Organizacja piątej wyprawy polskich automobilistów do Francji rozpoczęła się wiosną 2002 roku od poszukiwania kolejnych ciekawych pojazdów, których jeszcze w Szampanii nie było, a które by mogły znaleźć uznanie Organizatorów imprezy. Wtedy bowiem mamy szanse na bezpłatny udział w europejskim spotkaniu prawie 400 zabytkowych pojazdów z 14 krajów rozgrywanym pod patronatem najwyższych władz Międzynarodowej Federacji Pojazdów Zabytkowych (FIVA).
Skład Reprezentacji Polski był następujący:
Rajd w Szampanii rozpoczął się dla Polaków długim dojazdem przez kilka krajów. Każda z załóg jechała najwygodniejszą trasą i własnym tempem, ale wszyscy wyruszyli już w środę rano 4 września, by jadąc możliwie szybko dojechać do historycznej stolicy Szampanii - Troyes w czwartek po południu.
Drugi dzień rajdowy rozpoczęliśmy od 20-kilometrowego przejazdu pod sponsorujący imprezę supermarket, na pokaz i poczęstunek. Tu już widać było prawie 300 pojazdów i odbywało się typowanie aut mających wystąpić w wieczornym Konkursie Elegancji.
W sobotę wieczorem odbyła się najważniejsza część rajdu: Konkurs Elegancji.
W konkursowej komisji zasiedli też: Prezydent FIVA - Michel de Thomasson, kilku jego zastępców i najlepsi francuscy specjaliści od starych aut.
Następnego dnia rano (w niedzielę) wszyscy uczestnicy spotkali się w muzeum sztuki współczesnej, a właściwie w przylegających ogrodach, gdzie wjechały również auta uczestniczące we wczorajszym konkursie elegancji.
Dochodziło do kolejnych ciekawych spotkań "przebierańców" z kilkunastu krajów, a polskiej załodze ubeków z Citroena BL-11 udało się wręczyć komandorowi odpowiedzialnemu za sprawy międzynarodowe... oryginalną pamiątkową paterę z okazji 35-lecia działalności tajnych służb UB i SB na Mokotowie. Tadeusz Raczyński długo musiał tłumaczyć zdziwionemu Francuzowi, że właśnie takie francuskie samochody cieszyły się największym uznaniem Urzędu Bezpieczeństwa w Polsce.
Wystąpiliśmy tam ze wszystkimi flagami i strojami. W czasie wysłuchiwania Mazurka Dąbrowskiego wszyscy stali wyprostowani, a Tadeusz Raczyński w mundurze przedwojennego policjanta służbiście salutował.
Ale automobilowych emocji nie było dość dla niektórych załóg: Tomek Motylewski z przedwojennym Citroenem-Cabrio postanowił jeszcze zwiedzić nim Paryż - i pojechał w ślad za Tadeuszem. Wiem, że jeździł i fotografował swojego weterana w najpiękniejszych zakątkach Paryża.
Muzeum jest prywatne, ale zgromadziło olbrzymią ilość wspaniałych eksponatów: są tu doskonale odrestaurowane stare samochody, które wygrywały międzynarodowe imprezy oldtimerów (np. w Miluzie) - lub brały udział w rajdach-maratonach przez kontynenty. Jest kilkaset motocykli, kilkadziesiąt ciągników i kilka pociągów. Są też pojazdy sportowe, które wygrywały znaczące imprezy.
Ale takich pojazdów nie ma w Polsce za dużo, a na dodatek niektórzy właściciele nie mają: czasu, przyczepy, holownika, prawa jazdy na ciężką przyczepę, niewielkich pieniędzy, zdrowia, chęci lub fantazji. W rezultacie trudno jest zorganizować wyjazd takich pojazdów, które na dodatek muszą być zaakceptowane przez francuskich organizatorów.
Jednak udało się - i to nawet bez finansowej pomocy sponsorów z Polski (jeśli nie liczyć Firmy MOBIL, która każdemu zawodnikowi sprezentowała kurtki i koszulki).
1. samochód BMW 315/1 Sport z 1934 roku, pierwszy sportowy model tej firmy, prowadzony przez Jana Pedę z żoną Basią - mieszkańców Gostynia Wielkopolskiego.
2. samochód AERO-30 z 1935 roku, 2-cylindrowy dwusuw tuż po odrestaurowaniu przez Ireneusza Tomyślaka z Poznania, któremu towarzyszyła żona.
3. samochód OPEL P-4 z 1936 roku. To autko należy do rodziny Ficenesów od przed-wojny. Brało udział w akcji pomocy warszawskim powstańcom więzionym w obozie w Pruszkowie, a teraz zostało dla Piotra Ficenesa odbudowane przez Daniela Miłoszewskiego z Wesołej koło Warszawy.
