Odwiecznym
marzeniem ludzkości było poruszać się sprawniej i w różnych środowiskach. Tajemnicze
konie mechaniczne pomogły te marzenia zrealizować.
Marzeniem organizatorów tego rajdu było zintegrować entuzjastów zabytkowej techniki
poruszanej siłą mechanicznych koni.
(motto z Książki Rajdowej)
Poniższe wspomnienia są mi bliskie z kilku powodów: w dzieciństwie fascynowały
mnie książki Juliusza Verne'a, a teraz moim hobby jest zabytkowa motoryzacja.
Mój serdeczny przyjaciel z dziecięcych lat Andrzej Paszke pasjonuje się obecnie
starymi pociągami, a obaj wychowani w leżącym na pierwszym polskim szlaku kolejowym
Milanówku, często marzyliśmy o wspólnej imprezie blisko naszych rodzinnych stron
z udziałem fascynujących nas zabytków techniki. Tak powstał pomysł zorganizowania
Pierwszego Ogólnopolskiego Rajdu Zabytków Techniki.
Założenia rajdu były następujące: uruchomić wszelkie możliwe środki transportu,
którymi poruszali się ludzie w ostatnim stuleciu, ale zrobić to w Polsce, w
czasie jednej imprezy. Podobną przygodę przeżył bohater powieści Verne'a pan
Filaes Fogg w czasie swojej podróży w 1872 roku, ale my nie mieliśmy do dyspozycji
80 dni i ambicji by objechać cały świat. Musiał nam wystarczyć długi weekend
w majowe dni 1996 roku, natomiast teren województwa skierniewickiego idealnie
zaspokajał nasze potrzeby techniczne.
Do realizacji pomysłu zaprosiliśmy jeszcze kolegę z klubu CAAR - Jurka Kossowskiego,
który ma doskonałe, zawodowe koneksje lotnicze, a sam oprócz posiadania starego
auta, reprezentuje rodzinne tradycje cyklistów. Jego dziadek był pierwszym Polakiem,
który w 1910 roku na motocyklu przejechał Ural.
W pewnym momencie dołączył do nas jeszcze Maciej Zembaty - znany satyryk i mistrz
czarnego humoru, który podjął się opieki medialnej i artystycznej całej imprezy.
Tak
więc w czwórkę podjęliśmy się zorganizować imprezę, w której oprócz 65 pojazdów
z Polski udział zgłosili zawodnicy z Niemiec, Holandii,
Francji i Wielkiej Brytanii. Podkreślam, że rajd spontanicznie organizowało
czterech nawiedzonych dżentelmenów, którzy musieli zorganizować wszystko sami,
by spełnić jeszcze jedno karkołomne założenie: impreza ma być maksymalnie tania
dla uczestników, ale wszystkim ma dać możliwie dużo niezapomnianych wrażeń.
Tylko ci, którzy kiedykolwiek sami próbowali zorganizować duży rajd samochodowy
lub inną imprezę, mogą potwierdzić, że było to duże wyzwanie dla czwórki komandorów.
Do sukcesu w takiej pracy
potrzeba jest pomoc sponsorów, których najpierw należy znaleźć. Tu dopisało
nam szczęście, bo oprócz wpłat finansowych, uzyskaliśmy dużą pomoc rzeczową
od instytucji i władz terenowych, a nawet od Fundacji Ochrony Zabytków Militarnych
z Londynu, działającej pod patronatem byłego prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego.
Udało się też zorganizować Komitet Honorowy Rajdu, na czele którego stał Minister
Transportu i Gospodarki Morskiej - dr hab. Bogusław Liberadzki, a w skład którego
weszły osoby z ogromnym autorytetem dla regionu województwa skierniewickiego
i dla wszelkich rodzajów zabytkowego transportu.
Zwiastunem
rajdu była konferencja prasowa zorganizowana w Domu
Dziennikarza na ulicy Foksal w Warszawie w dniu 21 kwietnia. Pod uroczy
pałacyk przyjechało kilka zabytkowych samochodów, jako przykład tego co będzie
brało w rajdzie. Owocem tej konferencji i zaproszenia dziennikarzy na trasę
rajdu będzie potem około trzydzieści artykułów prasowych i liczne wzmianki w
radio i TV (nawet w telewizji szwajcarskiej). Właściwe rajdowe dni rozpoczęły
się we wtorek 30 kwietnia 1996 roku, gdy do bazy rajdu na campingu w Kamionie
zaczęli przyjeżdżać pierwsi zawodnicy. Wyjątkiem były dwie załogi angielskie,
które przyleciały do Polski już kilka dni wcześniej i pomogły mi w ostatnich
przygotowaniach: kompletowaniu książki rajdowej i ostatecznym objechaniu trasy.
