Co dwa lata w Troyes - historycznej stolicy francuskiej Szampanii, odbywają się jedne z najwspanialszych, a na pewno najweselszych automobilowych rajdów w Europie a może i na świecie.
W 2004 roku taka impreza odbyła się w dniach 10-12 września.
Zorganizowana była z tradycyjnym rozmachem – o czym mogą świadczyć niektóre dane:
Ale i tak Reprezentacja Polski dojechała 9 pojazdami w skład której weszło 6 samochodów i 3 motocykle:
Dojazd do Szampanii – to dystans prawie 1800 km z Warszawy. Należało wiec wyjechać dwa lub trzy dni wcześniej, by z podróżną szybkością 60 km/godz. jechać 30 godzin.
Przez dwie godziny prawie biegiem, oglądaliśmy stare samochody, czołgi, parowozy, motocykle, sprzęt wojskowy, stare samoloty, grające szafy, by na końcu wejść do dwóch ponaddźwiękowych pasażerskich odrzutowców: TU-144 i CONCORDE. Ten ostatni pochodzący z linii Air-France jest tu zresztą eksponowany dopiero od kilku miesięcy, po decyzji światowych przewoźników, że w tym przypadku technika przerosła potrzeby ludzkości.
Tak jak dwa lata temu, zostaliśmy znów zakwaterowani w centrum miasta w klasztorze pochodzącym z XVI wieku i w adaptowanym na jednym piętrze hotelu. Była tam wprawdzie nowoczesna winda, ale nam przyzwyczajonym do staroci, najbardziej odpowiadało dreptanie po wspaniale skrzypiących, XVI-wiecznych drewnianych schodach.
Zanim jednak do tego doszło – polskie ekipy doprowadziły swoje pojazdy do sprawności technicznej. Najgorzej miała Katarzyna – bo za kilkanaście Euro musiała kupić od miejscowych kolekcjonerów stare koło motocyklowe a stamtąd wydłubać znacznie nowszą „kiszkę” i całość zmontować.
Rajd miał bowiem przypominać dawne dobre czasy motoryzacji, kiedy to ruch na drodze nie był tak niebezpieczny i intensywny, a jeśli nawet kierowca miał jakiś wypadek – to nadużycie alkoholu stanowiło czynnik łagodzący karę, gdyż sprawca będący „pod wpływem” nie wiedział co czyni.
Kolejny etap tego dnia prowadził na plantację winnej latorośli. Tu każda załoga miała obowiązek odstawić pojazd i przespacerować się wzdłuż alejek z winoroślami. Ale każdego uczestnika rajdu w ten upalny dzień czekała też niespodzianka – poczęstunek zmrożoną lampką szampana, a firmowy kieliszek stanowił oczywistą pamiątkę tego spotkania. I nie było limitu ilości poczęstunków.
Po powrocie do Troyes – jeszcze wspólny wieczorny obiad, a potem kolejna atrakcja: nocna gala, czyli konkurs elegancji wytypowanych przez Organizatora 38 pojazdów z kilku grup wiekowych.
Prezentowane zaś były nieskazitelnie odrestaurowane m.in.:
Konkurs wygrał CORD typ L-29 Cabrio z 1929 roku, a gdyby dojechał „nasz” AUSTRO-DAIMLER - to by mógł tu też coś wywalczyć. Bo tradycyjną główną nagrodą jest tyle szampana dla kierowcy – ile waży wraz z pucharem i fotelem.
Uczestnicy rajdu zostali natomiast poproszeni do odwiedzenia muzeum sztuki, a potem w muzealnym ogrodzie do kolejnej degustacji wytrawnego trunku.
Impreza powoli dobiegała końca – ale oprócz koleżeńskich spotkań przy automobilach i motocyklach, był to czas na odbieranie nagród i pamiątkowych plakietek uczestnictwa w rajdzie. Tu szczególne uznanie Organizatorów zdobyła PODKOWA – i jako jedyna dostała specjalną nagrodę. Może dlatego, że jeszcze nigdy we Francji nikt nie widział takiego polskiego motocykla, na dodatek ujeżdżanego przez polskiego zabytkowego kominiarza. Kasia ze szczęścia ale i od szampana o mało nie straciła poczucia rzeczywistości...
Ja tam wprawdzie byłem dwa miesiące temu w czasie tegorocznej Wielkiej Parady, ale zarówno Katarzyna jak i Piotr mieli mętne wiadomości o unikalnej kolekcji Braci Schlumpf. Po nadłożeniu więc 150 km wjechaliśmy z fasonem na dziedziniec Muzeum, gdyż będąc tam już ósmy raz – znałem sposoby najlepszego parkowania wewnątrz. Znałem też sposoby gościnnego zwiedzania ekspozycji – gdyż oficjalnie cena biletu wejściowego nadal wynosi około 20 Euro.
