Początek tych wspomnień sięga roku 1991, gdy wraz ze 130 załogami w najstarszych automobilach z kilkunastu krajów dojechaliśmy z Amsterdamu do Moskwy i czuliśmy z tego powodu ogromną satysfakcję. Zwiedzając jedną "stolicę świata" zakiełkował tu plan poznania drugiej stolicy. Jedźmy więc do Ameryki !!. A jeżeli będziemy już w USA, to przejedźmy całe Stany starymi automobilami ze Starego Kontynentu starą, legendarną drogą US-66.
Transkontynentalna droga US-66 nie jest dziś oznakowana na mapach USA. Ale w
świadomości Amerykanów jest żywą legendą, nazywaną Matką Dróg. To o Niej śpiewano
pieśni. Ona była bohaterką powieści Johna Steinbecka "Grona Gniewu".
W kilku stanach działają kluby kultywujące tradycje ROUTE-66, a szczególnie
Jej związki z amerykańską motoryzacją.
Przejazd z Chicago do Los Angeles, a jeszcze dojazd z Waszyngtonu i transport
zabytkowych aut na drugi kontynent oznaczał znaczny wysiłek organizacyjny i
wyzwanie dla międzynarodowego klubu CAAR działającego również w Polsce.
Przygotowania rozpoczęliśmy od zbierania informacji o historii ROUTE-66.
Dowiedzieliśmy się, że pierwsze znaki symbolizujące federalny status US-66 pojawiły
się w 1926 roku na 2500 milowym odcinku z rejonu Wielkich Jezior do Pacyfiku,
a dziewięć lat później ukończono budowę tej drogi łączącej Chicago z Santa Monica.
Ta pierwsze utwardzana droga wiodła szlakiem
zdobywców Dzikiego Zachodu z końca XIX wieku. Jako symbol amerykańskiej
subkultury przetrwała lata gigantycznych wędrówek ludu do Ziemi Obiecanej jaką
była Kalifornia w dobie Wielkiego Kryzysu. Potem zastąpiły Ją nowoczesne autostrady,
a Drogę skazano na zapomnienie. Nie na długo jednak. W świadomości Amerykanów
pozostała jako symbol, więc teraz w miarę postępu cywilizacji i rozwoju nowoczesnych
dróg jest kultywowanym skansenem niedawnej jeszcze przeszłości. Taka perspektywa
połączenia podróży historyczną drogą na historycznych samochodach doskonale
pasowała entuzjastom należącym do międzynarodowego Klubu Antycznych Automobili
i Rajdów (CAAR). Głównej organizacji radu podjął się klub holenderski. Na przygotowania
potrzebował dwa lata, więc ustaliliśmy termin przygody na jesień 1993 roku.
Wśród polskich kolekcjonerów perspektywa przejechania Ameryki wzbudziła duże
zainteresowanie, ale pierwszą selekcją były spore koszty wyprawy.
Oczywiście prowadziliśmy intensywne poszukiwania sponsorów, ale skutki były
raczej mizerne. W rezultacie z Polski przygotowało się 7 załóg (w kolejności
wieku pojazdów):
- BMW-DIXI z 1928 roku Stanisława Tabisza z Opola
- FIAT-514 z 1929 roku Arlety Adam z Poznania
- DKW-IHLE z 1934 roku Tomasza Skrzelińskiego z Warszawy
- LAND-ROVER z 1952 roku Konrada Makowskiego z Warszawy
- TRIUMPH-SPITFIRE z 1965 roku Wincentego Tkacza ze Świętochłowic
- MG typ B z 1965 roku Dariusza Filimowicza z Lublina
- RENAULT-CARAVELLE z 1966 roku Macieja Witowskiego z Częstochowy.
W
całym rajdzie wystartowało łącznie 136 pojazdów z 9 krajów. Prawie po 50 załóg
stanowiły reprezentacje Holandii i Niemiec, ale byli również Belgowie, Francuzi,
Austriacy, Anglicy i Szwajcarzy.
Na miejscu do rajdu dołączali się koledzy z Kanady i USA
Na miesiąc przed startem w Waszyngtonie, polska ekipa pechowo rozpoczęła rajd
od zbiórki wszystkich pojazdów w moim warsztacie, aby załadować auta na transportową
lorę i dowieźć je na prom w Bremerhaven. Zamiast zobaczyć Witka Tkacza i jego
Spitfire'a, odebrałem telefon, że koło Radomska w niezrozumiały dla niego sposób
rozmnożył mu się wał korbowy. Teraz składa się on z dwóch przełamanych kawałków,
a silnik raczej nie chce pracować. Zaproponowałem Witkowi by jednak dowiózł
resztę Spitfire'a i bagaże, to na miejscu podejmiemy ostateczną decyzję.