Ponieważ jednak Piotr mieszka w Londynie i nie mógł dojechać do Szampanii, więc upoważnił Daniela do startu, a Daniel dobrał sobie jako załogę kierowcę holownika z córką.
4. samochód CITROEN-11B (cabrio) z 1938 roku, należący do Józka (Tomka) Motylewskiego z Łodzi. W skład tej załogi wchodził jeszcze syn Tomek i redaktor pracujący dla polskiej edycji Newsweeka.
5. samochód NSU-FIAT-1100 z 1938 roku należący do Andrzeja Karbowskiego z Krakowa. Andrzej miał jechać sam, ale w pięknym kabriolecie gościnne miejsce dla pilota było zawsze zajęte.
6. samochód CITROEN-11BL z 1947 roku prowadzony przez warszawskiego dealera tej marki - Tadeusza Vorbrodta i pilota Pawła Skrzelińskiego. Obaj ubrani w stroje funkcjonariuszy UB, którzy w tamtych czasach w Polsce doceniali zalety tego modelu.
7. samochód MERCERES-170S z 1950 roku należący do Bogusława Jasicy z Limanowej, a pilotem był krakowski dziennikarz i entuzjasta zabytkowych pojazdów - Bogusław Mączyński.
8. motocykl DKW-SB-350 z 1934 roku należący do autora tych wspomnień od 1967 roku. Kupiłem go za studenckie korepetycje i stypendium, jeździłem kilka lat na wakacje, potem schowałem do szopy, aż wreszcie oddałem do remontu najlepszemu fachowcowi od DKW - Tomkowi Tomaszewskiemu i pojazd jest jak nowy.
9. motocykl BMW-R-35 z 1938 roku, z którym na imprezę przyjechał z Paryża Tadeusz hr. Raczyński.
Praktyka jednak wykazuje, że holując ciężką przyczepę można uzyskać szybkość podróżną około 50 km/godz, więc mając do przejechania średnio 1800 km - trzeba jechać 36 godzin.
Wieczorem w Troyes cała ekipa z Polski została zakwaterowana w ...starym klasztorze przerobionym na surowy hotel. Były tu nawet już nowoczesne windy, ale my z przyjemnością spacerowaliśmy po XVI-wiecznych skrzypiących schodach. Inną przyjemnością która nas tu spotkała było odnalezienie w każdym łóżku butelki wytrawnego szampana.
Właściwe dni rajdowe to piątek, sobota i niedziela. Pierwszego dnia rano pojechaliśmy prawie 100 km do miasta Noget sur Seine, na spotkanie trzech ekip: Szwajcarii, Czech i Polski. Francuscy gospodarze pragnęli pokazać nam tu połączenie historii, nowoczesności i ekologii: obok wspaniałych zabytków i muzeów tego miasteczka, zwiedzaliśmy więc ulokowaną tu elektrownię jądrową zaopatrującą w energię prawie cały Paryż.
Odbywały się też pierwsze automobilowe prezentacje; podziwialiśmy między innymi przepięknego AUBURN'a Speedstar V-12 z 1932 roku przywiezionego z muzeum w Genewie oraz prześmieszną czeską konstrukcję: dostawczą rykszę z silnikiem TATRY-11 z 1927 roku, gdzie kierujący siedział na koźle nad motorem napędzającym jedno tylne koło.
Już wtedy rozpoczęliśmy też trwająca trzy dni nieustanną degustację szampana: zarówno w czasie pierwszego obiadu jak i na trasie 100 km drogi powrotnej do Troyes.
Wieczorem - mamy galowe spotkanie wszystkich uczestników rajdu z 14 krajów, gdzie przed wejściem każda reprezentacja wystawiła jedno swoje najciekawsze auto do rajdowej punktacji (my zaprezentowaliśmy BMW-315/1 SPORT, wyprodukowane jedynie w ilości 242 sztuk).
W czasie oficjalnej prezentacji 13 zagranicznych ekip, każdy z jej szefów miał powiedzieć coś w ojczystym języku aby udowodnić, że impreza jest naprawdę międzynarodowa. Powiedziałem więc, że w Szampanii jesteśmy bardzo szczęśliwi, ale potem w kuluarach usiłowałem przekonać wybranych gości, że w Polsce też mamy interesujące lokalne trunki - i prezentowałem owocowe wino z rejonu Warki z "patykiem pisaną" etykietą.