W środę l maja, długa na
dwa kilometry kolumna pojazdów przyjechała pod ratusz w Skierniewicach. Kolumną
kierowała para zabytkowych milicjantów na MZ-ce z koszem. Jak donosiły potem
gazety, tego dnia w mieście nie było ani pierwszomajowego pochodu, ani kontr-pochodu,
bo większość mieszkańców powitała nas przed Urzędem Wojewódzkim i Radą Miejską
w Skierniewicach. Stosowne przemówienia wygłosił Prezydent i Wojewoda Skierniewicki,
a z naszej strony "dał głos" znany gawędziarz samochodowy Krzysztof
"Szaya" Szaykowski i mieszkający tu komandor d/s kolejowych - Andrzej
Paszke.
Towarzyski rajd zabytkowych pojazdów to połączenie pokazów naszych pojazdów
dla zainteresowanej publiczności oraz możliwość poznania miejscowych atrakcji
przez uczestników imprezy. Pierwszy etap w Skierniewicach kończył się przy pałacu
- rezydencji prymasów elekcyjnych, gdzie jako ostatni mieszkał i tworzył Ignacy
Krasicki. Teraz mieści się tu Instytut Warzywnictwa.
Kolejny postój to zabytkowa parowozownia na trasie Warszawsko-Wiedeńskiej Drogi
Żelaznej, pierwszej linii kolejowej w Polsce, otwartej w 1845 roku.
Współorganizatorem rajdu było bowiem Polskie Stowarzyszenie Miłośników Kolei,
które opiekuje się terenem zabytkowej parowozowni w Skierniewicach, a mając
doskonale rozeznanie w starym taborze kolejowym - gromadzi tu ciekawe eksponaty
z nadzieją że wszystkie będą kiedyś całkowicie odrestaurowane. Niektóre z nich
są już odnowione.

Do
tej pory w rajdzie brały udział jedynie "kołowate" pojazdy mogące
się poruszać po tradycyjnych drogach. Jechały więc samochody osobowe, stare
motocykle, bojowe wozy strażackie
z początku lat dwudziestych, był najstarszy polski autobus: Polski Fiat
621 i angielski piętrowy Bristol z 1950 roku. Dwoma
bicyklami z 1887 roku jechali dwaj bracia-bliźniacy z Warszawskiego Towarzystwa
Cyklistów.
W parowozowni dołączyły do rajdu nieco inne pojazdy. W gotowości do odjazdu
czekał rajdowy normalnotorowy pociąg oraz można było poznać światowy unikat
- akumulatorowy zestaw marki
Wittfeid z 1913 roku i kilka zabytkowych wagonów towarowych w tym cysternę
z 1910 roku, a dla zaspokojenia sportowych ambicji czekała ręczna
drezyna typu "moja-twoja" z 1940 roku. Nad lokomotywownią wznosił
się gotowy do odfrunięcia rajdowy balon na rozgrzane powietrze.
Kilka silnych, męskich ekip zmierzyło się w walce o największą prędkość na ręcznej
drezynie. Uzyskane szybkości nie przekraczały 35 km/godz, ale walkę należało
przerwać, gdyż jednej z załóg udało się wykoleić drezynę. Dwaj dzielni chłopcy
zamiast tytułu demonów szybkości żelaznego szlaku, uzyskali mniej zaszczytny
tytuł wykolejeńców. Dzięki uprzejmości kolejarzy i operatywności Andrzeja, przesiedliśmy
się następnie do specjalnego pociągu ciągniętego przez starą; dieslowską lokomotywę
serii SM-42 z 1965 roku, by przejechać odcinek przez Bolimowski Park Krajobrazowy.
Jedziemy
najstarszym szlakiem kolejowym w Polsce, obchodzącym niedawno uroczystości 150
lat istnienia, a z głośników słychać informację o mijanych krajobrazach i historii
tej drogi żelaznej.