Wysłaliśmy więc do Ameryki większość aut i bagaże Witka, ale ze Spitfirem musieliśmy
nieco powalczyć. Jego silnik nadawał się do wyrzucenia, ale przypomniałem sobie,
że mam do remontu podobnego Triumpha, więc może silnik da się wykorzystać.
Rzeczywiście był to dobry pomysł, ale ten mój silnik wymagał całkowitego demontażu,
dorobienia panewek, dotarcia i ogólnego przeglądu. Mieliśmy w zapasie jedną
dobę, więc w warunkach rajdowych duży zapas czasu. Pracując non-stop następnego
dnia uruchomiliśmy i założyliśmy drugi silnik. Jego docieranie odbyło się na
platformie Pomocy Drogowej, którą jeszcze przed granicą dogoniliśmy transport
pozostałych aut. Pośpiech zresztą był mało potrzebny, bo w Bremerhaven był odpływ
i statek do Baltimore odpłynął z dwudniowym opóźnieniem. Tylko kto mógł to przewidzieć
??.
Statek z klubowymi pojazdami dopłynął jednak do USA w terminie, a większość
uczestników rajdu spotkała się na lotnisku w Amsterdamie, by potężnym Jumbo-Jetem
dolecieć w niedzielę 19 września od Waszyngtonu. Nielicznym wyjątkiem był Konrad
Majkowski z żoną Zosią, bo sponsorowani przez Polskie Linie Lotnicze LOT otrzymali
darmowe bilety, ale do Chicago, skąd z przygodami, zwiedzając po drodze Nowy
Jork dojechali do Waszyngtonu.
Drugi dzień rajdu jest przeznaczony na odebranie aut z portu w Baltimore, uruchomienie
pojazdów i pierwszą samodzielną jazdę weteranami do Waszyngtonu w prawdziwie
amerykańskim ruchu ulicznym. Bardzo ciekawe doświadczenie szczególnie, że w
przejeździe biorą udział tylko kierowcy, a piloci czekają w hotelu. Ale do zmroku
wszystkie pojazdy dojechały do Waszyngtonu, choć niektóre już wymagały niewielkiego
serwisu.
Następny dzień jest przeznaczony na zwiedzanie stolicy USA, chyba że ktoś miał kłopoty techniczne. W polskiej ekipie Land-Rover wymagał tylko doregulowania silnika, ale BMW-DIXI całkowicie straciło ładowanie. Poszukiwania fachowców od elektryki w rejonie Waszyngtonu skończyło się podróżą z prądnicą i reglerem aż pod Nowy Jork, gdzie specjalista (Polak !!) przelutował i przetoczył komutator i doregulował regler. Teraz wszystkie polskie pojazdy są OK, a wieczorem wysłuchuję opowieści od kolegów zwiedzających centrum stolicy USA.
Czwartego dnia rajdu pakujemy bagaże i jedziemy na start. Nasz parking jest
usytuowany na błoniach pomiędzy Białym Domem a Pomnikiem Waszyngtona i rzeką
Potomak. Często odbywają się tu państwowe uroczystości, a codziennie rano zwykle
biega tu Prezydent Clinton.
Przed południem wreszcie startujemy, przy czym każda załoga będzie od dziś jechać
własnym tempem, byle tylko dojechać tego dnia do celu. Polska grupa jeszcze
dla fasonu objeżdża kwadrat ulic wokół Białego Domu i teraz tylko trzeba trzymać
kierunek na zachód. Wyjeżdżamy z Dystryktu Columbia, a przed nami Virginia,
Zachodnia Virginia, Maryland i Pennsylvania.
Już tego dnia poznaliśmy pierwsze trudności rajdu. Jedziemy w normalnym ruchu
drogowym naszymi niezbyt normalnymi pojazdami. Co chwila wyprzedzają nas ogromne
ciężarówki, a droga prowadzi przez Apallachy - góry po których nasze najsłabsze
pojazdy poruszają się często na pierwszym biegu. W rezultacie na pierwszy camping
schowany gdzieś w Parku Narodowym, na który zresztą ledwo trafiam, dojeżdżam
przed północą. Jest zimno, pada deszcz. Marznę w pośpiesznie rozbitym namiocie
wraz ze Stasiem Tabiszem i mimo że śpimy ubrani jak do jazdy kabrioletami w
zimę, przed świtem zapada decyzja: po sto gramów na głowę (gardło) z zapasów
przywiezionych jeszcze z Polski.
