ŻYCIE PIASECZNA
      2 maja 2003

      Nieodparty urok eleganckich aut

Piaseczno. Tomasz Skrzeliński pokochał stare samochody przypadkiem. Teraz ma ich wspaniałą kolekcję. Starannie je rekonstruuje i jeździ nimi na rajdy

      Już grzebanie w starych pojazdach wywołuje u wielu odruch kręcenia głową, a co dopiero start wehikułem z lat dwudziestych w rajdzie długości 8 tys. km. Tomasz Skrzeliński z prawdziwą pasją oddaje się obu tym zajęciom.

      ANITA BLINKIEWICZ

      Tomasz Skrzeliński jest właścicielem jednej z największych w Polsce kolekcji weteranów szos. Dlatego pewnie w dowód uzna­nia dla jego osiągnięć, podobni je­mu pasjonaci obrali go prezesem Klubu Pojazdów Zabytkowych i Fun­dacji Ochrony Zabytków Militar­nych. Na co dzień prowadzi warsz­tat samochodowy w Julianowie, gdzie też gromadzi swoje eksponaty.
      Kolekcja wciąż się wzbogaca. Niemal z każdej giełdy przywozi ko­lejny egzemplarz w fatalnym nieraz stanie, by po ogromnym wkładzie czasu i wysiłku, lśnił nowym bla­skiem. Przy bramie warsztatu stoją dwa piaseczyńskie trolejbusy, które jeszcze kilka lat temu kursowały na ulicę Wilanowską i z powrotem. Cze­kają na swoją kolej, by znów ożyć.
      Tomasz Skrzeliński w ten spo­sób przywrócił do życia kilkanaście osobowych weteranów, pięć angiel­skich piętrusów, kilkanaście moto­cykli, skutery, motorowery, trakto­ry, wozy strażackie. Są tam bezpłat­nie garażowane, w odpowiednich warunkach. Kiedy już je podreperu­je, udostępnia publiczności i miło­śnikom starych aut.
      Cała przygoda rozpoczęła się w 1968 roku, kiedy dwóch znajo­mych chłopców, którym wówczas udzielał korepetycji, wspomniało coś o starym samochodzie, stojącym w szopie ich sąsiada. Był to Ihle-DKW, prototyp z 1934 roku. - Za­kurzony i od dawna nie używany, ale, jak się okazało, kompletny. Bez trudu odjechałem nim z miejsca ga­rażowania. Zarobiłem na niego udzie­lając korepetycji i sprzedając butel­ki - wspomina Tomasz Skrzeliński.
      Składał auto przez wiele lat Znał każdą śrubkę, część silnika; dopa­sowywał detale, z trudem odnalezio­ne gdzieś na złomowisku, albo do­kładnie odtworzone. Wydarzenie to miało wielki wpływ na jego życie. Dzięki niemu zdobył kilkakrotnie mistrzostwo Polski w rajdach wete­ranów szos organizowanych przez Polski Związek Motorowy.
      Poznał wielu ludzi ogarniętych tą samą pasją, podczas licznych podróży po całym świecie. - Najważ­niejsze są przyjaźnie zawarte pod­czas wspólnych imprez. Dzięki życz­liwej pomocy niemieckich fanaty­ków motoryzacji, takich jak Helmut Becker, już ponad 30 razy załogi z Polski startowały w Niemczech.
      Wielkim przeżyciem był rajd we­teranów szos, którego trasa wiodła z Pekinu do Paryża oraz imprezy organizowane w Stanach Zjednoczo­nych. - Ihle-DKW zmienił moje ży­cie. Dzięki niemu zwiedziłem pół świata i poznałem wielu wspaniałych ludzi, nawiązałem przyjaźnie - wy­znaje Tomasz Skrzeliński.
      W1991 roku przejechał „dekawką" z Amsterdamu do Moskwy, przez Wiedeń, Warszawę i z powrotem. Nie obyło się wtedy bez przygód. Pierw­szego dnia po starcie, ledwie zdążył przekroczyć granicę, usłyszał trzask i silnik zamarł. Rajdowy serwis docią­gnął go do bazy, gdzie rozmontował silnik i rozpoczął naprawę. - Następ­nego dnia rajd pojechał dalej, a ja zo­stałem na polu sam, z resztką mojej ukochanej Ihle-DKW - wspomina. -Nie miałem wówczas zapasowego sil­nika i, jak teraz oceniam, to był naj­gorszy dzień w historii moich weterańskich rajdów po Niemczech.