Po tej dodatkowej porcji automobilowych wrażeń na najwyższym światowym poziomie – pora już było wracać do Warszawy. Mieliśmy do przejechania prawie 1600 km z lawetą – więc znów prawie 30 godzin jazdy z krótką drzemką w aucie. Szczęśliwie dojechaliśmy do domów we wtorek wieczorem.
Myślą przewodnią takiego kilkudniowego spotkania jest: być szczęśliwym oraz delektować się szampanem i najpiękniejszymi zabytkowymi pojazdami.
Reprezentacja Polski wystąpiła tu już po raz szósty, starając się znów pokazać kolejne najciekawsze pojazdy zachowane w kraju, ale i nieco akcentów narodowych – prezentując dwie polskie konstrukcje.
Do wyprawy przygotowało się w Polsce kilkanaście pojazdów wytypowanych przez niżej podpisanego Komandora i zaakceptowanych przez francuskich Organizatorów, jednak w ostatnich dniach przed wyjazdem zrezygnowały:
McLAUGHLIN z 1920 roku i BUICK-McLAUGHLIN z 1925 roku (sprawy biznesowe), BMW-ISETTA z 1960 roku (wypadek samochodowy), POLSKI FIAT 508-SPORT z 1938 roku (choroba), OPEL-2,0 l CABRIO z 1935 roku (wytopiona panewka), a dosłownie w dzień wyjazdu AUSTRO-DAIMLER A.D.R. z 1927 roku (awaria holownika). Zresztą ten ostatni, a niedawno odrestaurowany samochód w polskiej reprezentacji był już wytypowany przez Francuzów do specjalnego konkursu najpiękniejszych pojazdów na rajdzie – gdzie tradycyjną główną nagrodą jest tyle szampana ile waży właściciel auta.
Rajdowe katalogi z informacjami i zdjęciami tych prawie 40 najwspanialszych pojazdów były sprzedawane po 12 Euro – a koneserzy mogli je oglądać „na żywo”. Brakowało na rajdzie tylko tego wyjątkowego auta z Polski, choć miało ono dużą szansę na główną nagrodę.
CITROEN C-14 „Familiare” z 1930 roku Leszka Sucheckiego z Warszawy
IHLE-DKW z 1933 roku Tomasza Skrzelińskiego z Warszawy
HANSA-Furgon z 1935 roku Wiesława Kuczmy z Legnicy
JAWA-MINOR z 1937 roku Stanisława Gierata z Krakowa
MG-B z 1968 roku Wandy i Alana Chambers z Warszawy
CITROEN-SM z 1972 roku Tadeusza Vorbrodta z Warszawy
motocykl ARDIE z 1928 roku Marcina Łęskiego z Częstochowy
polski motocykl PODKOWA z 1939 roku Katarzyny Kuligowskiej z Legionowa
polski motocykl z koszem JUNAK z 1961 roku Adama Pakulskiego z Warszawy
Zresztą każda załoga w takim przypadku jechała własną trasą i własnym sposobem: dwa najnowsze samochody (MG i CITROEN-SM) podróżowały „na kołach”, a reszta była wieziona.
Moja załoga IHLE-DKW wraz z PODKOWĄ holowana przez CHEVROLETA, wystartowała w środę rano, a już w czwartek o godzinie 9 przejeżdżaliśmy koło największego w Niemczech muzeum motoryzacji i techniki w Sinsheim. Ponieważ moi załoganci: Piotr Lepiarski (mieszkający w Toronto) i Kasia Kuligowska – nigdy tu nie byli, więc decyzja była oczywista: musimy się tu choć na chwilę zatrzymać.
Po tej dawce muzealnych i motoryzacyjnych wrażeń – odwiedzając jeszcze Verdun – w czwartek wieczorem dojechaliśmy do Troyes.
Do północy dojechały wszystkie polskie załogi, chociaż jedna – z holownikiem-camperem nocowała na dziedzińcu klasztoru, nie chcą budzić hotelowych gości upiornym skrzypieniem.
Właściwe emocje rajdowe rozpoczęły się w piątek rano, gdy grupa 8 pojazdów z Polski wyjechała do odległego o 50 km miasteczka Ervy-le-Chatel.
Ale zanim tam dojechaliśmy już rozpoczęły się tradycyjne rajdowe przygody: w motocyklu PODKOWA wyrwał się wentyl z bardzo zabytkowej, bo jeszcze przedwojennej dętki – więc Kasia z motorkiem wylądowała na pace furgonetki HANSA obok beczki pełnej piwa.