Kolejny dzień to też trasa kilkuset kilometrów na zachód do Ohio. Wypracowuję
strategię podróży: jechać non-stop z maksymalną szybkością, ale również oszczędzać
autko szczególnie w czasie podjazdów pod górę. Moje IHLE-DKW należy do najsłabszych
pojazdów w rajdzie, bo w młodości dysponowało mocą zaledwie 18 KM. Teraz samochód
jest obładowany bagażem tak dużym, że część umieszczona jest w dodatkowym kufrze
nad kołami zapasowymi. Wymaga to szczególnego dobierania ciśnienia w kołach:
nieco za niskie - to jazda z nadmiernie ugiętymi motocyklowymi oponami; za duże
- grozi rozerwaniem drutów w ogumieniu o wymiarze 4.00x19".
Tego dnia zza szyb automobilu obserwuję zjawisko niespotykane w innych rejonach
USA: na drodze pełnej pędzących aut pojawiają się konne zaprzęgi i ubrani na
czarno podróżni. Tu mieszkają Amisze - ludzie którzy rezygnują ze zdobyczy współczesnej
cywilizacji i prowadzą surowy tryb życia przeniesiony z połowy dziewiętnastego
wieku.
Dzisiejszy etap kończymy żmudnym poszukiwaniem wskazanego przez Organizatora
campingu. Są chwile wesołości, gdy wśród pól kukurydzy na skrzyżowaniach dróg
z czterech stron jednocześnie nadjeżdżają uczestnicy rajdu, a każda grupa jest
przekonana że jedzie właściwą drogą.
Rajdowy itinerer jest bowiem mocno uproszczony. Mój pilot proponuje mi chytre
posunięcie: zatrzymujemy przypadkowy miejscowy pojazd i pytamy gdzie jest ten
camping. Tubylec mówi że chyba wie, ale lepiej będzie jeżeli po prostu pojedziemy
za nim. To bardzo uprzejme - więc on prowadzi. Ale po przejechaniu ze 30 km
zaczynamy mieć wątpliwości czy nie jedziemy gdzieś do odstrzelenia. Zatrzymujemy
się, a nasz "przewodnik" robi to samo, ale zachowuje odpowiednio duży
dystans. Gdy my ruszamy - on rusza również. Jedziemy tak w samotności, a wokół
ściany kukurydzy. Postoje powtarzają się kilkakrotnie a nas nachodzą czarne
myśli. Przejechaliśmy już ponad 50 km i wreszcie są jakieś zabudowania. Okazuje
się, że na polnym campingu jesteśmy dziś jedni z pierwszych. To był jednak porządny
tubylec-przewodnik.
Kolejnego dnia mamy nadzieję dojechać do Chicago. Stosunkowo spokojnymi, bocznymi
drogami przejeżdżamy przez stan Indiana, ale w Illinois czujemy coraz większy
ruch samochodów. Nic dziwnego - dojeżdżamy do ogromnego miasta nad Jeziorem
Michigan.
Nasz camping leży w zachodniej części Chicago i jest chyba najtańszym i najgorszym
campingiem w tym rejonie. Aby rozbić namioty należy najpierw wygrabić kamienie
z wybranego placyku. Dopada nas wtedy rój komarów, które rozbudzamy naszą działalnością.
Mamy tu mieszkać przez dwie noce -więc trzeba się uzbroić w cierpliwość lub
specyfik na komary. Ale przecież Chicago to w połowie polskie miasto!. Już o
rajdzie i przyjeździe Polaków informuje tutejsze Polskie Radio, a my na dzisiejszy
wieczór jesteśmy zaproszeni do Domu Podhalan. Prosimy więc by ugoszczono nas
dużą ilością płynu przeciwko komarom.
Na spotkanie z Polonią jedziemy całą polską grupą i zabieramy jeszcze Organizatorów
rajdu.
Przyjęcie w Domu Podhalan przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania, choć trochę
znamy typową polską gościnność. Uginające się od jadła stoły, mnóstwo Polaków,
góralska kapela, przemówienia, prezenty. Jesteśmy wygoszczeni, wyściskani, wybawieni.
Nasi zagraniczni koledzy gotowi są teraz uwierzyć ze Chicago to całkowicie polskie
miasto.
Wracamy na camping, gdzie tego wieczora padający deszcz rozmył nasze namioty.
