Rozmowa z Tomaszem
Skrzelińskim kolekcjonerem zabytkowych pojazdów
Inwestycja dla
dżentelmenów
|
|
|
FOT. ARCHIWUM |
Mam już wszystko: pałace, samoloty,
jachty. Co mi pan radzi kupić, żebym się czymś wyróżnił w naszym eleganckim
świecie?
TOMASZ SKRZELIŃSKI: Bogaci rodacy kupują zabytkowe samochody. Ale w
kraju jeszcze nikt nie ma parowego auta. W amerykańskich katalogach oferowany
jest np. parowy stanley z 1908 roku za 65 tysięcy dolarów. Mając takie cacko,
na pewno zaistnieje pan w towarzystwie.
Drogo!
Rzecz względna. Jeden z moich znajomych ma
wielkie przedsiębiorstwo. Jednak światowy sukces zapewniła mu inwestycja nie w
firmę, lecz w remont mercedesa z 1912 roku. Na prestiżowym rajdzie w Niemczech,
gdzie 300 bogatych i wpływowych ludzi ze świata przyjechało najlepszymi starymi
samochodami, wygrał właśnie on. Kiedy burmistrz Kolonii publicznie wsiadł do
jego auta, konkurenci automatycznie przestali istnieć. To była najlepsza
reklama dla właściciela, jego firmy i dla Polski.
Mam też znajomego z Internetu. To dżentelmen
ok. 80 lat, którego majątek oficjalnie szacowany jest na 8 miliardów dolarów.
Starszy pan czuł się niespełniony. Na początek zabytkowym autem kilkakrotnie
przejechał Amerykę wzdłuż i wszerz. Później przebył trasę z Pekinu do Paryża.
Pisała o nim światowa prasa, a jego wyczyn widnieje w "Księdze rekordów
Guinnessa". Opłacało się? Na pewno, bo człowiek nareszcie poczuł się
spełniony.
Gdyby pan redaktor jednak zdecydował się na
tego stanleya, to warto. To auto z trofeami, z historią, z duszą.
Jest pan jednym z niewielu rzeczoznawców
pojazdów zabytkowych. Na co powinien zwracać uwagę debiutant na tym rynku, żeby
nie zmarnować pieniędzy?
Bogatą ofertę można znaleźć w katalogach
brytyjskich, niemieckich, francuskich, dostępnych na europejskich stacjach
benzynowych oraz w Internecie. W katalogach podane są ceny żądane oraz wyniki
zawartych transakcji. Trzeba się targować. Jeśli ktoś chce brać udział w
rajdach, powinien kupować pojazd oryginalny, a nie "skundlony"
dorabianym częściami. Oczywiście należy takie auto kupować osobiście. Niekiedy
przydatna jest porada rzeczoznawcy. Warto pamiętać, że u nas robocizna jest
dużo tańsza.
Debiutant nie powinien kupować drogiego
auta, bo być może się zniechęci. Na początek bezpiecznie jest wydać ok. 50
tysięcy złotych. Za tyle można sprowadzić np. efektownego mercedesa, który ma
50 lat. Ktoś niedawno w Internecie znalazł rolls-royce'a silver cloud II z 1961
roku. Ten piękny wóz już jeździ po kraju, niestety nie znam jego ceny.
W sprawach zabytkowych pojazdów występują
rzeczoznawcy współczesnej motoryzacji, a to całkiem inna dziedzina! Szkolę
rzeczoznawców zabytkowych samochodów. Ich porad potrzebują prywatni nabywcy,
firmy ubezpieczeniowe, urzędy celne.
Jako rzeczoznawca udzielam porad na
największym kolekcjonerskim targu zabytkowych pojazdów, który co kwartał odbywa
się w Łodzi, najbliższa impreza będzie 5 - 6 września. Pokażę tam, jak zwykle,
część mojej kolekcji liczącej 40 eksponatów, w tym traktor Ursus C45 z 1951
roku, który występował w "Człowieku z marmuru". Wiele poradniczych
informacji kolekcjonerzy znajdą na stronie: www.skrzelinski.com
Jako pierwszy i jedyny Polak jechał pan w
najbardziej prestiżowym międzynarodowym rajdzie Londyn - Brighton. Jakie rajdy
przed panem w tym roku?
To była przygoda życia. W tamtym rajdzie
pojechałem w 1997 roku. Konsul generalny Rzeczypospolitej pogratulował mi w
liście zwycięstwa i napisał "Biało-czerwona flaga powiewająca nad pojazdem
to znakomita reklama naszego kraju wśród europejskiej elity".
Motoryzacja w Polsce rozpoczęła się w 1896
roku. Stanisław Grodzki sprowadził wtedy nad Wisłę pierwsze auto, peugeota 9.
Znalazłem taki model w Australii. Z jego właścicielem umówiłem się w Paryżu.
Zgodził się, żebym poprowadził jego auto z Londynu do Brighton dla uczczenia
stulecia polskiej motoryzacji.
W najbliższych dniach jadę do Miluzy, gdzie
do 27 lipca potrwa międzynarodowy rajd weteranów, w którym weźmie udział 800
pojazdów, w tym 18 z Polski. Będzie to największa dotychczasowa wyprawa
polskich kolekcjonerów. Jako komandor reprezentacji Polski będę jechał na
motocyklu DKW-SB-350 z 1934 roku, który mam od 37 lat.
Ile kosztował udział w rajdzie Londyn -
Brighton?
Około 40 tysięcy złotych. Część zapłaciłem z
własnej kieszeni, resztę dołożyli sponsorzy.
Czy ta pasja kolekcjonerska może zarobić
sama na siebie? Fachowiec mający warsztat samochodowy może remontować auta dla
bogatych klientów i w ten sposób finansować swoje zakupy?
Odkąd w 2000 roku odwieszono VAT na import
zabytkowych samochodów, zarabianie na remoncie przestało być opłacalne. Tego
plymoutha z 1929 roku, którego pomagał pan wepchnąć na lawetę, okazyjnie
znalazłem w USA. Kolekcjoner wyremontował podwozie, koła, niestety zatarł
silnik i z tego powodu załamał się psychicznie. Dlatego odstąpił wóz tanio.
Przywóz z Kalifornii kosztował 2 tysiące dolarów. W Polsce remont potrwa rok.
Gotowy egzemplarz musiałby mieć cenę ok. 100 tysięcy złotych. Przy takich
cenach popyt jest zbyt niski, żeby to mogło być liczące się źródło dochodu.
Można czasami dorobić na wynajmie
zabytkowych pojazdów do filmu. Mam w mojej kolekcji autobus Jelcz typu ogórek,
pięknie zachowany egzemplarz z 1960 roku, na który w 2000 roku wydałem 20
tysięcy zł. Mój autobus grał w jednym filmie z Januszem Gajosem.
Rozmawiał Janusz Miliszkiewicz