Dojeżdżamy tak do Puszczy Mariańskiej, gdzie wita nas Wójt, kapela i wojskowy
poczęstunek przy dworcu. Po powrocie do Skierniewic mamy w programie jeszcze
zwiedzanie starej lokomotywowni ze zbiorami parowozów i wagonów gromadzonych
przez Polskie Stowarzyszenie Miłośników Kolei i mieszkającego tu Andrzeja.
Pierwszy dzień kończymy przejeżdżając przez Puszczę Bolimowską tym razem naszymi
"kołowatymi" szosowymi pojazdami, a potem już czas na wieczorne ognisko
i sponsorskie piwo oraz jeszcze jedną atrakcja: samochodowe kino w amerykańskim
stylu z lat pięćdziesiątych. Na parkingu wokół ekranu stojącego na wolnym powietrzu
półkolem ustawiają się samochody z załogami w środku, a ze starego projektora
puszczamy filmy wygrzebane z archiwów Filmoteki Polskiej.
Kolejny
dzień rajdowy zaczyna się przejazdem kolumny pojazdów do Rogowa i zwiedzaniem
Leśnego Zakładu Doświadczalnego Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego - Akademii
Rolniczej i szczególnie piękne okazy roślin w alboretum oraz alpinarium w parku
dendrologicznym.
Następnie przestawiamy nasze pojazdy na teren końcowej stacji kolejki wąskotorowej
w Rogowie, gdzie czeka na nas kolejny
zabytek mobilnej techniki: pociąg wąskotorowy prowadzony przez parowóz
typu "LAS" wyprodukowany w Polsce w 1949 roku, a ściągnięty tu
specjalnie z Ełku dzięki uprzejmości Dyrekcji Polskich Kolei Państwowych.
Większość samochodów bierze udział w sesji
zdjęciowej na tle "samowarka", a potem jazda w smudze parowozowego
dymu przez Jeżów do Głuchowa. Dalej do Rawy Mazowieckiej ciągnie nas wąskotorowa
lokomotywa spalinowa serii Lxd2 z 1956 roku, bo w parowozie brakuje już pary.
Po godzinnym spacerze po sennym miasteczku wracamy, zatrzymując nasz pociąg
przy zabytku klasy zerowej - modrzewiowym kościółku w Boguszycach, zbudowanym
w 1550 roku.
Prawie w komplecie wracamy do samochodów i przez Brzeziny jedziemy do Lipiec
Reymontowskich. Niestety na rajdowy pociąg w Rawie Mazowieckiej spóźnił się
kierujący Spitfire'em po ROUTE-66 Witek Tkacz, który zresztą zawsze ma jakieś
przygody z wąskotorowymi pojazdami. Tym razem po uzyskaniu informacji, że najbliższy
pociąg będzie za ...3 dni, wrócił prosto do bazy rajdu, ale taksówką.
Tymczasem w Lipcach czekają
na nas kolejne atrakcje. Ta niewielka wieś upamiętniona powieścią nagrodzoną
Noblem, może pochwalić się własnym muzeum regionalnym pamięci Stanisława Reymonta,
Domem Kultury z zespołem folklorystycznym oraz Muzeum Czynu Zbrojnego społecznie
zorganizowanym i prowadzonym przez pułkownika Murgrabiego. Właśnie płk Murgrabia
witał nas przed wjazdem do Lipiec na opancerzonym wozie bojowym, zwiększając
w ten sposób rodzaj pojazdów biorących udział w Rajdzie.
W
remizie i Domu Kultury jesteśmy zaproszeni na występ zespołu
pieśni i tańca "Wesele Boryny". Mimo amatorskiego statutu, poziom
artystyczny jest w pełni profesjonalny, bo zespół istnieje od 65 lat i jest
wizytówką mieszkańców Lipiec Reymontowskich, a nestorka zespołu Jagustynka śpiewała
jeszcze samemu Reymontowi. Urok zespołu, a szczególnie dziewcząt ubranych w
piękne łowickie stroje najbardziej docenił szef ekipy francuskiej, komandor
najbardziej prestiżowych rajdów europejskich rozgrywanych co dwa lata w Szampanii,
co zaowocowało zaproszeniem weterańskiej reprezentacji Polski na kolejną edycję
tego rajdu do Francji. Wspólnym fotografiom prawie nie było końca, więc tego
dnia spóźniliśmy się na tradycyjne, wieczorne, rajdowe ognisko. W piątek 3 maja
opuszczamy bazę w Kamionie koło Skierniewic i tym razem z naszymi pojazdami
drogowymi znów odwiedzamy Puszczę Mariańską, a następnie przez Mszczonów, Radziejowice
i Jaktorów, dojeżdżamy do Żyrardowa.