Niezbyt to nam przeszkadza, niektórzy zasypiają w śpiworach bez namiotów.
Następnego
dnia dla całego obozu wydajemy śniadanie z resztek jadła po wczorajszej kolacji,
a na dodatek wszystkich potrzebujących skrapiamy specyfikiem przeciwko komarom,
który też dostaliśmy od Polonii. Po śniadaniu - cały rajd jedzie na samochodowy
pokaz do dzielnicy Berwyn.
Oprócz naszych aut z Europy przyjechało tu kilkaset zabytkowych i kolekcjonerskich
pojazdów z Chicago.
Polska ekipa parkuje razem i oczywiście pod polską flagą. Po chwili z sąsiednich
domów przychodzą gospodarze-Polacy i zapraszają do środka w odwiedziny. Rzeczywiście
jesteśmy chyba w polskim mieście.
Gościna jest serdeczna, ale naszym samochodom przydał by się techniczny przegląd
po tej "dojazdówce" do Chicago i przed startem po prawdziwej ROUTE-66.
Po pewnym czasie jesteśmy więc wszyscy w ogromnym warsztacie samochodowym, gdzie
możemy usuwać usterki w naszych pojazdach. To nic, że jest sobota i warsztat
powinien być zamknięty. W Ameryce klient nie ma wstępu na halę napraw samochodów
- ale dla nas ten zakaz nie istnieje. Właściciel i Polonusi zasypują nas specyfikami
na poprawną pracę samochodowych mechanizmów - oczywiście gratis. Jesteśmy wzruszeni
tą pomocą, z której korzysta również kilku innych uczestników rajdu - szczególnie
tych, którzy już wczoraj przekonali się, że Chicago to prawdziwie polskie miasto
i tu dobrze jest trzymać się blisko Polaków.
Niestety, po weryfikacji w warsztacie wycofuje się z rajdu nasz FIAT-514 ze
względu na awarię skrzyni biegów. Załoga przesiada się do innych aut. Za to
do polskiej ekipy i do rajdu dołącza Piotr Lepiarski, mój kuzyn mieszkający
w Kanadzie, a dosiadający leciwą SKODĘ S-100, Przyjechał nas odwiedzić "na
chwilę", a okaże się że dojedzie z nami aż do końca rajdu.
W
niedzielę, 26 września rozpoczynamy właściwą podróż po Historycznej
Drodze US-66, zwanej przez Amerykanów Matką Dróg. Rajd jedzie do centrum
miasta, by przy historycznym początku trasy wystartować na znak Burmistrza Chicago.
Trasa rajdu jest tak dobrana, by przejechać po wszystkich zachowanych odcinkach
starej drogi. Oczywiście niektóre jej fragmenty są wielokrotnie przebudowane,
szczególnie w takim rejonie jak Chicago. Ale już pod koniec dzisiejszego etapu
liczącego ponad 400 km będziemy jechać przez odcinki gdzie ruch samochodowy
maleje i czujemy, że droga i jej otoczenie jest jakby nie z tej epoki.
Kolejnego
dnia czeka nas najdłuższy odcinek - prawie 600 km trasy. Najsłabsze auta wyjeżdżają
o świcie. Jednym z nich jest nasze BMW-DIXI z silniczkiem o mocy 15 KM. Mamy
nadzieję spotkać się wieczorem w Springfield (w Missouri). Niestety, jeszcze
przed St.Louis i pięknym łukiem-bramą nad rzeką Missouri, widzimy przewrócone
BMW na skraju autostrady, wokół policja i rozgorączkowani uczestnicy rajdu,
a nasi koledzy z DIXI podobno zostali odwiezieni do najbliższego szpitala.
Wypadek
jest poważny - auto koziołkowało wraz z kierowcą, a pilota uderzenie wyrzuciło
z fotela.
Komandor rajdu i polskie załogi na szybszych samochodach jadą do szpitala. Okazuje
się, że sprawcą wypadku był amerykański kierowca który przysnął za kółkiem i
od tyłu uderzył w BMW. Obrażenia naszych kolegów są dość poważne, ale po 3 godzinach
spędzonych w szpitalu i założeniu kilkunastu szwów mogą być wypisani. Uratowało
ich bardzo grube ubranie, które tego dnia założyli wyjeżdżając tak wcześnie
na trasę. Tu wypada opisać jak zadziałał system ubezpieczenia kierowców w USA.
