Już grzebanie w starych pojazdach wywołuje u wielu odruch kręcenia głową, a co dopiero start wehikułem z lat dwudziestych w rajdzie długości 8 tys. km. Tomasz Skrzeliński z prawdziwą pasją oddaje się obu tym zajęciom.
ANITA BLINKIEWICZ
Tomasz Skrzeliński jest właścicielem jednej z największych w Polsce kolekcji weteranów szos. Dlatego pewnie w dowód uznania dla jego osiągnięć, podobni jemu pasjonaci obrali go prezesem Klubu Pojazdów Zabytkowych i Fundacji Ochrony Zabytków Militarnych. Na co dzień prowadzi warsztat samochodowy w Julianowie, gdzie też gromadzi swoje eksponaty.
Kolekcja wciąż się wzbogaca. Niemal z każdej giełdy przywozi kolejny egzemplarz w fatalnym nieraz stanie, by po ogromnym wkładzie czasu i wysiłku, lśnił nowym blaskiem. Przy bramie warsztatu stoją dwa piaseczyńskie trolejbusy, które jeszcze kilka lat temu kursowały na ulicę Wilanowską i z powrotem. Czekają na swoją kolej, by znów ożyć.
Tomasz Skrzeliński w ten sposób przywrócił do życia kilkanaście osobowych weteranów, pięć angielskich piętrusów, kilkanaście motocykli, skutery, motorowery, traktory, wozy strażackie. Są tam bezpłatnie garażowane, w odpowiednich warunkach. Kiedy już je podreperuje, udostępnia publiczności i miłośnikom starych aut.
Cała przygoda rozpoczęła się w 1968 roku, kiedy dwóch znajomych chłopców, którym wówczas udzielał korepetycji, wspomniało coś o starym samochodzie, stojącym w szopie ich sąsiada. Był to Ihle-DKW, prototyp z 1934 roku. - Zakurzony i od dawna nie używany, ale, jak się okazało, kompletny. Bez trudu odjechałem nim z miejsca garażowania. Zarobiłem na niego udzielając korepetycji i sprzedając butelki - wspomina Tomasz Skrzeliński.
Składał auto przez wiele lat Znał każdą śrubkę, część silnika; dopasowywał detale, z trudem odnalezione gdzieś na złomowisku, albo dokładnie odtworzone. Wydarzenie to miało wielki wpływ na jego życie. Dzięki niemu zdobył kilkakrotnie mistrzostwo Polski w rajdach weteranów szos organizowanych przez Polski Związek Motorowy.
Poznał wielu ludzi ogarniętych tą samą pasją, podczas licznych podróży po całym świecie. - Najważniejsze są przyjaźnie zawarte podczas wspólnych imprez. Dzięki życzliwej pomocy niemieckich fanatyków motoryzacji, takich jak Helmut Becker, już ponad 30 razy załogi z Polski startowały w Niemczech.
Wielkim przeżyciem był rajd weteranów szos, którego trasa wiodła z Pekinu do Paryża oraz imprezy organizowane w Stanach Zjednoczonych. - Ihle-DKW zmienił moje życie. Dzięki niemu zwiedziłem pół świata i poznałem wielu wspaniałych ludzi, nawiązałem przyjaźnie - wyznaje Tomasz Skrzeliński.
W1991 roku przejechał „dekawką" z Amsterdamu do Moskwy, przez Wiedeń, Warszawę i z powrotem. Nie obyło się wtedy bez przygód. Pierwszego dnia po starcie, ledwie zdążył przekroczyć granicę, usłyszał trzask i silnik zamarł. Rajdowy serwis dociągnął go do bazy, gdzie rozmontował silnik i rozpoczął naprawę. - Następnego dnia rajd pojechał dalej, a ja zostałem na polu sam, z resztką mojej ukochanej Ihle-DKW - wspomina. -Nie miałem wówczas zapasowego silnika i, jak teraz oceniam, to był najgorszy dzień w historii moich weterańskich rajdów po Niemczech.
