Krzyś Szaykowski przy swoim aucie 'SZAYA-1'

     SZAYARALLY
czyli jedziemy do Łomży

      Wiosną 1995 roku, na któreś zebranie Koła Pojazdów Zabytkowych przy Automobilklubie Polski, wpadł podniecony Krzysztof „SZAYA” Szaykowski z rewelacyjną wiadomością: zapraszam Was wszystkich do Łomży, zorganizowałem Sponsorów w Warszawie, a jak dojedziemy do Łomży – to tam całe wojewódzkie miasto na nas czeka, a komisarzami i funkcyjnymi na rajdzie będzie miejscowa śmietanka towarzyska i oficerowie miejscowego Wojskowego Klubu Motorowego.

      Na dodatek również lokalni sponsorzy zobowiązali się pokryć niektóre koszty rajdowe i czynnie włączyć się do organizacji przyjęcia rajdowej kawalkady, więc wyjazd nie będzie kosztował nic; żadnego wpisowego, zakwaterowania i dojazdu. Nic – tylko dojechać do Łomży, dobrze się bawić i być szczęśliwym. Jedyny warunek – to dojechać o własnych siłach („na kołach”) i w stroju z epoki budowy pojazdu.

      Takiemu zaproszeniu trudno było się oprzeć – więc gwiaździście z kilku miast Polski wyruszyły kawalkady pojazdów. Najwięcej z Warszawy – ale były też załogi z Białegostoku, Olsztyna, Gdańska, Lublina i Płocka.
W Filii Muzeum Techniki (fabryka NORBLINA) - start do rajdu z Warszawy do Łomży. Zabytkowy 'milicjant' oraz kierowca FIATA z 1960 r. w stroju z epoki       Start z Warszawy odbył się na terenie zaprzyjaźnionej filii Muzeum Techniki przy ulicy Żelaznej (zakłady Norblina) – gdzie garażuje większość wehikułów należących do członków Automobilklubu.
      Dziś, po latach nie pamiętam już wszystkich uczestników rajdu ani szczegółów trasy dojazdowej, ale pamiętam że Główny Organizator czyli Szaya miał dla nas różne miłe niespodzianki, jak np. darmowe tankowania na rogatkach Warszawy a potem jeszcze dolewki w Łomży, poczęstunki, ale przede wszystkim wspaniałą atmosferę, koleżeństwo, luz, brak punktacji i zawiści rajdowych.
      Impreza była pomyślana jako zaimprowizowana odpowiedź na sztywne rajdy organizowane pod regulaminem i patronatem PZM.
      Po pierwszym dojeździe do Łomży w 1995 roku, na miejscu dowodzenie rajdem objął płk Tadeusz Warec i rozkazał na dwie noce zakwaterować załogi w gościnnych pokojach najlepszego w województwie hotelu „Polonez” – ponieważ rajd miał trwać od piątku do niedzieli.
      Główne imprezy rajdowe odbyły się w sobotę. Była jazda na orientację po uliczkach Łomży, konkurs strzelecki, gymkhana – czyli gimnastyka dla pojazdów według przedwojennych wzorów, konkurs elegancji, no i oczywiście bal komandorski w salach bankietowych gościnnego hotelu Polonez – przygotowany przez dyrektora: Ryszarda Kozłowskiego.

Start do 'GHYMKANY' - przedwojennej gimnastyki samochodowej. Startuje TATRA z 1928 roku 'Przebierańcy' na rynku w Łomży. Z mikrofonem Krzyś Szaykowski 'Gangsterzy' na akcji w Łomży
Kierowca z Safari i zabytkowy dyrektor Spółdzielni Kółek Rolniczych
      Uciech było więc bez liku, a najwięcej zabawy było gdy „przebierańcy" indywidualnie prezentowali swoje pojazdy na rynku w Łomży – odgrywając przy tym rodzajowe scenki związane z prezentowanym pojazdem.
      Pamiętam pokrwawioną, gangsterską załogę amerykańskiego krążownika szos, kierowcę Land-Rovera – który „przypadkiem” dojechał do Łomży zamiast uczestniczyć w afrykańskim Safari, czy dżentelmenów w przedwojennych melonikach lub dzielnych motocyklistów na swoich mechanicznych rumakach.
      Ja startowałem Fiatem-1800 z 1960 roku i udawałem zatroskanego dyrektora ze Spółdzielni Kółek Rolniczych, który poszukiwał targańca do snopowiązałki typ WC-2. Byłem wyposażony w stylowy ortalionik, berecik z antenką, teczkę z suchym prowiantem i chyba przekonałem mieszkańców Łomży o swoim kłopocie, bo oficjalnie obiecano mi pomoc w znalezieniu tej nietypowej rolniczej części, ale miałem poczekać do poniedziałku, gdy zostaną otwarte magazyny GS.
      Rajd zakończył się jednak w niedzielne popołudnie, ale przyrzekliśmy, że przyjedziemy tu jeszcze wiele razy, bo urzekła nas gościnność i serdeczność mieszkańców, którzy chcieli w ten sposób pokazać swoją „Małą Ojczyznę”.