Ponieważ ewidentnym sprawcą wypadku był prawidłowo ubezpieczony amerykański
kierowca - z jego polisy i bez dyskusji pokryte zostały wszelkie szkody poniesione
przez załogę BMW-DIXI. A było tego sporo: same koszty pobytu w szpitalu oceniono
na 1500$. Polskiej załodze zwiedzającej USA na dalszą podróż zaproponowano zwrot
kosztów hoteli i wynajęcia współczesnego samochodu. Policja oceniła, że BMW
nie nadaje się do odbudowy - więc ubezpieczyciel bez dyskusji wypłaca całą wartość
samochodu. Pokryte są straty w bagażu (uszkodzona kamera i aparaty fotograficzne).
Z mniej poszkodowanym pilotem została zawarta ugoda, że po zainkasowaniu okrągłej
sumy nie będzie już narzekał. Staś Tabisz mocniej oberwał w wypadku, więc jego
stan zdrowia będzie oceniony na końcu podróży, a ostateczne decyzje o pełnym
odszkodowaniu zapadną po rocznej obserwacji. Teraz otrzyma tylko pokaźną zaliczkę.
Wszelkie wypłaty mogą nastąpić natychmiast - proszę tylko podać numer konta.
I tu zaczęły się drobne kłopoty, bo po pierwsze nikt z Polaków nie miał bankowego
konta w USA, a po drugie codzienna podróż uniemożliwiała zakończenie niezbędnych
formalności. Odebranie odszkodowania udało się dopiero na końcu rajdu w Los
Angeles.
Po dwóch dniach od wypadku, gdy rajd przez Kansas dojechał do Tulsy w Oklahomie,
Staś i jego pilot byli znowu z nami.
Następnego
dnia dojeżdżamy do Anadarko - miejsca szczególnego dla Indian. To
stolica większości szczepów indiańskich z terenu całego USA. Dla białego
człowieka otwarta dopiero 6 sierpnia 1901 roku, a wsławiona dzielną obroną w
1874 roku.
Jako przedstawiciele wielu krajów europejskich jesteśmy tu witani szczególnie
serdecznie i porównywani do wielu szczepów indiańskich współżyjących dziś zgodnie
na terenie Ameryki.
Spotkanie w stolicy Indian nie mogło się obyć bez tradycyjnych tańców. A więc
na początku był powolny taniec bawołu, potem nieco szybsze pląsy - to taniec
węża, a na końcu bardzo szybki, bo wpadający w trans taniec wody ognistej.
Z żoną czarownika tańczył nawet obandażowany Staś, który jako blada twarz w
cylindrze i z siwą brodą wzbudzał wśród Indian szczególny szacunek. W intencji
szybkiego wyzdrowienia otrzymał od czarownika specjalny talizman - orle pióro
do swojego cylindra.
Od Wielkiego Wodza Indian każda krajowa reprezentacja otrzymała tradycyjną
flagę Oklahomy. Polacy zrewanżowali mu się wręczeniem proporczyka i przypięciem
znaczka Automobilklubu Polski.
Kolejne
kilkaset kilometrów w ciągu następnego dnia i jesteśmy w Texasie. Wzorem dawnych
osadników rozbijamy obozowisko nad jeziorem na niewielkim campingu. Takie przynajmniej
było zamierzenie komandora rajdu gdy opracowywał trasę. Tymczasem okazało się,
że na prawie 300 osób jest na campingu tylko jeden kran z bieżącą wodą, a jezioro
wyschło. Na szczęście prawie każda załoga ma ze sobą zapas wody (do chłodnicy).
Jest natomiast teksaska orkiestra i grupa traperów ze sprzętem i starymi wozami,
a z nimi całkiem smaczne teksaskie jadło.
Szybko nawiązujemy nowe znajomości, a jeden z miejscowych farmerów koniecznie
chce zamienić swoje nowe kowbojskie buty na poszarpane adidasy pilota z BMW,
bo są to chyba szczęśliwe kapcie jeżeli ich właściciel wyszedł w nich cało z
ciężkiego wypadku.
Kolejnego,
trzynastego dnia rajdu wjeżdżamy do Nowego Meksyku. Tu jadę najgorszymi szutrowymi
odcinkami ROUTE-66, tak złymi, że nawet serwisowe wozy które są zobowiązane
jako ostatnie jechać według oficjalnej trasy, tym razem wybierają inną utwardzoną
drogę. Jest to lekko irytujące, gdyż możemy zostać bez pomocy.
Szczęśliwie dojeżdżamy do Tucumcari, gdzie z okazji wizyty międzynarodowego
rajdu, szkolne drużyny amerykańskiego futbolu dają pokaz swoich umiejętności.