Władze miasta znanego z zakładów lniarskich przygotowały dla nas dobry obiad,
więc my na kilka godzin parkujemy nasze pojazdy w centrum miasta, by mieszkańcy
Żyrardowa mogli je dobrze poznać.
Po
południu przejeżdżając przez Guzów - rezydencją rodziny Sobańskich i pierwszą
cukrownię w Polsce, jedziemy na lotnisko koło Sochaczewa, na Święto
Pułku Rozpoznania Lotniczego. Naszymi pojazdami uświetnimy tutejsze pułkowe
uroczystości, a dla nas obcowanie z techniką lotniczą jest kolejną atrakcją
rajdową. Jurek Kossowski w randze podpułkownika wojsk lotniczych przejmuje teraz
dowodzenie rajdem i ustawia nas obok odświętnie przygotowanych samolotów i sprzętu
lotniczego.
Na pasie startowym można oglądać zarówno współczesne samoloty bojowe jak i starsze
samoloty. Głównym zainteresowaniem cieszy się najstarszy, latający pojazd rajdowy
- dwupłatowiec CSS-13 zbudowany
w 1953 roku. Areoplan należący do Wyższej Szkoły Oficerskiej w Dęblinie,
jest w doskonałej kondycji i zabiera na pokład chętnych rajdowców, którzy ustawiają
się tu w długiej kolejce. To duża frajda zasiąść w otwartej gondoli samolotu,
być smaganym przez pęd powietrza od śmigła i przy szybkości 70 km/godz unieść
się w powietrze. Nie może tego zrozumieć Krzysztof "Szaya" Szaykowski,
bo po pierwsze ważąc około 140 kg był pewien, że areoplan, z tego powodu nie
oderwie się z nim od pasa startowego tym bardziej, że długo jeżdżąc swoją ukochaną
dekawką z szybkością przekraczającą nawet 85 km/godz, nie zdarzyło mu się nigdy
oderwać od ziemi choćby jednego koła.
Na
lotnisku dochodzi do ciekawych konfrontacji: sam wjazd krążowników szos z czasów
późnego Eisenhowera na teren jednostki wojskowej z epoki wczesnego Gomułki oraz
sytuacje gdy bicykle z XIX wieku jeżdżą wśród stojących na pasie odrzutowców
lub gdy poczciwa SYRENA-101
z 1961 roku parkuje pod skrzydłami swego rówieśnika AN-2.
Kolejną, wieczorną atrakcją rajdową szczególnie dla przedpoborowych był nocleg
w izbach żołnierskich, a osoby bardziej wrażliwe na niedogodności w wojsku spały
w gościnnych izolatkach dla połamanych, psychicznych, zatrutych, bezzębnych
i rozgorączkowanych.
W
sobotę, 4 maja jedziemy do Sochaczewa, by pokazać nasze auta na miejskim stadionie,
a sami w tym czasie zwiedzamy największe chyba w Europie Muzeum
Kolei Wąskotorowej. Na ekspozycji jest ponad 200 parowozów, wagoników i
unikalnych pojazdów roboczych. Koledzy z zagranicy nie mogą się nacieszyć widokiem
sprzętu i doczekać kolejnej podróży zabytkowym pociągiem. Specjalnie dla rajdu,
wąskotorowy parowóz serii Px29-1704
zbudowany w 1929 roku, przez godzinę powiezie nasz pociąg trasą 18 km do
Wilcz Tułowskich, już w obrębie Puszczy Kampinowskiej.
Po nostalgicznej podróży owiani dymem z paleniska, wsiadamy do gościnne udostępnionych
nam z wojska autokarów i jedziemy nad Wisłę do Wyszogrodu. Mieliśmy tu zaokrętować
się na statek, by osobiście "zaliczyć" wodną przygodę. Niestety, tych
rajdowych zamierzeń nie udało się zrealizować, ale mamy za to kolejną atrakcję:
pieszą wędrówkę przez najdłuższy
w Europie drewniany most. To nic, że przez dziury w jezdni widać
rzekę. Są to bowiem ostatnie miesiące gdy ten most jeszcze jest czynny. Na prawym
brzegu Wisły czekają upominki dla pierwszych wędrowców.