      W 1996 roku znów pojechaliśmy do Łomży.
      Tym razem rajd był 2-dniowy, ale zabawy tyle samo albo więcej.
      Jechaliśmy z Warszawy od wczesnego rana, po drodze odwiedzając Przasnysz i dając się poczęstować obiadem w starej papierni.
CHEVROLET z 1924 roku Warszawskiej Straży Ogniowej. Dowódca: brygadier Kalinowski w mundurze i autor w bereciku       Gwiazdą tego rajdu był świeżo odrestaurowany wóz bojowy Warszawskiej Straży Ogniowej: Chevrolet z 1924 roku. Ten samochód długo stał unieruchomiony w muzeum pożarnictwa w Warszawie przy ulicy Chłodnej, aż namówiliśmy Kustoszy, by go przywrócić do ruchu.
      Strażacka grupa techniczna z ulicy Domaniewskiej w Warszawie pod dowództwem brygadiera Macieja Kalinowskiego podjęła się doprowadzić podwozie i karoserię do pierwotnego wyglądu, uzupełniając przy okazji osprzęt wozu bojowego o oryginalne stare sikawki, węże, drabiny, gaśnice, filtry do wody, pochodnie i motopompę. Ja podjąłem się bezpłatnie wyremontować silnik, sprzęgło i skrzynię biegów – aby pojazd mógł sprawnie jeździć.
      Samochód miał premierę na moim autorskim rajdzie wokół Skierniewic, a potem jego udział w takich imprezach jak ogólnopolskie święto patrona Straży Pożarnej (z udziałem ówczesnego premiera Waldemara Pawlaka) czy rajd do Łomży, był jakby oczywisty.
      Ja tym razem wybrałem się „garbatą” WARSZAWĄ-201 – i pamiętam że miałem znów dziwne przygody na przepięknym łomżyńskim rynku. Wybrałem się na tę imprezę z żoną - która na konkurs elegancji założyła najlepszą kreację w stylu lat 60-tych. A ja cichcem założyłem drelichowe portki podtrzymywane elektrycznym kablem, gumo-filce i ulubiony berecik z antenką. Jak słusznie zauważył Komandor Szaya, prowadzący na głównym rynku w Łomży konkurs elegancji, jako załoga wyglądaliśmy jakby na imprezę przyjechała "Pani Dziedziczka" z parobkiem.
      W czasie konkursowej prezentacji przed komisją składającą się z miejscowych (wojewódzkich) VIP-ów - moja żona uciekła ze wstydu, a ja samotnie wjechałem przed Jury. Miałem się zaprezentować po wyjściu z auta - i wtedy Szaya dopatrzył się, że mam na sobie jeszcze coś szczególnego: oryginalne męskie gacie połączone z koszulą. Takie dopasowane do figury trykotowe wdzianka od dawna noszą zresztą prawdziwi kowboje, nigdy ich nie zdejmując i traktując je jako swoja drugą skórę, a często na westernach widać jak się w nich kąpią.
      Szaya, widząc że mam szansę na sukces w konkursie elegancji, zmusił mnie więc do publicznego opuszczenia drelichowych portek, by Wysokiej Komisji zaprezentować kompletny osobisty strój prawdziwego mężczyzny. Uległem presji - i po raz pierwszy a chyba jedyny, prezentowałem się na konkursie elegancji w centrum wojewódzkiego miasta w gaciach.
      Po konkursowych emocjach - otrzymaliśmy od Władz klucze do miasta, którymi zaopiekowała się urocza para zabytkowych milicjantów, na znanym drogowym piratom motocyklu MZ-250.