Szczerze mówiąc niewiele rozumiemy z zasad tej gry i bardziej nas interesują
popisy dziewcząt barwnie dopingujących swoich zawodników.
Następnego
dnia przejeżdżamy prawie cały Nowy
Meksyk. Dzisiejszy program jest bardzo napięty. Rano trochę odjeżdżamy od
głównego szlaku, by odwiedzić Puerto de Luna - miejsce gdzie przebywał słynny
awanturnik z Dzikiego Zachodu - Billy Kid. Na jego pamiątkę corocznie odbywa
się tu małe przestawienie z ogromną strzelaniną. Po południu itinerer prowadzi
do stolicy Nowego Meksyku - Santa Fe. Ale uwaga: droga jest bardzo górzysta,
więc słabsze auta mogą jechać bezpośrednio na metę do Albuquerque. Korzystam
z tego zezwolenia i po raz pierwszy na tym rajdzie mogę nieco w ciągu dnia odpocząć,
a właściwie w dniu 2 października przygotować swoje urodzinowe przyjęcie.
Corocznie w Albaquerque odbywa się największe na świecie spotkanie balonów na
gorące powietrze. Tak jest i teraz, a my mamy szansę to zobaczyć jak około 600
statków powietrznych najbardziej wyszukanych kształtów unosi się do góry. Niezapomniany
widok, choć dziś brakuje wiatru, a balony po godzinie opadaj ą praktycznie na
to samo miejsce.
Koledzy z szybkimi samochodami zostają jeszcze do zmroku, bo wtedy balony uniosą
się jeszcze raz, a używając świecących palników będą przypominały kolorowe lampiony
na tle ciemnego nieba.
Dzień kończymy w Gallup - mieście Indian Hopi. Tu jednak w czasie wjazdu na
camping zdarzył się kolejny ciężki wypadek. Jadąc bowiem na Zachód, codziennie
wieczorem jesteśmy oślepiani słońcem, a nasze autka są zdecydowanie mniejsze
niż samochody czy ciężarówki amerykańskie.
Jadący też pod słońce meksykański kierowca nie zauważył szykującego się do lewego
skrętu samochodu kolegów z Holandii i praktycznie przejechał po ich DKW. Prawdopodobnie
nie miał ubezpieczenia, więc uciekł. Poturbowana załoga, gdy tylko zorientowała
się w kosztach leczenia - wolała się możliwie szybko wycofać z rajdu i wracać
do Amsterdamu.
Szesnasty
dzień to przejazd do Monument Valley. Już od dawna droga prowadzi po Wielkiej
Wyżynie na poziomie około 2000 metrów n. p. m., ale teraz krajobraz
wokół staje się bajecznie księżycowy. Czerwone skały i pagórki to dopiero
zwiastun parku narodowego i rezerwatu Indian Navajo. Moje autko dzielnie pokonuje
kolejne wzniesienia, ale mimo dodatkowego, elektrycznego wentylatora coś za
często muszę dolewać wodę do chłodnicy. Chyba coś złego dzieje się z silnikiem
- więc jeszcze ostrożniej trzeba go używać.
Parkujemy
na uroczym obozowisku w wąwozie. Pomoc drogowa przywozi Triumpha Spitfire'a
i Witka Tkacza, który melduje że zgubiło mu się sprzęgło. Następnego dnia kolumną
aut jedziemy do rezerwatu leżącego na granicy czterech stanów: Colorado, Nowego
Meksyku, Arizony i Utah. Ja zostawiam na campingu swoje IHLE-DKW pod opieką
Witka, który wraz z zainteresowanym przygodnym Indianinem na zamiar naprawić
swój wóz.
Monument Valley to nieprawdopodobna dolina pełna naturalnych rzeźb wykonanych
przez Naturę w ciągu wielu milionów lat. Krajobraz jedyny na świecie, czasami
wykorzystywany jako sceneria kowbojskich filmów czy reklam papierosów Marlboro.
Zwiedzamy go na terenowych pojazdach
kierowanych przez Indian.
W połowie wycieczki - postój pod skałą z otworem (Navajowie nazywają ją Oko
Słońca) i poczęstunek indiańskimi przysmakami: placek kukurydziany i ostro przyprawiona
fasola. Na koniec indiańskie tańce, ale o znacznie innej wymowie niż w Anadarko.
Wieczorem wracamy do obozowiska, gdzie Witek kończy konstruować tarczę sprzęgła.