Natomiast szef francuskiej federacji automobili (a zarazem V-ce Prezydent Międzynarodowej Federacji FIVA) - Claude Delagneau, otrzymał od nas piękny album z artystycznymi fotografiami polskich dworów. Podobny album dostał główny komandor rajdu oraz mer miasta Troyes.
Wieczorny bal uświetnił pokaz tańców i strojów z regionu Szampanii.
Po południu wszyscy zajechali do rajdowego centrum: wspaniałej alei, gdzie każdy pojazd mógł pojechać na 2-kilometrowy pokaz oraz miał swoje miejsce odgrodzone od publiczności podziwiającej wystawione wehikuły.
W naszej ekipie duże zainteresowanie mediów wzbudził przedwojenny Citroen w wersji Cabrio, a francuska telewizja (TV-3) przez ponad godzinę nagrywała reportaż o tym unikalnym nawet we Francji aucie i jego polskim właścicielu - Tomku Motylewskim.
Rajd i pokaz szedł już pełną parą, poszczególne pojazdy odbywały indywidualne pokazowe jazdy wokół parkowej alei, ale po trzy pojazdy z zespołów narodowych startowały w automobilowej "gymkhanie" - czyli próbach zręcznościowych, wśród których był samochodowy slalom z kieliszkami pełnymi szampana.
W największej hali widowiskowej mieszczącej około 2.000 osób, spotkało się 30 najpiękniejszych aut wstępnie wybranych przez Organizatora. Załogi każdego pojazdu miały się zaprezentować najlepiej jak umiały: liczyła się klasa i wygląd auta, ubiór i zachowanie załogi a nawet odegrana scenka. Pojazdy wjeżdżały na scenę w takt muzyki z czasu ich produkcji, a o danych technicznych i roli takiego pojazdu w historii światowej motoryzacji opowiadał szef francuskiej federacji pojazdów zabytkowych - Claude Delagneau, który kiedyś oficjalnie wizytował Polskę tuż po wstąpieniu PZM-otu do FIVA.
Pokazy poszczególnych pojazdów przeplatane były występami artystów i laureatek konkursu Miss Francji, a każdy pojazd otrzymywał upominek: butelkę szampana.
Jedynym autem z Polski wytypowanym do konkursu było AERO-30, a małżeństwo Tomyślak doskonale prezentowało się w sportowych kombinezonach z logiem swojej maszyny.
Zwycięzca konkursu - którym okazał się francuski właściciel samochodu TALBOT T-120 MAJOR CABRIOLET z 1939 roku, zasiadł na wadze by odebrać tyle szampana ile ważył wraz z pucharem i fotelem.
Uroczyste spotkanie uświetniała symfoniczna orkiestra trenująca najpopularniejsze stare melodie i hymny narodowe ekip obecnych na rajdzie. Oddzielne popisy dawał myśliwski zespół grający na rogach.
Większość uczestników była poprzebierana w stroje z dawnych lat, a wszyscy czekali na kolejną degustację szampana, tym razem podawanego w firmowych kieliszkach "Champagne Chassenay d'Arce" - które stanowiły łakomy kąsek dla kolekcjonerów pamiątek.
Po powrocie do centrum rajdowego i parkowej alei był czas na odwiedziny u zaprzyjaźnionych załóg, ale już szykowaliśmy się do oficjalnej defilady ekip narodowych.
Po hymnie - Tadeusz jeszcze wygłosił do publiczności informację o naszych pojazdach, a ja tradycyjnie odpaliłem cztery ładunki magnezji w lampie błyskowej jako zabytkowy fotograf.
Do zakończenia rajdu pozostało już niewiele czasu - ale zrobiliśmy jeszcze pokaz konwojowania uciekiniera z Alcatraz: najpierw na motocyklu, a potem radiowozem szeryfa z Luizjany. Radiowóz tak naprawdę należał do Muzeum Automobili w Reims, a uciekinierem okazał się autor tych wspomnień.
Do oficjalnego zakończenia rajdu i ogłoszenia wyników czekała nas jeszcze jedna atrakcja: popisy paryskich policjantów - kaskaderów na motocyklach. Tak jeżdżących maszyn i ludzi nigdy jeszcze nie widziałem; odbywało się to jakby wbrew prawom fizyki, które respektuję jako kierowca od wielu lat. Policjanci jeździli po kilkunastu na motocyklach ustawionych obok siebie, lub po 9 na jednej maszynie. Jeździli też solo stojąc na motocyklu tyłem lub siedząc z założonymi rękami w koszu, przy czym za kierownicą motocykla nie było nikogo !!. Takie mistrzostwo i opanowanie pojazdu musi wzbudzać uznanie widzów i respekt drogowych piratów.