Z kolei w przedniej osi HANSY coś się urwało w bębnie hamulcowym i należało zrobić „mały remoncik”.
W CITROENIE z 1930 roku zepsuł się rozrusznik, ale załoga składająca się z kierowcy, żony, dwójki dzieci i TEŚCIOWEJ (!!!) – dzielnie zapalała auto „na pych”. W nowszym CITROENIE-SM nawaliła hydraulika zawieszenia i wspomagania, w JUNAKU buntował się iskrownik, sportowe MB-B zawadziło tłumikiem o muldę i musiało uważać by nie zgubić wydechu, a w ARDIE odpadła śruba mocująca dźwignię zmiany biegów.
Właściwie to nie rozumiem jak dojechaliśmy na miejsce zbiórki bez widocznych spóźnień.
A w miasteczku oprócz nas witano ekipę czeską, hiszpańską i szwajcarską.
Na tę uroczystość Mer założył reprezentacyjny łańcuch z insygniami i o wyznaczonej godzinie ogłosił rozpoczęcie rajdu czyli zaprosił wszystkich uczestników do poczęstunku miejscowymi winami. Ekipa z Polski zrewanżowała się zaproszeniem do HANSY – gdzie Wiesław rozpoczął częstowanie smakoszy polskim piwem prosto z beczki.
Gdy już wszyscy byli gotowi – rozpoczęła się nieustająca degustacja. Czynnie pomagali nam nawet miejscowi policjanci – dolewając wina do pełna wszystkim uczestnikom – z kierowcami pojazdów włącznie.
Po wygłoszeniu i wypiciu pierwszych toastów – ekipy zostały zaproszone na wspólny lunch – gdzie oprócz napitków można też było coś zakąsić.
Część ekipy z Polski dała się jeszcze zaprosić do domu szefa klubu motocyklowego z Szampanii, gdzie byliśmy dodatkowo goszczeni ale już mocniejszymi trunkami. Był to mały zwiastun spotkania wszystkich motocyklistów – planowany na trzeci dzień imprezy.
Po tak udanym rozpoczęciu rajdu – kawalkada kilkudziesięciu zabytkowych pojazdów z kilku krajów wyruszyła w drogę powrotną do Troyes. I oczywiście wszyscy dojechali szczęśliwie – parkując swoje pojazdy w ogromnych garażach miejscowego centrum ekspozycyjnego.
Potem podstawionym taksówkami należało pojechać do hotelu i przygotować się do kolejnych atrakcji – wieczornego balu dla wszystkich (prawie 1000) uczestników rajdu.
Wieczorna gala rozpoczęła się o godzinie 20, a miała się zakończyć dobrze po północy.
Oczywiście nie mogło zabraknąć najlepszych win i szampana, a jako przekąski serwowano francuskie przysmaki i owoce morza. Nie zabrakło także muzyki, śpiewów, tańców i występów artystów; całość była zorganizowana tak, by wszyscy się doskonale bawili.
Po tak ciężkim pierwszym dniu rajdu – następnego ranka już o godzinie 8,00 należało zająć miejsce w swoim weteranie szos i wystartować do 150-kilometrowej jazdy okrężnej po Szampanii. Pierwszy etap prowadził wokół 3 jezior, a finał był w samo południe w porcie Dienville. Tam czekał na nas postój na lunch oraz możliwość zobaczenia wszystkich 500 zabytkowych pojazdów w przepięknej parkowej scenerii.
Większość uczestników jechała już w strojach zgodnych z epoką budowy pojazdu. Tu polska ekipa wyróżniała się pomysłowością: Na PODKOWIE jechała Katarzyna w stroju ... kominiarza, z kulą, wyciorem i mundurem zapinanym na 13 guzików, w DKW-ce jechał przedwojenny amerykański gangster (Piotr z Toronto) z zabytkowym polskim policjantem (autorem), a w pomalowanym w kwiaty MG-B wiecznie młodzi hippisi – Wanda i Alan. Rewelacyjnie wyglądał olbrzymi motocyklista Marcin na ciężkim motocyklu ARDIE oraz sportowo ubrana załoga JAWY.
Całość odbywała się w kolejnych salach ogromnego miejskiego centrum ekspozycyjnego.
Spektakl rozpoczął się o 20.30, a zakończył około 1 w nocy i polegał na prezentowaniu tych najwspanialszych pojazdów, gdzie każda ekipa wjeżdżając na podium mogła odegrać dowolną scenkę przy prezentowaniu auta jak i stroju czy zachowania załogi.
Była też muzyka „na żywo” dostosowana do czasu budowy automobilu ale i pokazy współczesnej mody oraz występy artystów estradowych.