Cierpliwy Indianin ręczną wiertarką odzyskał mu nity ze starej tarczy, a ponieważ
z oryginalnej zachował się jedynie wielowpust, więc teraz tylko trzeba go połączyć
klejem do turbin z metalową tarczą a na nią nanitować okładziny od ..Fiata-126.
Witek może jechać dalej, ale moje auto po 50 kilometrach odmawia posłuszeństwa.
Mam całkowicie zatarte tłoki, ale i przezornie zabrany z Polski zapasowy silnik.
Tego dnia jednak auto jedzie na lawecie, a załoga w serwisowym autobusie. Z
tej sytuacji bardzo cieszy się mój pilot, bo właśnie nastąpiło oberwanie chmury
i każdy by chciał jechać autobusem, a już na pewno nie kabrioletem. Dojeżdżamy
do Flagstaff w Arizonie.
Wieczorem,
na kolacyjnym stole mamy trochę jedzenia i dużo części do przekładanego silnika.
Prawie kończymy nocną robotę, ale następnego dnia czeka nas coś szczególnego:
poznanie Wielkiego Kanionu. Zostawiam dokończenie remontu na później i luksusową
Skodą S-100 jadę poznać ten fenomen.
Po płaskowyżu Arizony płynęła sobie kiedyś rzeka. Ta rzeka przez miliony lat
wycięła w skałach otwór o powierzchni Szwajcarii i głębokości prawie 2.000 metrów.
Wielki Kanion rzeki Colorado jest rzeczywiście tak wielki, że opisywanie go
nie ma większego sensu. Trzeba to zobaczyć, a najlepiej z samolotu lub z kilku
specjalnych miejsc widokowych. Wrażenia pozostaną na zawsze.
Następnego
dnia pojechaliśmy po inne wrażenia, tym razem do Las Vegas. Po drodze na granicy
Arizony i Nevady jeszcze raz spotykamy rzekę Colorado, ale ujarzmioną ogromną
tamą zbudowaną w latach 1931 - 1935. To największa inwestycja hydrologiczna,
zapewniająca słodką wodę dla większości zachodnich stanów USA.
Niestety po drodze zapaliła się nasza
Caravelle i nie nadaje się do dalszej jazdy.
W
dzień Las Vegas nie wygląda imponująco. Po zakwaterowaniu w jednym z hoteli
(tu nie ma miejsc campingowych) zabrałem się za dokończenie remontu swojego
silnika. Pamiętam gorący asfalt jeszcze długo po zachodzie słońca, na którym
siedziałem przy samochodzie. Ale autko naprawiłem. Teraz mogłem się oddać hazardowi.
Kasyna gry i najróżniejsze automaty z jednorękim bandytą na czele są tu czynne
non-stop. Podobno nawet można coś wygrać, ale ja nie miałem takiego szczęścia.
Natomiast nocne życie Las Vegas i miliony świateł - to wizytówka tego miasta
zbudowanego na pustyni jako stolica hazardu USA.
Ponieważ większość turystów przegrywa tu dużo pieniędzy, więc miejscowi inwestują
je w dalszy rozwój tego interesu. Budują najwymyślniejsze kasyna, hotele i restauracje,
przy czym usiłują zaskoczyć konkurentów kolejnymi szalonymi pomysłami. Powstają
więc budynki w kształcie egipskich piramid, pirackich statków, pałacy z 1001
nocy, rzymskich amfiteatrów itd.., a otoczone palmowymi gajami, rzeźbami, sztucznymi
wulkanami, wodospadami itp. Pamiętajmy jednak, że rzecz się dzieje na pustyni,
a każde drzewko musi być indywidualnie nawadniane.
Niektórzy właściciele kasyn swoje krociowe zyski lokują w bardziej zrozumiałe
mi szaleństwa: przez pół dnia zwiedzaliśmy jedną z największych
na świecie kolekcję 600 automobili,
w
tym unikalny zbiór najdroższych aut: Dussenbergów.
Tradycją w Las Vegas jest inne szaleństwo: ekspresowe śluby i rozwody. Z uczestników
rajdu trzy pary poczuły "wolę bożą" i biorąc za świadków pozostałych
rajdowców zawarły związek małżeński. Do Polskiej Reprezentacji każda para otrzymała
proporczyk Automobilklubu na nową drogę życia.
Po
kilku dniach szaleństw - jedziemy dalej. Tym razem do Kingman w Arizonie, gdzie
miejscowy klub fanów ROUTE-66 wita
nas specjalną bramą rajdową, muzyką country i piknikiem przy starym parowozie
niegdyś obsługującym linię kolejową Santa-Fe. Parowóz
jest imponujący, a ja z trudem sięgam mu do wierzchołka jego kół napędowych.
