratura Rejonowa nie zajmuje się już sprawą kontrabandy BMW
328. Teraz bada ją Prokuratura Okręgowa w Warszawie.
O odzyskanie auta walczy Tomasz Skrzeliński, kolekcjoner starych
aut i rzeczoznawca motoryzacyjny. Uważa, że Amerykanin padł ofiarą
własnej niewiedzy, gdyż nie zgłosił, że auto będzie w Polsce czekać
na naprawę silnika. To, jego zdaniem, jest owo naruszenie przepisów
celnych.
- Przez cały ten czas prokuraturze nie udało się potwierdzić
żadnego zarzutu. Szukano różnych sposobów na udowodnienie, że auto
jest przedmiotem kontrabandy. W ramach pomocy prawnej brytyjski
Scotland Yard sprawdził, że samochód został legalnie kupiony na
aukcji. Potem sprawdził jeszcze, że remont został wykonany w Anglii
legalnie, na co wykonawca przedstawił wszystkie dokumenty. Według
Brytyjczyków auto jest w porządku. Wóz został zarejestrowany w
Stanach Zjednoczonych. Nikt tam nie miał żadnych wątpliwości -
podkreśla Tomasz Skrzeliński, kolekcjoner aut zabytkowych i
rzeczoznawca motoryzacyjny.
Właściciel automobili
BMW 328 należy do Williama Binnie, amerykańskiego milionera. W
czasopismach fachowych i katalogach podano, że jest on właścicielem
około 20 automobili wartych setki tysięcy dolarów. Wozy restauruje,
a potem bierze w nich udział w wyścigach. Upoważnił Skrzelińskiego
do starań o odzyskanie auta.
- Binnie kupił auto w Anglii, a potem kazał je tam wyremontować w
warsztacie, który w tym się specjalizuje. Szukał takiego auta długo.
Po remoncie jechał nim w rajdzie Monte Carlo, ale wóz źle się
sprawował, silnik słabo ciągnął. Dlatego upoważnił współpracownika,
Polaka z pochodzenia, żeby auto zawiózł do warsztatu w Radomiu, a
silnik wysłał do naprawy. Polak miał jechać potem samochodem do
Francji na inny rajd - mówi Skrzeliński. Pokazuje dokumenty. Silnik
przyszedł z Anglii naprawiony. Został wstawiony do samochodu.
Wreszcie wóz pojechał na lotnisko Okęcie, żeby samolotem polecieć do
Ameryki.
- Kiedy celnicy zobaczyli takie cacko, wpadli w amok. To ludzie,
którzy nie potrafią pojąć, że ktoś ma tyle pieniędzy, żeby w aucie
za milion dolarów ścigać się po szosach! A William Binnie tak robi.
Potem te auta klepie po warsztatach, remontuje, i dalej jeździ. To
typowy maniak motoryzacji - ocenia Skrzeliński. Twierdzi, że
milionera zna, bo spotkali się na jakimś rajdzie. - Byłem u niego w
Stanach. Siedziałem w tych autach, jeździłem nimi. To
nieprawdopodobna przygoda - mówi. - Oficjalnie celnicy żądali
kolejnych zaświadczeń i pozwoleń na wywóz auta, a nieoficjalnie
szykowali zajęcie wozu.
- Sprawa jest w Prokuraturze Okręgowej od niedawna. Prokurator
prowadzący nie zapoznał się jeszcze z aktami - mówi Małgorzata
Dukiewicz, rzeczniczka stołecznej Prokuratury Okręgowej.
- Jeżeli są dowody na to, że auto jest z przestępstwa, trzeba
szybko sformułować zarzuty, a nie czekać w nieskończoność. Ale jeśli
dowodów nie ma, trzeba je oddać natychmiast. Jak najszybciej, bo się
tylko najemy wstydu - uważa Skrzeliński, który obawia się też, że
Polska będzie musiała zapłacić za remont auta. - Auto za długo
stało, a powinno być raz na miesiąc uruchamiane. Wskazane są
przejażdżki, drobne przeglądy i naprawy. Poprzedni remont kosztował
30 tys. funtów. Czy prokurator wyłuska tyle z portfela? - pyta.
Harald Kittel
|