Na zakończenie rajdu odbyło się publiczne wyczytywanie (od końca) poszczególnych ekip i zapraszanie do odebrania nagród. Polacy czuli że będzie dobrze - bo startowaliśmy we wszystkich konkursach i szło nam dość dobrze. Ale punktacja była tajna aż do tego momentu.
Jaka była więc nasza radość, gdy okazało się że MAMY DRUGIE MIEJSCE w klasyfikacji generalnej, tuż za reprezentacją Belgii. Za nami ekipy Luksemburga, Francji, Holandii, Niemiec, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Czech, Słowacji, Włoch, Szwajcarii, Portugalii i Austrii. Ze wzruszeniem odebraliśmy wspaniały puchar i gratulacje od przedstawicieli Międzynarodowej Federacji Zabytkowych Pojazdów (FIVA). Z tym pucharem każda z polskich załóg wykonała potem pamiątkową fotografię.
Startując w indywidualnych zawodach motocyklowych na swojej DKW-SB z 1934 roku - otrzymałem też wyróżnienie (pamiątkowy talerz), ale z emocji nawet nie wiem za jakie miejsce lub którą wygraną próbę.
Nadszedł czas pożegnań i pakowania się na drogę. Podziękowaliśmy wiec naszym francuskim przewodnikom mieszkającym w Troyes: Edith i Andrzejowi Ligockiemu z żoną oraz Tadeuszowi Raczyńskiemu który odjeżdżał do Paryża.
Natomiast w drodze powrotnej już kilka razy przejeżdżaliśmy obok największych niemieckich muzeów motoryzacji i techniki w Sinsheim i Speyer. Tym razem więc z dwoma zabytkowymi pojazdami (NSU-FIAT-em i MERCEDESEM) zajechaliśmy na dziedziniec w Sinshem. Zostaliśmy tam przyjęci bardzo serdecznie: żadnych biletów wstępu, żadnych opłat za parkowanie - ale zaproszenie do zwiedzania ekspozycji. A było co zwiedzać - i tylko brak czasu do zamknięcia muzeum limitował nasz pobyt.
Jest oddzielna ekspozycja pojazdów militarnych i sprzętu wojennego z wielu frontów, a obok manekiny żołnierzy w oryginalnych mundurach. Nad głowami zwiedzających wiszą stare samoloty, ale najwięcej i najciekawsze samoloty są na zewnątrz.
Najwspanialszym eksponatem jest tu radziecki ponaddźwiękowy pasażerski TU-144, którego kariera nawet się nie rozpoczęła po tragicznym pokazie w Paryżu. Ale ten zachowany egzemplarz robi niesamowite wrażenie wielkiego prehistorycznego ptaka. Można go zwiedzać, a w środku czuje się jeszcze drżenie pokładu i słychać głosy rozmów radzieckich pilotów pewnych swojej supremacji w powietrzu.
Inne samoloty też są wspaniałe: np. pierwsze pasażerskie Junkersy z początku lat 30-tych.
Po wyjechaniu tuż przed zamknięciem muzeum, mamy jeszcze długą drogę do domu. Jedziemy przez Czechy, a Pragę mijamy o 2-giej w nocy. Krótki sen na parkingu, potem sesja fotograficzna naszych aut dla potencjalnych sponsorów i we wtorek 10 września jesteśmy w Krakowie o godzinie 16.00.
Dla mnie jeszcze pozostało kilkaset kilometrów do Warszawy, a łącznie przejechałem Chevroletem 3850 km holując przyczepę.
Pozostała satysfakcja z pokazania na imprezie automobilowej najwyższej rangi międzynarodowej, że w Polsce mamy trochę ciekawych pojazdów i że z fasonem możemy nimi powalczyć z dobrym skutkiem.
Kolejna taka impreza w Szampanii będzie dopiero za dwa lata, ale już namawiam właścicieli najciekawszych pojazdów do ich odrestaurowania, by znów pokazać we Francji coś "nowego" i starego zarazem.
Zapraszam również na inne międzynarodowe imprezy, które nie mają porównania z krajowymi, gdzie np. liczba 30 startujących pojazdów wprawia organizatora w zachwyt nad wspaniałą frekwencją.
Wyjazdy organizowane przez Klub Pojazdów Zabytkowych zdobyły międzynarodową rangę Reprezentacji Polski, bo tak są uznawane przez najwyższe władze międzynarodowej federacji automobilowej. Innych takich grupowych wyjazdów z Polski chyba nie ma i długo nie będzie.
Wspomnienia spisał w dniu 17 X 2002 Tomasz Skrzeliński