Właścicielem zabytkowego auta o wartości około 200.000 $ był i jest Amerykanin William Harrison Binnie, którego pasją są rajdy najciekawszymi zabytkowymi samochodami sportowymi, a on sam należy do elity światowych kolekcjonerów „weteranów szos”.
Przez 2 lata i 3 miesiące krajowe i zagraniczne środowisko kolekcjonerów zabytkowych pojazdów bulwersowała sytuacja zatrzymania przez Prokuraturę Rejonową Warszawa-Ochota (na wniosek Generalnego Inspektoratu Celnego) samochodu BMW-328 z 1937 roku.
To auto zakupił w dniu 28.11.1998 roku na aukcji w Wielkiej Brytanii gdzie dodatkowo zlecił przeprowadzenie remontu, a następnie przyjechał i wziął udział w prestiżowym Rajdzie Monte-Carlo.
Niefortunnie, planując dalsze rajdy po Europie (i po Polsce) sprowadził samochód do Radomia, gdzie po rutynowym, rajdowym serwisie w zaprzyjaźnionym garażu podjęto decyzję o wysłaniu silnika do ponownej, gwarancyjnej naprawy w Wielkiej Brytanii – co unieruchomiło i przedłużyło pobyt auta w Polsce do ok. 1 roku.
W trakcie wywozu auta z Polski w lutym '2000, zostało ono pokazowo zatrzymane „do wyjaśnienia” z nadużyciem siły (długa broń brygady policji celnej) i natychmiastowym nagłośnieniem sprawy w mediach (PAP, kilka gazet, TVP-S.A., TVN) oraz z podaniem pomówień o sprytnych przemytnikach, których przestępstwo udaremniły czujne polskie służby celne.
Jeszcze tego samego dnia zarekwirowany przez Prokuraturę pojazd trafił do... prywatnego muzeum motoryzacji w podwarszawskich Otrębusach. Podobno nie było innego lepszego miejsca w Polsce, aby go bezpiecznie przechowywać. I stał tam na ekspozycji przez 15 miesięcy.
Dziś – po analizie dostępnych dokumentów jest jasne, że całość albo była zaaranżowana, albo opierała się też na kompromitujących błędach polskich urzędników nie mających doświadczeń w sprawach międzynarodowych przewozów zabytkowych pojazdów.
Jednoznaczne wyjaśnienia i dokumenty składane przez polskich pełnomocników i samego właściciela nie znajdowały zrozumienia w polskich urzędach, wręcz przeciwnie: okazywaną fakturę zakupu auta w renomowanym domu aukcyjnym na polecenie polskiego prokuratora (okręgowego) poprzez notę polskiego MSZ do Ministerstwa Spraw Zagranicznych Wielkiej Brytanii sprawdzał Scotland-Yard.
Jednocześnie podtrzymywany był zarzut wprowadzania w błąd organu uprawnionego do kontroli i narażania Skarbu Państwa na uszczuplenie należności celnej (Art. 87 par. 1 kks).
Gdy nadeszła uspokajająca nota o angielskim domu aukcyjnym, należało sprawdzić czy angielski warsztat rzeczywiście naprawiał to auto, a więc też go oficjalnie przesłuchać. Ale ponieważ chyba Anglikom już było dość pomysłów z Polski - sprawa się ciągnęła kilka miesięcy, aż do Polski przyjechał i tu złożył wyjaśnienia właściciel warsztatu, który kiedyś był zresztą szefem mechaników stajni McLaren'a.
Podejrzewano bowiem, że pojazd został wyremontowany w Polsce, mimo że Departament Prawny Głównego Urzędu Ceł wskazał obowiązujące regulacje prawne w tej sprawie, zawieszające wszelkie opłaty celne w takiej sytuacji.
Wyjaśnione przy okazji zostały sprawy kompetencyjne Służb Konserwatorskich w Polsce dotyczące opiniowania i wyrażania zgody na zagraniczny wywóz polskich przedmiotów zabytkowych, mimo że był to samochód zarejestrowany w USA a nie w Polsce.
Stawiane były też kolejne podejrzenia, że pojazd nie jest własnością Williama Binnie, a nawet skąd miał na to pieniądze lub snuto domysły że ten pojazd w cudowny sposób od zakończenia wojny przechował się w stodole na terenie południowo-zachodniej Polski.