Po długim spacerze kolej na atrakcje duchowe - więc jedziemy do Żelazowej Woli
na koncert chopinowski i spacer po parku.
Po
południu dosiadamy wreszcie nasze pojazdy zdeponowane na miejskim stadionie
w Sochaczewie i w itinererze rajdowym mamy teraz zwiedzanie Muzeum Ziemi Sochaczewskiej
i pole bitwy nad Bzurą, przejazd przez Arkadię i Nieborów z poznaniem ich zabytków,
by spotkać się z całym rajdem na rynku w Łowiczu. Załamuje się niestety pogoda,
więc niektóre załogi jadą bezpośrednio do Łowicza, gdzie władze miasta przygotowały
dla nas powitanie i pokaz dla mieszkańców. W dużym tłumie popisują się bicykliści
z Warszawskiego Towarzystwa Cyklistów, bo tylko oni w takim tłoku mogą wystartować
i zejść z pojazdu.
Po godzinie pokazów startujemy do ostatniego etapu, którego metą jest rezydencja
w Walewicach z 2 połowy XVIII wieku. Po drodze rajd zwiedza jeszcze jeden drogowy
zabytek klasy zerowej: pierwszy na świecie spawany most konstrukcji profesora
Stefana Bryły, leżący obok międzynarodowej trasy Warszawa-Poznań. Potem przez
miejscowość Sobota (a tego dnia jest sobota właśnie) dojeżdżamy wreszcie do
finału.
W Walewicach pani Maria
Walewska przyjmowała Napoleona Bonaparte i zostało to odnotowane na kartach
historii. Teraz, pełniąc honory komandora rajdu, ja mam zaszczyt przyjąć i ugościć
prawie 150 uczestników imprezy. Minę mam jednak trochę niewyraźną, bo przyjęcie
w salach zamkowych wprawdzie wydaje się okazałe, ale na deser ma być koncert
piosenek komunikacyjnych przygotowany przez Macieja Zembatego i Jego Przyjaciół.
Nocny koncert miał się odbyć na tarasie pałacu, od strony parku, a nasze pojazdy
miały kolejno wjeżdżać na scenę w zależności od treści piosenek. Całość miała
być nagrywana przez profesjonalną ekipę telewizyjną. Niestety, ze względu na
bardzo złą pogodę trwa właśnie gorączkowe przenoszenie sceny do największego
pomieszczenia w Walewicach: ujeżdżalni koni. W Walewicach znajduje się bowiem
znakomita stadnina anglo-arabskich koni. Stadnina wyposażona jest również w
inne urządzenia awaryjne z których korzystamy dzięki uprzejmości Dyrekcji: właśnie
wichura zerwała zasilanie elektryczne i musimy korzystać z agregatów prądotwórczych.
Z pewnym opóźnieniem i niepokojem zapraszam więc uczestników rajdu na koncert
finałowy, gdzie w scenerii niepalnych pojazdów (sań, bryczek, bicykli) oraz
tańczących koni, Maciej Zembaty rozpoczyna koncert.
Gdy na zaimprowizowaną
scenę wchodzą kolejno: Ewa Błaszczyk, Elżbieta Jodłowska i Krzysztof Daukszewicz
- wiem, że będzie to wspaniałe zakończenie rajdu. Piosenki są związane z pojazdami:
Elżbieta Jodłowska brawurowo śpiewa piosenkę "Na traktorze", a potem
romans o woźnicy (jamszczyku). Ewa Błaszczyk - odtwórczyni głównej roli w serialu
o taksówkarzach, śpiewa o toczącym się kole fortuny, a Krzysztof Daukszewicz
ballady o kierowcach, ich samochodach i easy-riderze. Maciej nuci balladę o
frontowej drodze, czerwonym autobusie i zamszowej bluzeczce pięknej dziewczyny
ze starego automobilu.
Trochę mnie niepokoi przygasające niekiedy światło, ale kamerzyści nie przerywają
jakoś nagrania. Zresztą podgrzewamy się sponsorskim piwem, więc troska o szczegóły
schodzi na dalszy plan. Wszyscy są zadowoleni.