Konkurs elegancji prowadził znakomity autorytet, bo prezydent francuskiej i zastępca szefa międzynarodowej federacji FIVA – Claude Delagneau.
W Jury konkursu zasiadały kolejne znakomitości: przewodniczący francuskich i międzynarodowych klubów Bugatti, Cadillaców, Hotchkissów, redaktorzy najpoważniejszych czasopism automobilowych i dyrektorzy muzeów.
Ostatni dzień imprezy (niedziela) to stacjonarny pokaz wszystkich pojazdów w garażach, salach i parkingach miejskiego centrum ekspozycyjnego.
Pomni na psikusy pogody w poprzednich edycjach – w tym roku Organizatorzy przygotowali cała imprezę „pod dachem”, ale wykorzystując wszelkie możliwości dobrej zabawy i prezentacji kolekcjonerskich pasji. Były więc nie tylko pojazdy uczestniczące w rajdzie, ale stoiska ze starymi akcesoriami, pojazdami militarnymi, stoiska markowych klubów lub z kompletnymi pojazdami oferowanymi do sprzedania. Tu sensacją była „na chodzie” ale do remontu BUGATKA typ „35” z końca lat 20-tych.
Dla szerokiej publiczności przez cały czas trwały też prezentacje klubów i grup pojazdów na wczorajszym podium z konkursu elegancji.
W ogrodach ustawione zostały też wszystkie pojazdy – uczestnicy wieczornego konkursu elegancji oraz stoły o łącznej długości chyba 100 metrów z kieliszkami i szampanem.
Uroczyste delektowanie się szlachetnym napojem było przerywane odgrywaniem przez symfoniczną orkiestrę hymnów narodowych wszystkich 13 państw uczestniczących w imprezie oraz grą na rogach zespołu myśliwskiego.
Dochodziło też do osobistych spotkań i wymiany kontaktów wśród uczestników tej wspaniałej międzynarodowej imprezy.
Po południu – ekipa polska miała jeszcze zaprezentować się na podium – ale tylko dwoma wybranymi pojazdami. Wyjechaliśmy więc sportową DKW-ką i HANSĄ, na którą zmieścili się wszyscy reprezentanci Polski. Na dodatek wszyscy poubierani w stroje z epoki.
Większość uczestników rajdu zaczynała już wracać do domów, ale my mieliśmy jeszcze zarezerwowaną jedna noc. Mogliśmy więc spokojnie załadować pojazdy na lawety, spakować bagaże, pójść na pożegnalny spacer po uliczkach starego i pięknego miasta będącego niegdyś stolicą Szampanii oraz podziękować i pożegnać się z mieszkającymi tu rodakami opiekującymi się nami przez cztery dni: Edith Jeanmougin i Andrzejem Ligockim, bez których ekipa z Polski by się poruszała w Szampanii jak dziecko we mgle.
W poniedziałek rano każda polska załoga była już w drodze powrotnej, chociaż niekoniecznie do domu. Nasz zestaw: DKW + PODKOWA i trójka kolekcjonerów postanowiła pojechać jeszcze do Mulhouse by zobaczyć legendarne pojazdy zgromadzone w tamtejszym Narodowym Muzeum Motoryzacji.
Przez kolejne kilka godzin miałem znów okazję zwiedzać największe na świecie muzeum motoryzacji, ale i okazję obserwować moich Przyjaciół jak reagują będąc tu pierwszy raz. Obydwa rodzaje obserwacji były dla mnie dużym przeżyciem.
Tak więc przez tydzień obcowaliśmy z najwspanialszymi zabytkami światowej motoryzacji i techniki: zarówno jako zwiedzający muzea w Niemczech i Francji oraz jako uczestnicy jednej z największych imprez w Europie. Wrażenia i wspomnienia będą na długo wracały, gdyż nie są one codzienne. Taką opinię wyrażali wszyscy uczestnicy, a szczególnie Piotr – który ma częstą możliwość oglądania zabytkowej motoryzacji w wydaniu kanadyjsko-amerykańskim. A jak bardzo zafascynował się tymi europejskimi wrażeniami niech świadczy fakt że ponownie by chciał jechać do Szampanii już za rok.
Ale kolejne takie spotkanie będzie dopiero we wrześniu 2006 roku i pojadą tam następne „perełki” z Polski. Namawiam więc polskich kolekcjonerów do przygotowania kolejnych takich eksportowych pojazdów - będą zaproszone do Szampanii z gwarancją zerowych kosztów uczestnictwa w tej imprezie.
W listopadzie 2004 roku wspomnienia spisał Tomasz Skrzeliński