Po kilku dniach remontowania auta, dogonił pozostałych uczestników dopiero w Warszawie. Jednak kolejne kłopoty dopadły go w Niemczech, w drodze powrotnej do Amsterdamu. - Na sławnym torze Nurburgring, zamiast prowadzić rajdową defiladę, z trudem wjeżdżałem na niewielkie wzniesienia. Ostatni postój przeznaczyłem na naprawę układu wydechowego, co zresztą zostało uwiecznione na okładce jednego z holenderskich pism motoryzacyjnych - wspomina miłośnik zabytków motoryzacji z Julianowa.
Podczas ostatniego weekendu Tomasz Skrzeliński wyruszył w kolejną trasę - do Morskiego Oka. Rajd był memoriałem upamiętniającym osiągnięcia Jana Rippera, najlepszego przedwojennego polskiego automobilisty. Przed startem właściciel Ihle-DKW nie ukrywał obaw, związanych z górzystym szlakiem imprezy. - Mój samochód nie lubi gór - żartował, starannie przygotowując auto do trudnej próby.
Tomasz Skrzeliński jest współorganizatorem corocznego rajdu od Politechniki do Muzeum Techniki. Wszystko zaczęło się przy okazji inauguracji roku akademickiego 1996/1997. - Myśl była taka, aby nowym studentom wydziału motoryzacyjnego Politechniki zademonstrować, że znajdują się w długim szeregu pokoleniowym polskich inżynierów i konstruktorów - wyjaśnia Tomasz Skrzeliński.
Tak zrodził się pomysł organizowania stałych „ruchomych" wystaw motoryzacyjnych, prezentujących polskie okazy motoryzacyjne. Za pierwszym razem przyjechało kilka pojazdów, w tym świeżo odrestaurowany Sokół-600 z koszem. Używany był przed wojną przez Polską Policję Państwową. - Ponieważ właśnie wróciłem z Francji, gdzie mój Sokół zrobił furorę, postanowiłem jeszcze bardziej oddać klimat tamtej epoki. Wystąpiłem w historycznym mundurze starszego posterunkowego - wspomina Tomasz Skrzeliński.
Rok później przyjechało już znacznie więcej zabytkowych pojazdów. Wtedy organizatorzy postanowili rozszerzyć prezentację mobilnych zabytków o Muzeum Techniki, gdzie znajdują godne schronienie wiekowe konstrukcje, w tym także osiągnięcia polskich inżynierów, kształcących się niegdyś na Politechnice Warszawskiej.
Od 1998 roku odbywa się już rajd z prawdziwego zdarzenia, z tablicami rajdowymi, punktami kontroli przejazdu, ekipą sponsorów i nagrodami wręczanymi na uroczystym zakończeniu imprezy. Teraz Tomasz Strzeliński przygotowuje się do Festiwalu starych limuzyn w Mulhouse, we Francji, który rozpocznie się 19 lipca.
Na imprezę wybiera się jako komandor polskiej reprezentacji Klubu Pojazdów Zabytkowych, a ponieważ życzeniem organizatorów jest zgromadzenie głównie dawnych niemieckich pojazdów, sam pojedzie na motocyklu DKW z 1934 roku. W tej chwili remontuje właśnie starego Plymoutha z 1938 roku, którego przywiózł ze Stanów Zjednoczonych. - Gotowy będzie na pewno jeszcze w tym roku - obiecuje. Takich okazów szuka się po zapadłych dziurach, gdzie nie dotarli jeszcze handlarze. Tomasz Skrzeliński przyznaje, że coraz trudniej jest coś znaleźć. Później zaczynają się żmudne poszukiwania części, ich kompletowanie i odtwarzanie. Rezultaty, tych nieraz długoletnich prac, można czasem zobaczyć na drodze. Częściej jednak na specjalistycznych wystawach i rajdach miłośników zabytków motoryzacji.
Tomasz Skrzeliński regularnie startuje w różnych wyścigach, np. w szampańskich rajdach we Francji. - To ciężka impreza, bo wiedzie przez najbogatsze piwnice i ma w programie obowiązkową degustacją. Zwycięzca na mecie każdego etapu otrzymuje tyle szampana, ile sam waży. A potem trzeba jechać dalej - wyznaje piaseczyński kolekcjoner.