Autor prezentuje na rynku w Łomży garbatą WARSZAWĘ oraz gacio-koszulę Klucze do miasta pod opieką zabytkowych milicjantów

      W roku 1997, niezmordowany Szaya zorganizował kolejny rajd do Łomży. Pamiętam, że start miał się dobyć przed salonem RENAULT na Bemowie. Tym razem wybrałem się na imprezę z policyjnym SOKOŁEM-600 z 1938 roku i oczywiście w mundurze przedwojennego starszego posterunkowego Polskiej Policji Państwowej.
      Niestety - w czasie dojazdu na start ukręciła mi się w Sokole ważna śrubka, więc z trudem dopchałem maszynę do salonu na ulicy Wrocławskiej. Tam jako "spieszony ułan" przesiadłem się do zaprzyjaźnionego wozu bojowego z 1924 roku Warszawskiej Straży Ogniowej.
      Myślałem, że spokojnie dojadę do Łomży - ale na rajdzie nie ma nigdy pewności. Paradując po ulicach Warszawy przed wyjazdem na trasę, tuż przed światłami na Rondzie ONZ wyprzedził nas współczesny samochód i nacisnął nowoczesne hamulce zatrzymując się przed skrzyżowaniem.
      Nasza zabytkowa strażacka załoga dzielnie naciskała na mechaniczny hamulec działający jedynie na tylne koła, a nawet awaryjnie szarpała dźwignię ręcznego - zaciskającego taśmę hamulcową na wale napędowym. Było jednak za późno - i doszło do prawdziwego zderzenia dwóch epok techniki motoryzacyjnej: zabytkowej - reprezentowanej przez Chevroleta z 1924 roku i współczesnej - reprezentowanej przez Seata-Ibizę z 1997 roku.

Zdefektowany SOKÓŁ-600 przed salonem RENAULT Najmłodszy entuzjasta najstarszego pojazdu na rajdzie Przy Rondzie ONZ w Warszawie czekamy na przyjazd drogówki
Na trasie do Łomży - postój na dolewkę wody do chłodnicy Wozem bojowym Warszawskiej Straży Ogniowej gonimy małolata po Łomży Starszy posterunkowy Polskiej Policji Państwowej trzyma za kołnierz swego syna
      Początkowe zamieszanie powypadkowe opanowałem będąc w przedwojennym mundurze policyjnym i dysponując oryginalnym gwizdkiem Polskiej Policji Państwowej, ale należało poczekać na przyjazd współczesnej drogówki. Trochę trwały wyjaśnienia o przyczynie zderzenia, zakończone potem wyrokiem Kolegium. Do Łomży dojechaliśmy ze znacznym opóźnieniem.
      Tam znów zgromadziły się tłumy na konkursie elegancji. A ponieważ nie miałem swojego pojazdu - "zagraliśmy" ze Strażą Ogniową scenkę pościgu za młodocianym uciekinierem (moim synem Pawłem). Stojąc w mundurze przedwojennego policjanta na progu strażackiego samochodu, na syrenie wjechaliśmy na rynek w Łomży, goniąc "małolata".
      Pościg zakończył się złapaniem za kołnierz uciekiniera - ku uciesze licznie zgromadzonej publiczności.
      Podobnych scenek z udziałem innych pojazdów było wiele, tak jak wiele radości z kolejnych odwiedzin Łomży. A więc do zobaczenia za rok.

      W czerwcu 1998 roku wybrałem się do Łomży tym razem z Moskwiczem-408 z 1963 roku, użyczonym przez Jurka Zawistowskiego. Tym pojazdem dwa tygodnie wcześniej z sukcesami startowaliśmy z Jurkiem na dużym rajdzie w Dusseldorfie, ale do Łomży pojechałem z synem.
      Teraz przebraliśmy się za chłopo-robotników - i była to dość wiarygodna załoga w aucie przeznaczonym dla klasy robotniczej przodującego systemu.