Kilkakrotne odwołania od decyzji o przetrzymywaniu zabytkowego auta w Polsce były odsyłane do pierwszej instancji (Prokuratury Rejonowej, a potem do Okręgowej) które nie chcąc przyznać się do błędnego postanowienia – przedłużały pobyt auta w Polsce.
Zdumiony taka sytuacją w Polsce prawowity właściciel auta rozpoczął z USA wysyłać skargi do Prezydenta RP – Aleksandra Kwaśniewskiego, Ambasadora Polski w Waszyngtonie i Ambasadora USA w Warszawie, Polskich Prokuratur (Rejonowej, Okręgowej, Apelacyjnej, Krajowej i Ministra Sprawiedliwości), Generalnego Inspektoratu Celnego w Warszawie oraz do Kongresmanów, Senatorów i Sędziów Federalnych w USA.
Przygotowywał też skargę do Trybunału Europejskiego w Strassburgu.
Do kilku Urzędów w Polsce swoją opinię i wniosek o interwencję wysłał też Klub Pojazdów Zabytkowych i niżej podpisany.
Bowiem tak fatalnie prowadzone postępowanie przygotowawcze bez przedstawienia uzasadnionych zarzutów, publiczne pomówienia, przetrzymywanie i dysponowanie cudzą własnością oraz rażące błędy kilku urzędów mogły budzić w Polsce podejrzenia o korupcję lub arogancję, a na forum międzynarodowym budowały szary obraz polskiej państwowości.
Skłaniały też do wniosku, że w Polsce można w nieskończoność dysponować cudzą własnością i maskować brak wiedzy o zabytkach światowej motoryzacji autorytetem sprawowanego urzędu czy dobrem prowadzonego postępowania – podczas gdy w rzeczywistości cała ta sprawa hańbiła nasz kraj w oczach międzynarodowego środowiska kolekcjonerów zabytkowych aut.
Na automobilowych imprezach najwyższej światowej klasy jak np. rajd Mille-Miglia, krążyła złośliwa przestroga: "jeśli teraz masz kłopoty ze swoim pojazdem - nie martw się takimi głupstwami. Gdybyś pojechał do Polski - tam dopiero byś poznał prawdziwe".
Sprawę opisywały najpoważniejsze polskie media: Rzeczpospolita, Polityka, Auto-Bazar, Przegląd, nawet "NIE".
Wreszcie po 27 miesiącach coś drgnęło: Prokuratura Okręgowa w Warszawie (nadzorowana przez Apelacyjną i Krajową) wydała postanowienie o zwrocie zatrzymanego pojazdu, a następnie decyzję o umorzeniu sprawy. Bez podawania przyczyn i bez słowa "Przepraszam".
W takiej sytuacji w dniu 17 maja pojazd wyjechał z tajnego magazynu w Muzeum Techniki gdzie stał kolejny rok i jeszcze tego dnia został zawieziony na lotnisko Okęcie, został odprawiony, a po dwóch dniach poleciał do USA.
Ten sam celnik, który kiedyś podniósł alarm oraz uaktywnił GIC i Prokuraturę, teraz w dokumentach celnych napisał, że nie ma zastrzeżeń, a koszty odprawy są zerowe.
Zapomniał jednak, że prawowity właściciel na adwokatów, kilkanaście lotów przez Atlantyk, telefony i ekspertyzy wydał około 50.000$. I ma szansę je odzyskać od Polski dochodząc swych praw przed sądami.
Prawdopodobnie Polski Podatnik wydał podobną sumę na energiczne działania polskich urzędników, które zakończyły się całkowitą kompromitacją.
Do tego dojdą jeszcze koszty remontu auta uszkodzonego długim postojem i niefachowym demontażem w trakcie ekspertyz dokonywanych przez polskich biegłych.
Tak więc przygoda zabytkowego BMW w Polsce kosztowała grubo ponad 100.000 dolarów, a przyczyną tych kosztów była wyłącznie niewiedza i arogancja polskich urzędów i urzędników.
Jeżeli mamy się więc uczyć międzynarodowego "weteraństwa" na tak kosztownych błędach - to niech ten przypadek na długo zapadnie w świadomość wszystkim, którzy chcą o zabytkowych pojazdach zabierać głos i podejmować decyzje.
Ten opis - jak wspomnienie koszmarnego snu, niech będzie dla nich przestrogą.
wspomnienia w dniu 25 maja 2002 spisał:
Tomasz Skrzeliński
kolekcjoner i rzeczoznawca pojazdów zabytkowych