      Po kilku dniach remontowania auta, dogonił pozostałych uczestni­ków dopiero w Warszawie. Jednak kolejne kłopoty dopadły go w Niem­czech, w drodze powrotnej do Am­sterdamu. - Na sławnym torze Nurburgring, zamiast prowadzić rajdo­wą defiladę, z trudem wjeżdżałem na niewielkie wzniesienia. Ostatni postój przeznaczyłem na naprawę układu wydechowego, co zresztą zo­stało uwiecznione na okładce jednego z holenderskich pism motoryza­cyjnych - wspomina miłośnik zabyt­ków motoryzacji z Julianowa.
      Podczas ostatniego weekendu Tomasz Skrzeliński wyruszył w ko­lejną trasę - do Morskiego Oka. Rajd był memoriałem upamiętniającym osiągnięcia Jana Rippera, najlepsze­go przedwojennego polskiego automobilisty. Przed startem właściciel Ihle-DKW nie ukrywał obaw, zwią­zanych z górzystym szlakiem im­prezy. - Mój samochód nie lubi gór - żartował, starannie przygotowu­jąc auto do trudnej próby.
      Tomasz Skrzeliński jest współ­organizatorem corocznego rajdu od Politechniki do Muzeum Techniki. Wszystko zaczęło się przy okazji inauguracji roku akademickiego 1996/1997. - Myśl była taka, aby no­wym studentom wydziału motory­zacyjnego Politechniki zademonstro­wać, że znajdują się w długim sze­regu pokoleniowym polskich inży­nierów i konstruktorów - wyjaśnia Tomasz Skrzeliński.
      Tak zrodził się pomysł organi­zowania stałych „ruchomych" wy­staw motoryzacyjnych, prezentują­cych polskie okazy motoryzacyjne. Za pierwszym razem przyjechało kil­ka pojazdów, w tym świeżo odrestau­rowany Sokół-600 z koszem. Używa­ny był przed wojną przez Polską Po­licję Państwową. - Ponieważ właśnie wróciłem z Francji, gdzie mój Sokół zrobił furorę, postanowiłem jeszcze bardziej oddać klimat tamtej epoki. Wystąpiłem w historycznym mundurze starszego posterunkowego - wspomina Tomasz Skrzeliński.
      Rok później przyjechało już znacz­nie więcej zabytkowych pojazdów. Wtedy organizatorzy postanowili rozszerzyć prezentację mobilnych zabytków o Muzeum Techniki, gdzie znajdują godne schronienie wiekowe konstrukcje, w tym także osią­gnięcia polskich inżynierów, kształ­cących się niegdyś na Politechnice Warszawskiej.
      Od 1998 roku odbywa się już rajd z prawdziwego zdarzenia, z tablicami rajdowymi, punktami kontroli prze­jazdu, ekipą sponsorów i nagrodami wręczanymi na uroczystym zakończe­niu imprezy. Teraz Tomasz Strzeliński przygotowuje się do Festiwalu sta­rych limuzyn w Mulhouse, we Francji, który rozpocznie się 19 lipca.
      Na imprezę wybiera się jako ko­mandor polskiej reprezentacji Klu­bu Pojazdów Zabytkowych, a ponie­waż życzeniem organizatorów jest zgromadzenie głównie dawnych nie­mieckich pojazdów, sam pojedzie na motocyklu DKW z 1934 roku. W tej chwili remontuje właśnie starego Plymoutha z 1938 roku, którego przy­wiózł ze Stanów Zjednoczonych. - Go­towy będzie na pewno jeszcze w tym roku - obiecuje. Takich okazów szu­ka się po zapadłych dziurach, gdzie nie dotarli jeszcze handlarze. Tomasz Skrzeliński przyznaje, że coraz trud­niej jest coś znaleźć. Później zaczyna­ją się żmudne poszukiwania części, ich kompletowanie i odtwarzanie. Re­zultaty, tych nieraz długoletnich prac, można czasem zobaczyć na drodze. Częściej jednak na specjalistycznych wystawach i rajdach miłośników za­bytków motoryzacji.
      Tomasz Skrzeliński regularnie startuje w różnych wyścigach, np. w szampańskich rajdach we Francji. - To ciężka impreza, bo wiedzie przez najbogatsze piwnice i ma w progra­mie obowiązkową degustacją. Zwy­cięzca na mecie każdego etapu otrzy­muje tyle szampana, ile sam waży. A potem trzeba jechać dalej - wyzna­je piaseczyński kolekcjoner.