Pokaz MOSKWICZA na Konigsalee w Dusseldorfie Na chłopsko-robotniczym pikniku Konkurs koszy piknikowych
Delektujemy się rajdowym piwkiem Z Trybuną Ludu i patefonem oraz 'WINEM' w drodze do Łomży Drobiazgowa kontrola trzeźwości w drodze do Łomży
      Bardzo dobrze wypadliśmy też na konkursie piknikowym zorganizowanym na trasie dojazdowej. Delektowaliśmy się tam na łące piwkiem i winem marki "Wino", słuchaliśmy muzyki ze starych patefonów i przeglądaliśmy artykuły z Trybuny Ludu z lat 60-tych. Na dalszą trasę do Łomży wyruszyliśmy dopiero po drobiazgowej kontroli trzeźwości dokonanej przez zabytkowych milicjantów.
      A w Łomży znów czekał na nas przepiękny konkurs elegancji i gymkhana na równie przepięknym rynku - prowadzona przez nieskazitelnie eleganckiego, bo ubranego w szyty na miarę frak - Krzysztofa "Szayę" Szaykowskiego - do którego lgnęły okoliczne panny, mężatki, a nawet wdowy.
Przygotowanie do konkursu elegancji Rynek w Łomży. Tu odbywają się sławne gymkhany i konkursy elegancji 'Szaya' w nieskazitelnym fraku i ciągle w otoczeniu wielbicielek

      W 1999 roku "Szaya" zorganizował V - jubileuszowy rajd do Łomży. Rajd wszedł już na stałe w kalendarz wydarzeń towarzyskich Łomży, tyle - że Łomża przestała by stolicą województwa.
      Ale dzięki naszym wizytom rozwinął działalność miejscowy Automobilklub Łomżyński, na którego czele stał Prezes Ryszard Kozłowski, zapraszający nas do gościnnego hotelu "Polonez" któremu dyrektorował.
      Tym razem wybrałem się do Łomży z synem unikalną IHLE-DKW-ką eksponowaną w Muzeum Techniki w Warszawie. Autko jechało niezawodnie, tak jak na wielu rajdach po Polsce i po świecie. Właśnie przypominając sobie rajd przez USA ubraliśmy się w kurtki kilka lat temu otrzymane od Sponsora na przejechanie słynnej ROUTE-66.

Unikalna IHLE-DKW na jubileuszowym V Szaya Rally Paweł Skrzeliński za kierownicą IHLE-DKW, tak jak na Route-66 Tak przejechałem Amerykę od Baltimore do Los Angeles
DKW z 1938 roku Półpancerny ZIŁ-111G z 1963 roku Para zabytkowych milicjantów na MZ-250
      Na rynku w Łomży pojawiło się kilka interesujących "nowych" weteranów szos. Była bliźniacza DKW-ka z 1938 roku, a uznanie wzbudzał ZIŁ-111G z 1963 roku. Ten lekko opancerzony radziecki samochód z silnikiem V-8, przeznaczony dla komunistycznych dostojników, został wyprodukowany tylko w ilości 112 egzemplarzy.
      Tradycyjnie, nad porządkiem imprezy czuwała para zabytkowych milicjantów na zabytkowej MZ-ce z koszem.

       Organizowane przez Krzysia SZAYĘ Szaykowskiego rajdy do Łomży pokazały, że można się dobrze bawić starymi pojazdami bez regulaminów i wytycznych PZM-otu. Ale nie można liczyć na sukces bez życzliwości Sponsorów i entuzjastów organizujących takie imprezy kosztem własnego czasu i energii. Przez pięć edycji Sponsorami tej imprezy byli: BRUS-AUTO z ul. Malowniczej, RENAULT z ul. Wrocławskiej, MILITEC, TEDEX, BP+McDonald, Towarzystwo Ubezpieczeniowe "Żagiel", BGŻ-Pułtusk oraz obywatelski komitet mieszkańców Łomży, miejscowa Policja, Automobilklub Łomżyński i inne instytucje z Łomży i odwiedzanych miast.
      Natomiast największe zasługi należy przypisać Krzysztofowi Szaykowskiemu za pomysł, zorganizowanie i poprowadzenie tych imprez.
      Mimo iż w kolejnych latach były przez inne kluby podejmowane próby zorganizowania podobnych rajdów do tego miasta - nie będą one miały już tak uroczego klimatu lekko szalonych, improwizowanych wyjazdów z Szayą do Łomży.

Tomasz Skrzeliński