Po koncercie wypada rozdać nagrody. Rajd był towarzyski, ale mamy jedno bardzo
ciekawe wyróżnienie dla najlepszej załogi: 9-cio dniowy pobyt w Londynie z pokryciem
wszelkich kosztów. Decyzją Międzynarodowego Jury otrzymuje ją Daniel Doroszewski
jadący militarnym Dodge'm. W tym rajdzie nie było walki, ale Daniel dwa lata
wcześniej walczył ze swoim Dodge'm gdy jechał reprezentować Polskę w czasie
uroczystości 50-cio lecia lądowania Aliantów w Normandii.
Resztę nagród rozdaję tak, jak mi dyktuje serce i fantazja komandora. Staram
się uhonorować najstarsze pojazdy w rajdzie: strażackie wozy bojowe z lat dwudziestych
z Muzeum w Mysłowicach i z Warszawy. Na szczególne wyróżnienia zasługują załogi,
które na rajd przyjechały "na kołach" z najdalszych odległości: dwie
załogi z Francji, jedna z Wielkiej Brytanii, cztery z Niemiec i dwie z Holandii.
Rajd miał integrować różne
środowiska - więc upominki dostaje załoga ciągnąca samochodem kolejowy wagonik
(przyczepę campingową) oraz załoga w składzie samochodowo-kolejowym. Dodatkowe
nagrody są dla polskiej myśli technicznej: tu wyróżnienie otrzymują koledzy
kolejarze za pięknie utrzymany polski parowóz LAS, za polski autobus z 1938
roku i osobowy Polski FIAT 508 z 1935 roku. Kilka nagród jest dla zawodników-lotników,
w tym jeden "biały kruk" - oryginalna encyklopedia lotnicza (podręcznik)
z czasów II Wojny Światowej. Dla klubowej biblioteki otrzymuj e ją załoga z
Dęblina.
Tego wieczora nie mieliśmy wskazanego miejsca do spania dla 150 osób, więc w
itinererze była informacja, że świt następnego dnia jest około 4.00 i do tego
czasu powinno starczyć muzyki i piwa. Jeżeli ktoś chce się zdrzemnąć, to miejsc
na słomianych belach w ujeżdżalni nie zabraknie.
Następnego dnia do listy
pojazdów biorących udział rajdzie dołożyliśmy na zakończenie jeszcze przejazd
konnymi bryczkami ze stajni w Walewicach i pokaz najpiękniejszych koni z tutejszej
stadniny.
Koszt udziałów rajdzie dla każdego uczestnika wynosił 100 złotych (słownie:
sto złotych), a w tym zawierało się oprócz wyżej wymienionych atrakcji, jeszcze
dziesięć posiłków i koszty pięciu noclegów. Myślę więc, że udało się zorganizować
tanią imprezę oraz spełnić początkowe i trudne założenia
Teraz, po latach porównuję pojazdy które brały udział w rajdzie z wehikułami
które wiozły dookoła świata pana Fogg'a w fantastyczno-naukowej powieści Juliusza
Vern'a. Pan Fogg kilkanaście razy przesiadał się z parostatków do kolejowych
wagonów, choć podróżował też na słoniu i lądową żaglówką. Tylko że książka jest
literacką fantazją, a nam w Polsce udało się tę fantazję zrealizować z nawiązką.
Uruchomiliśmy 17 rodzajów środków transportu !!. Odwiedziliśmy z rajdem wszystkie
miasta byłego województwa skierniewickiego i wszędzie zauważaliśmy duże zainteresowanie
naszymi pojazdami oraz chęć pokazania lokalnych "małych ojczyzn" przez
tutejszych mieszkańców.
Pragnę więc podziękowań Gospodarzom Miast i organizacjom nam pomagającym oraz Sponsorom: PZU-SA, MOTOROLI, DAEWOO-FSO i Browarowi ŻYWIEC.
Osobiście
pragnę podziękować moim zastępcom za wielodniowe prace przygotowawcze wykonywane
kosztem własnego czasu. Satysfakcją organizatora jest zadowolenie uczestników
rajdu okazywane jako życzliwy uśmiech i podziękowanie po imprezie.
Miałem tę satysfakcję.
Tomasz Skrzeliński