Nic dziwnego że teraz pociągi na górzystym szlaku Santa-Fe są czasem ciągnięte
przez siedem sprzężonych lokomotyw spalinowych (sam liczyłem).
Do końca trasy zostały jeszcze dwa dni. Odwiedzamy miasteczko Oatman, gdzie
wszyscy żyją tak jak w czasach gorączki złota. Ulicami z drewnianymi chodnikami
chodzą osobnicy z coltami, a część parkingów przed lokalami jest zarezerwowana
dla wierzchowców.
Przekraczamy ostatnią granicę stanów i po dość dokładnej kontroli (nie wolno
przewozić niektórych produktów żywnościowych) wjeżdżamy do Kaliforni
Zanim zaparkujemy na ostatnim campingu w Barstow, odwiedzamy wymarłe miasto
poszukiwaczy srebra - Calico. Na zboczu góry pozostało miasto duchów, które
w latach 1881-1896 liczyło ponad 2500 ludzi. Ale pokłady srebra się wyczerpały
i wszyscy go opuścili. Teraz jest jedynie atrakcją turystyczną.
Ostatni
dzień jazdy to w pierwszej części długie zjazdy z surowych gór Sierra Nevada
szosą z charakterystycznymi bocznicami pełnymi sypkiego piachu, w którym można
bezpiecznie wyhamować, jeżeli zawiodą inne sposoby. Potem już jazda wśród palmowych
alei i powracającej cywilizacji. To już ostatnie odcinki historycznej drogi
"66" prowadzące do Santa Monica, a właściwie północnej dzielnicy Los
Angeles.
Finał rajdu zorganizowano na molo,
wchodzącym prawie 200 metrów w Pacyfik. Nie wszystkie pojazdy dojechały
tu na czas, ale mojej IHLE udało się stanąć w szeregu z rozwiniętą polską flagą.
Przejechaliśmy
całą Ameryką szlakiem zdobywców Dzikiego Zachodu i wędrówek ludzi w czasach
Wielkiego Kryzysu. Z 7 polskich załóg do mety dojechały 4 auta, a mój samochód
jest wśród nich najstarszy.
Teraz
tylko należy ostrożnie przejechać całe Los Angeles, bo nasz hotel jest w części
południowej. To trudne zadanie, bo korzystamy z wielopasmowych autostrad w najbardziej
zagęszczonym ruchu ulicznym.
Po odstawieniu aut na parking mamy chwilowo dosyć naszych weteranów szos. Zwiedzanie Los Angeles, a w tym wizyty w Hollywood i Dysneylandzie dokonujemy już wynajętym, współczesnym autem. Polska ekipa te kilka dni pobytu w mieście wykorzystuje na dokończenie rozliczeń po wypadku BMW-DIXI. Nie jest to łatwe, ale z pomocą przychodzą nam Polonusi, a wśród nich Roman Harte. To On kilka lat temu w imieniu znanej wytwórni filmowej przywiózł Lechowi Wałęsie bardzo dużą sumę dolarów. Teraz wspólnie jeździmy po miejscowych prawnikach, aby przed wyjazdem wyegzekwować pełne odszkodowanie dla Stasia. Nasza działalność przynosi sukces, a zaowocuje długotrwałą przyjaźnią. Za dwa lata Roman Harte przyjedzie do Polski by zostać pilotem Stanisława Tabisza na międzynarodowym Rajdzie Dookoła Polski '95.
Nadchodzą
chwile pożegnań: odstawiamy nasze auta do portu, by przez Kanał Panamski za
dwa miesiące dopłynęły do Europy. Żegnamy Piotra, który wraca Skodą do Kanady
i załogę Majkowskich, którzy autobusem muszą dojechać do Chicago, bo tam mają
LOT-owski bilet.
Reszta samolotem odlatuje do Amsterdamu, a potem już indywidualnie do domów.
Zakończyła się wielka międzynarodowa przygoda członków klubu CAAR. Ale już mamy nowy pomysł: w 90 rocznicę wyczynu Księcia Borghese na trasie z Pekinu do Paryża zróbmy rajd na tej trasie naszymi pojazdami. Tu w Ameryce przejechaliśmy 6500 km, więc trasa dwa razy dłuższa też jest do pokonania.
I
w 1997 roku odbył się rajd CAAR-u z Paryża do Pekinu.
Ale to już zupełnie inna historia.
Wspomnienia spisał: Tomasz Skrzeliński